Prawdy o nieudanym puczu wojskowym w Turcji zapewne nigdy nie poznamy. Wiemy za to, że opozycja wobec prezydenta Recepa Tayyipa Erdogana wewnątrz rządzącej Partii Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP) narastała od wielu miesięcy.
Dziennik Gazeta Prawna
Niespodziewane i dość spektakularne odejście premiera Ahmeta Davutoglu – przez wiele lat najbliższego współpracownika szefa – było jasnym sygnałem skali tarć. Wiemy też, że w armii – ostoi świeckości republiki i ideałów jej ojca założyciela Mustafy Kemala zwanego Atatürkiem – pod koniec sierpnia miały nastąpić nowe nominacje na kierowniczych stanowiskach. Podczas zamachu nie zatrzymano ani premiera, ani prezydenta, ani żadnego innego wysokiego przedstawiciela rządu.
Reklama
A w ciągu zaledwie kilku dni od opanowania puczu aresztowano kilkadziesiąt tysięcy ludzi, w tym prawie jedną trzecią dowódców tureckiego wojska, ponad stu przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości i dwóch sędziów trybunału konstytucyjnego.
Na tej sytuacji najbardziej skorzysta prezydent Erdogan. Zgodnie z logiką należy więc przyjąć, że mógł celowo dopuścić do puczu, przymknąć oko na trwające przygotowania, a nawet podpuścić rebeliantów. Albo że wręcz sam ten pucz zaaranżował. Dzień po puczu komisarz UE ds. rozszerzenia Johannes Hahn zauważył, że jeśli zatrzymania puczystów są tak błyskawiczne i na taką skalę, to tureckie władze musiały już wcześniej mieć przygotowaną listę podejrzanych. Wojskowy zamach stanu dał Erdoganowi doskonały pretekst do rozprawienia się z opozycją – i to paradoksalnie pod sztandarem obrony demokracji. Iście makiaweliczna zagrywka.

Reklama
Gdyby nie przewrót, prezydent Erdogan i tak zrobiłby czystki. Tylko wtedy odbyłoby się to pod ostrzałem zmasowanej krytyki opinii międzynarodowej. Stałby się otwartym dyktatorem, łamiącym demokrację. Gdyby z kolei tego nie zrobił, ryzykowałby utratę władzy, a – jak wiadomo z przeszłości – zwolennicy rządów autorytarnych „władzy raz zdobytej nie oddają nigdy”. W pierwszym momencie Zachód udzielił Erdoganowi poparcia w imię jego demokratycznego mandatu – w sierpniu 2014 r. wygrał wybory prezydenckie, uzyskując ponad 52 proc. głosów. Szefowa unijnej dyplomacji Federica Mogherini oświadczyła, że demokracja i rządy państwa prawa muszą być w Turcji chronione „dla dobra tego kraju”.
Zamachy wojskowe jako sposób na zmianę władzy są w kulturze politycznej Zachodu nie do przyjęcia, nawet jeśli armia sprzeciwia się w słusznej sprawie. Od polityki są politycy, a nie wojskowi, i żeby zastąpić Erdogana, opozycja powinna wygrać wybory. To jednak będzie teraz bardzo trudne, bo zamach pozwala AKP wyeliminować całą opozycję. Z każdym dniem poczynania prezydenta Erdogana budzą większy niepokój Zachodu. Czystki objęły wojsko, policję, ministerstwa, uczelnie i szkoły. Rząd chce przywrócić karę śmierci, zniesioną w Turcji w 2004 r. w ramach procesu akcesyjnego i dostosowywania się do wymogów Unii Europejskiej (od 1999 r. Turcja jest formalnie krajem kandydującym). Prezydent Erdogan nie omieszkał przy tej okazji przypomnieć, że kara śmierci jest wciąż dopuszczana w niektórych stanach USA. Ostatni krok to wprowadzenie stanu wyjątkowego (na razie na trzy miesiące) i zawieszenie stosowania na terytorium Turcji Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, co oznacza m.in. dopuszczenie możliwości tortur. Tu także prezydent powołuje się na zachodnich partnerów – częściowo podobne restrykcje zastosowała Francja po ostatnich zamachach terrorystycznych.
Prezydent wie, że jego decyzje są przyjmowane z rosnącą grozą, dlatego przezornie zasłania się narodem. W noc puczu to ludzie – także w odpowiedzi na apel Erdo g ana za pośrednictwem mobilnej aplikacji telewizji CNN Türk – wyszli na ulicę w obronie demokratycznie wybranych władz. To ludzie próbowali zatrzymać czołgi puczystów (zginęło ponad 300 osób, z czego prawie połowa to cywile). To ludzie domagają się dla zamachowców najwyższej kary. A prezydent tylko słucha. Zachodni przywódcy (m.in. Federica Mogherini i sekretarz stanu USA John Kerry) ostrzegli władze Turcji, by w następstwie puczu nie decydowały się na kroki, które „mogłyby zaszkodzić porządkowi konstytucyjnemu w kraju”, czyli by nie rezygnowały z demokracji. Tyle w sferze deklaracji. W rzeczywistości na oczach zdezorientowanego Zachodu i przestraszonych Turków właśnie powstaje państwo islamskie.
Prezydent Erdogan zapowiada dalsze oczyszczanie wszystkich instytucji państwowych z wirusa winnego próbie przewrotu. Nie przedstawiając dowodów winy, nalega także na wydanie przez USA muzułmańskiego kaznodziei Fethullaha Gülena, który od 199 9 r . mieszka w Pensylwanii. Ten niegdysiejszy sojusznik Erdogana jest teraz przez niego oskarżany o inspirowanie zamachu. Prezydent stawia tym samym na szali nie tylko relacje turecko-amerykańskie, ale także relacje w ramach NATO (Turcja jest drugą po USA armią sojuszu). Co będzie dalej? Obława. Logika jednak podpowiada, że osaczone wilki potrafią się bronić. Elita tureckiej armii jest od 192 3 r . ostoją republiki, zarządza sprawną maszyną nie tylko do walki zbrojnej, ale także aktywności wewnątrz kraju. Nic nie wskazuje na to, żeby miała zamiar odpuścić, nie tylko dlatego, że nie chce, ale przede wszystkim dlatego, że nie ma już nic do stracenia. Jeśli się nie sprzeciwi, zginie.
Kto ją poprze? Wszyscy, którym prezydent wydał wojnę: elita administracji, prawnicy, nauczyciele, intelektualiści, część biznesu. Albo oni, albo on. Nie ma tu raczej miejsca na pojednanie. A bez niego Turcję czeka wojna domowa. Naród jest podzielony jak nigdy przedtem. Połowa społeczeństwa stanie za prezydentem, którego poparła w wyborach. Druga połowa będzie poddawana presji, szykanowana. Część zejdzie do podziemia, część wyjedzie, ale część się sprzeciwi. Z kraju budowanego według zachodniego modelu świeckiej republiki, aktywnego członka NATO od ponad 60 l at, kandydata na członka Unii Europejskiej, który chciał prowadzić politykę pod hasłem „zero problemów z sąsiadami”, Turcja przemienia się w państwo samych problemów – wewnętrznych i zewnętrznych. I co gorsza, daje wątpliwy wzór innym autorytarnym przywódcom, którym jej odwrót od demokracji jest bardzo na rękę.
I bez przewrotu prezydent Erdogan przeprowadziłby czystki. Inaczej ryzykowałby utratę władzy