Największe z fatum ciążących od kilkuset lat nad Polską polega na tym, że niezależnie od tego, z kim wchodziliśmy w pakt, to za każdym razem obracał się on przeciw Rzeczypospolitej.
Reklama
Jak istotny dla elit Polski jest sojusz ze Stanami Zjednoczonym, i pokazał szczyt NATO w Warszawie. Choć plemienna wojna polsko-polska trwa w najlepsze, jedna rzecz połączyła obie strony. I nie chodziło o dobro, ponoć wspólnego, kraju.
Rządzący i opozycja z równą gorliwością zabiegali o względy Baracka Obamy, licząc na jego wsparcie w niszczeniu oponentów. Tymczasem prezydent USA wypowiedział się tak zręcznie, że obie strony dokonały sprzecznych tłumaczeń jego wystąpienia. W efekcie wygranym czuć się może jak zwykle Ameryka, choć natowski szczyt przedstawiany jest nad Wisłą jako wielki sukces Polski. Z racji decyzji o stałej obecności wojsk amerykańskich na terytorium RP i wzmocnienia obrony flanki wschodniej Sojuszu.
W teorii powinniśmy się czuć bezpieczniejsi. Ale za pół roku w Białym Domu zacznie rezydować zupełnie inny prezydent, być może Donald Trump. Zaś swoją kampanię wyborczą kandydat republikanów oparł na wizji powrotu USA do izolacjonizmu rodem sprzed II wojny światowej. Wszelki optymizm należałoby więc tonować, pamiętając że w ciągu ostatnich stuleci Polska znajdowała się w trzech strategicznych sojuszach, macających gwarantować jej mocarstwową pozycję. Za każdym razem kończyło się to efektowną katastrofą.

Reklama
Z czego płynie nauka, że nawet jeśli coś ma wszelkie przesłanki, by odnieść sukces, zawsze znajdą się przywódcy, którzy potrafią zepsuć rzecz teoretycznie nie do zepsucia.
Opcja północna
Ostatnim sojuszem, który przyniósł Polsce długofalowe korzyści, był związek z Litwą. Dzięki niemu udało się zlikwidować śmiertelne zagrożenie, jakim stał się Zakon Krzyżacki, a następnie wprowadzić Rzeczpospolitą do grona mocarstw. Jednak zmierzch jednego kraju zazwyczaj zwiastuje to, iż inne urosną w potęgę. Koniec państwa zakonnego otworzył nowe możliwości przed znajdującym się na peryferiach cywilizowanego świata Księstwem Moskiewskim.
Góry Ural i srogi syberyjski klimat powodowały, że jedyne obiecujące kierunki ekspansji dla carów wiodły na zachód i południe. A to oznaczało nieuchronny konflikt z Rzeczpospolitą. Czego szlachecka demokracja mogła się spodziewać po dynastii Rurykowiczów, car Iwan Groźny zademonstrował w Nowogrodzie Wielkim. Kupiecka republika rządziła się wedle tak demokratycznych reguł, że nawet w klasztorach wybierano przeorów w głosowaniu. Już samo jej istnienie pokazywało poddanym cara, że można żyć inaczej. Nowogród musiał więc zostać zniszczony, nawet jeśli uznawał zwierzchność Moskwy.
Iwan Groźny wraz z wojskiem zjawił się niespodziewanie u bram grodu zimą 1570 r. Jego oddziały dokonały eksterminacji cywilnej ludności: członków bogatych rodów aresztowano, torturowano, a po kilku tygodniach stracono. Resztę obywateli republiki spędzono nad rzekę Wołchow i utopiono pod lodem. Tak zamordowano od 20 do 40 tys. ludzi, nie oszczędzając nawet dzieci. Jedynie nielicznym mieszkańców Nowogrodu udało się zbiec do Rzeczpospolitej. Na koniec miasto spalono.
Jeszcze przed tymi wydarzeniami ostatni mistrz inflanckiego Zakonu Kawalerów Mieczowych Gotthard Kettler poprosił króla Zygmunta Augusta o ochronę przed Moskwą. W dniu 28 listopada 1561 r. podpisano w Wilnie pakt, który likwidował państwo zakonne, ustanawiając w to miejsce Księstwo Zadźwińskie, a sam Kettler przeszedł na luteranizm i uznał się lennikiem Zygmunta Augusta. Wkrótce do Inflant wysłano 10-tysięczny polski korpus dowodzony przez hetmana polnego Floriana Zebrzydowskiego.
Ale do ziem tych pretensje wysunęły też Dania i Szwecja. Sojusz polsko-litewski nie dysponował wystarczającym potencjałem, by jednocześnie móc prowadzić wojnę z krajami skandynawskimi i Iwanem Groźnym. Na Wawelu przypomniano sobie wówczas o starym pomyśle biskupa warmińskiego Łukasza Watzenrode, który jeszcze Kazimierzowi Jagiellończykowi proponował stworzenie sojuszu ze Szwecją. Związek północnych krajów zapewniłby im dominację nad Bałtykiem, a także możliwość trwałego blokowanie ekspansji Księstwa Moskiewskiego. A bez dostępu do morza państwo Rurykowiczów nie mogło stać się mocarstwem.
Podobnymi torami musiały biec myśli Iwana Groźnego, który pospiesznie zawarł sojusz z Danią. Natomiast Zygmunt August wydał swoją siostrę za brata króla Szwecji Eryka XIV. Wesele Katarzyny Jagiellonki z księciem Janem Wazą trwało w Wilnie przez cały pierwszy tydzień października 1562 r. Wydawało się wówczas, że powodów do świętowania jest aż za wiele. Trójkąt Polska-Litwa-Szwecja miał wszelkie dane ku temu, by przez następne stulecie decydować o tym, co działo się na północy Europy.
Cóż z tego, skoro w polityce racjonalność i szaleństwo lubią ze sobą chodzić w parze. Eryka XIV nie bez przyczyny nazywano szalonym. Trawiąca jego umysł choroba nasiliła się i w przypływie manii prześladowczej rozkazał umieścić brata wraz z żoną w twierdzy Gripsholm. Po czym zawarł sojusz z niemal równie obłąkanym Iwanem Groźnym. Tak dając Rosji szansę wywalczenia sobie dostępu do Bałtyku. Co z punktu widzenia interesów strategicznych Szwecji śmiało można nazwać samobójstwem. Dostrzegały to elity polityczne w Sztokholmie i w końcu obalono szalonego króla, oddając władzę jego bratu oraz małżonce z rodu Jagiellonów. Dzięki temu udało się odwrócić sojusze i Polska podzieliła się ze Szwecją Inflantami, oddając Wazom Estonię. Moskwa zaś pozostała odcięta od bałtyckich portów.
W tym czasie wygasła dynastia Jagiellonów i przez moment snuto w Krakowie wizje sojuszu z Francją. Aż do ucieczki króla Henryka Walezego. Potem zaś wybrano opcję węgierską, powierzając tron Rzeczpospolitej Obojga Narodów Stefanowi Batoremu. To on musiał w trzech kampaniach odpierać wojska Iwana Groźnego, które próbowały odbić Inflanty. Dlatego po śmierci Węgra szybko wrócono do pomysłu północnego sojuszu. Znakomitym kandydatem na jego realizatora wydawał się być Zygmunt III, syn Jana Wazy i Katarzyny Jagiellonki. Od 1587 r. król Szwecji oraz Polski.
Teoretycznie doskonała koncepcja przyniosła fatalne następstwa. Rzeczpospolita była państwem tolerancyjnym, lecz katolickim, a Szwecja – protestanckim. Oba kraje rościły sobie prawa do Estonii, którą Zygmunt III obiecał oddać Polsce. Sprzeczności mógł pogodzić zręczny władca, ale młody Waza okazał się niespecjalnie bystrym, katolickim bigotem. Wykorzystał to zastępujący go w Szwecji stryj Karol. Będąc protestantem, łatwo zdobył poparcie sporej części społeczeństwa, możnowładców i parlamentu. Następnie przejął tron. Król Polski wyprawił się w 1598 r. z wojskiem do Szwecji, aby go odzyskać. Ekspedycja, której nie poparł Sejm, poniosła klęskę i wówczas zdetronizowany Zygmunt III w odwecie ogłosił przekazanie Estonii Rzeczpospolitej. Inicjując w ten sposób wybuch zmagań wojennych, trwających z krótkimi przerwami ponad pół wieku. Z gruntu absurdalnych, ponieważ oba kraje nie dzieliła sprzeczność interesów. Mimo to polscy Wazowie uparcie odmawiali zrzeczenia się praw do tronu Szwecji, zaś ich kuzyni w Sztokholmie roili sobie, iż potrafią na stałe uczynić z Bałtyku morze wewnętrzne.
W ogólnym rachunku mieszkańcy Rzeczpospolitej wyszli na tym dużo gorzej. Polscy żołnierze nigdy nie spustoszyli Szwecji, za to Skandynawom obrócenie Polski w perzynę wyszło całkiem skutecznie po najeździe w 1655 r. Kiedy osłabiona walką z powstaniem na Ukrainie i na froncie rosyjskim Rzeczpospolita nie miała sił ani chęci do stawiania oporu. Poniesionych strat materialnych i ludzkich nie odrobino przez następne stulecie.
Opcja niemiecka
Głównym zwycięzcą wojen polsko-szwedzkich okazała się Rosja. Pod koniec XVII w., gdy bitwa pod Wiedniem oddaliła zagrożenie ze strony Turcji, stało się to w Warszawie boleśnie widoczne. Acz po śmierci króla Jana III Sobieskiego trudno mówić o przemyślanej strategii w polityce zagranicznej Rzeczpospolitej. W czasie przygotowań do elekcji starły się ze sobą stronnictwo profrancuskie z prohabsburskim. Oba mogły liczyć na pieniądze i polityczne wsparcie z Wiednia lub Paryża. Większą szansę na sukces zdawał się mieć protegowany Ludwika XIV – książę Kondeusz, lecz austriacki dwór wsparł Jakuba Sobieskiego, którego popierała też Szwecja. Pamięć o militarnych triumfach ojca była w tym momencie sporym atutem.
Jednak niespodziewanie, miesiąc przed zjazdem szlachty na polu elekcyjnym, akces do tronu zgłosił elektor saski Fryderyk August z dynastii Wettynów. Aż do 15 maja 1697 r. nie uchodził za faworyta, zwłaszcza że stronnictwo francuskie zdobyło dla siebie fotel marszałka sejmu elekcyjnego. Jednak to Saksończyk wykazał najwięcej chęci do działania. Pośpiesznie przeszedł na katolicyzm, wziął wielki kredyt na łapówki dla polskich dygnitarzy i zapewnił sobie poparcie cara Rosji Piotra I. Poza tym unia Rzeczpospolitej z Saksonią dawała szanse na wiele strategicznych korzyści. Państwo niemieckie, z rozwiniętym rzemiosłem oraz handlem, stanowiło naturalnego partnera gospodarczego dla specjalizującej się w rolnictwie Polski. Również połączone siły zbrojne obu krajów liczebnością nie ustępowały armiom państw ościennych. Tytuł wydanej przez Augusta broszury zawierającej jego program wyborczy brzmiał: „Jak Polskę przekształcić w kraj kwitnący i cieszący się szacunkiem u sąsiadów”.
Mimo to Fryderyk August, zwany Mocnym, przegrał. Tyle że zwycięski książę Kondeusz zupełnie nie wykazał woli działania. Tymczasem Sas, korzystając z tego, iż spora grupa wyborców uznała go za króla, szybko przebył drogę z Warszawy do Krakowa. Tam przekupił miejscowego starostę Franciszka Wielopolskiego i włamał się do wawelskiego skarbca. Insygnia koronne wydostano przez dziurę wybitą w murze, po czym 15 września 1697 r. August II Mocny koronował się w katedrze wawelskiej na króla Polski, co już wcześniej zaakceptował dwór w Wiedniu.
Na pierwszy rzut oka Polska, dzięki związkowi z Saksonią, była skazana na sukces. Wspólny władca stał się równorzędnym partnerem dla cesarza i cara. Jedynymi wrogami Rzeczpospolitej pozostawały coraz słabsze: Turcja i Szwecja. Ta pierwsza dostrzegła wkrótce zmianę układu i Stambuł, chcąc zażegnać groźbę nowej wojny, zgodził się zwrócić zagarnięty Kazimierz Podolski oraz zachodnią część Ukrainy. Kolejnym krokiem ku mocarstwowości miało stać się odbicie przez Augusta II Inflant z rąk szwedzkich. Co zresztą obiecał w pactach conventach. Sprawa wydawała się banalnie prosta. W Sztokholmie władzę sprawował 17-letni Karol XII, skazany na klęskę w wojnie przeciw koalicji złożonej z Saksonii, Danii, Rzeczpospolitej i Rosji. Nikomu przez myśl nie przeszło, że nastolatek może okazać się genialnym dowódcą. Ten czynnik sprawił, iż udział w sojuszu, posiadającym miażdżącą przewagę nad osamotnioną Szwecją, przyniósł Polsce dramatyczne klęski.
Karol XII znakomicie wykorzystał wszystkie słabości Rzeczpospolitej. Większość szlachty nie chciała wojny, nie ufano saskiemu królowi, próbującemu wzmocnić władzę. Magnaci łatwo dawali się przekupić, a archaiczna jazda Rzeczpospolitej nie miała szans w starciu z nowocześnie uzbrojoną piechotą. Czego dowiodła w lipcu 1702 r. bitwa pod Kliszowem, gdzie 12-tysięczny szwedzki korpus rozgromił niemal dwukrotnie liczniejsze siły polsko-saskie. Skandynawska piechota bez trudu odparła dwie husarskie szarże, a Polacy jako pierwsi uciekli z pola walki. Wojska Karola XII zajęły Warszawę i Kraków, a potem spustoszyły Saksonię. Pokonany i upokorzony August II musiał zrzec się polskiego tronu i płacić odszkodowania wojenne. Polską koronę szwedzki zwycięzca oddał Stanisławowi Leszczyńskiemu. Pragnąc odwrócenia sojuszu i powrotu Rzeczpospolitej do dawnego paktu ze Sztokholmem. W istocie inicjując wojnę domową.
Kraj nad Wisłą pustoszyły więc walki między lokalnymi konfederacjami, opowiadającymi się za Szwedami lub Sasami. Do tego dochodziły przemarsze obcych armii: szwedzkiej, saskiej, a potem rosyjskiej. Gdy Rzeczpospolita ulegała destrukcji, pobity na początku Trzeciej Wojny Północnej Piotr I zreformował Rosję i stworzył potężną armię. Po czym pokonał Szwecję, a potem podporządkował sobie Rzeczpospolitą.
Przez następne 200 lat wojska rosyjskie stacjonowały w Warszawie z krótkimi przerwami w okresie: uchwalania Konstytucji 3 Maja, powstania kościuszkowskiego, czasów Księstwa Warszawskiego oraz powstania listopadowego. Gorsze konsekwencje nietrafionego sojuszu trudno sobie wyobrazić.
Opcja zachodnia
Kraje alianckie, które wygrały I wojnę światową, nie bez przyczyny uchodziły za najbardziej pożądanych sojuszników. Siły lądowe Francji cieszyły się wówczas opinią najpotężniejszych na świecie; podobnie brytyjska flota. Odzyskując niepodległość Rzeczpospolita od razu wyrosła na najważniejszego sojusznika Paryża w Europie Środkowej. Jednak Warszawę spotkało bolesne rozczarowanie w październiku 1925 r., podczas międzynarodowej konferencji w Locarno. Wówczas Francja i Wielka Brytania zgodziły się na przyjęcie Niemiec do Ligi Narodów, a kwestię kształtu ich granicy z Polską uznały za sprawę otwartą. Po czym w pobliskim Rapallo Republika Weimarska zawarła traktat o współpracy z ZSRR. Tamtej jesieni okazało się, że Rzeczpospolita tak naprawdę nie ma pewnych sojuszników, bo Francuzi nie uważali Polaków za równorzędnych partnerów. Co gorsza zbliżenie Berlina z Moskwą przypominało sytuację sprzed rozbiorów.
Dramatyczne pogorszenie się położenia strategicznego Polski stało się jednym z głównych powodów, który skłonił marszałka Józefa Piłsudskiego do powrotu na scenę polityczną. Przez pierwsze lata po maju 1926 r. polityką zagraniczną II RP kierował w jego imieniu zręczny dyplomata August Zaleski, który znaczenie Rapallo starał się zniwelować sukcesywną poprawą kontaktów ze ZSRR. Czego widocznym efektem stało się zawarcie w 1932 r. układu z Kremlem o nieagresji.
Jednak Piłsudski nie przewidywał, aby na dłuższą metę dokument ten mógł poprawić pozycję międzynarodową Polski. Postanowił więc wymienić szefa MSZ na kogoś bardziej rzutkiego i zdolnego do zdecydowanych działań. Wybór padł na inteligentnego, obdarzonego znakomitą pamięcią 40-latka Józefa Becka. Miał on też jeszcze jeden, trudny do przecenienia atut. „Był Marszałek dla Becka wszystkim – źródłem wszelkich praw, światopoglądem, nawet religią” – wspominał pułkownika historyk Władysław Pobóg-Malinowski.
Beck zaczął urzędowanie od wydania kolorowego albumu zatytułowanego „Polska jest mocarstwem”. Co wkrótce usiłowano wszystkim w Europie udowodnić. Zwłaszcza że zaraz po przejęciu władzy w Niemczech Adolf Hitler ogłosił chęć rewizji przebiegu granic z II RP. „Jeżeli jakieś państwo, samo lub w towarzystwie innych, zechce pokusić się chociaż o jeden metr kwadratowy naszego terytorium, przemówią armaty” – oświadczył wówczas Beck w rozmowie z francuskim ambasadorem w Warszawie Julesem Laroche. Myślano nawet o wojnie prewencyjnej, lecz Paryż pozostał głuchy na taką sugestię.
Ale potrząsanie szabelką przyniosło ostatecznie pozytywny efekt, bo III Rzesza nie była jeszcze gotowa nawet do lokalnego konfliktu. Berlin wycofał się z terytorialnych roszczeń i zgodził podpisać w styczniu 1934 r. układ o niestosowaniu przemocy. Po czym Niemcy zaczęli okazywać wschodniemu sąsiadowi zadziwiająco wiele serdeczności. Antykomunizm Hitlera przyniósł równocześnie ochłodzenie relacje na linii Berlin-Moskwa. Dzięki czemu Beck za radą Piłsudskiego mógł balansować między potężnymi sąsiadami, starając się zapobiegać temu, by zawarli sojusz.
W tym czasie przyjaźń z Francją słabła. „Nie znosił protekcyjnego stosunku do Polski, nie chciał, by traktowano Polskę jako narzędzie polityki francuskiej” – wspominał szefa Jan Meysztowicz. Inny pracownik MSZ Jan Gawroński zapisał, iż w Europie żaden inny minister spraw zagranicznych nie cieszył się taką antypatią wśród dyplomatów jak Beck. Jego arogancja doprowadzała ludzi do białej gorączki, przy czym najmocniej nienawidzili go Francuzi. „Ponieważ skłopotany obecnie świat boi się państw dynamicznych i chętnie się z nimi układa, by nie dopuścić do awantury – podkreślajmy te elementy, które świadczą i czynią wrażenie, że jesteśmy dynamiczni” – zapisał Beck w instrukcji dla członków polskiej delegacji na Zgromadzenie Ligi Narodów we wrześniu 1937 r.
To zdanie stanowiło credo jego działania, którego trzymał się od czasu śmierci Piłsudskiego. Przyzwyczajony do grania va banque Beck w końcu przelicytował, gdy we wrześniu 1938 r. w Monachium mocarstwa dogadywały się w sprawie oderwania Sudetów od Czechosłowacji. Szef polskiego MSZ odrzucił wtedy propozycje sojuszu, które składała Praga, i zażądał zwrotu zagarniętego przez Czechów w 1918 r. Zaolzia. W tamtym czasie twardy sprzeciw Warszawy wobec dalszej ekspansji III Rzeszy mógł zmusić Paryż do wywiązania się ze zobowiązań militarnych wobec krajów Europy Środkowej. Tymczasem nastąpił rozbiór Czechosłowacji, który dramatycznie pogorszył sytuację strategiczną Polski.
Próba stworzenia tzw. międzymorza skończyła się fiaskiem, a dalsze samotne balansowanie między Belinem a Moskwą było niemożliwe. Żeby przetrwać, Rzeczpospolita musiała znaleźć sojuszników. Patrząc na mapę Hitler nie miał wątpliwości, iż Warszawa wybierze jego. Oskrzydlająca, długa na ponad tysiąc kilometrów granica nie dawała Polsce żadnych szans na skuteczne odparcie ataku ze strony Niemiec. Chyba że Francja i Wielka Brytania zdecydowałyby się uderzyć na III Rzeszę zaraz po rozpoczęciu działań zbrojnych.
Beck do końca blefował, że rozważa możliwość sojuszu z Hitlerem. Liczył w ten sposób na to, iż zachodnie mocarstwa zaczną w końcu licytować. I nie przeliczył się. Wiosną 1939 r., kiedy Berlin otwarcie zażądał od Warszawy sojuszu, Londyn chcąc temu zapobiec, udzielił Rzeczpospolitej gwarancji militarnych. Zjednoczone Królestwo robiło wszystko, by zyskać na czasie i skierować uderzenie Niemców najpierw na wschód. „Myślałem, że najpierw zwrócę się przeciw Zachodowi – oznajmił Adolf Hitler 22 sierpnia podczas odprawy dowództwa sił zbrojnych III Rzeszy w Obersalzbergu. „Polska zaatakuje nas na wypadek naszego konfliktu z Zachodem” – dodał. Dlatego postanowił ją wyeliminować w pierwszej kolejności. W podjęcie ofensywy przez zachodnich aliantów, a nawet wypowiedzenie wojny przez Francję, zupełnie nie wierzył.
W zasadzie wszyscy się pomylili. Najboleśniej Beck, który nie wziął pod uwagę, że Hitler może dogadać się ze Stalinem, i zlekceważył to, czego I wojna światowa nauczyła Francuzów i Brytyjczyków. Wnioski z niej płynące nakazywały im czekać w okopach na ofensywę wroga i maksymalnie go wykrwawić. Żadna ofensywa na Zachodzie tak naprawdę nie wchodziła więc w grę. Tym sposobem kolejny sojusz przyniósł Rzeczpospolitej zagładę.
Paradoks polegał na tym, że szansa na ratunek istniała przed Monachium. Potem możliwości ocalenia II RP równały się zeru. Podobnie niemożliwie przedstawiał się od samego początku rozmów sojusz z Hitlerem, ponieważ w Warszawie nikt nie brał pod uwagę możliwości dobrowolnego sprowadzenia Polski do roli kraju satelickiego III Rzeszy.
W klęsce Becka odnaleźć można tylko jeden sukces. Minister zrealizował dyrektywę wydaną mu kiedyś przez marszałka, która brzmiała: „Balansujcie dopóki się da, a gdy się już nie da, podpalcie świat!”.