Na pewno słyszeliście o Friedmanie, Beckerze czy Hayeku. A słyszeliście o Krzyżanowskim, Heydlu i Rybarskim? Właśnie. Polacy nie gęsi i mają swoich wybitnych wolnościowców
Rafał Woś w opublikowanym przed kilkoma miesiącami w DGP artykule „Polska szkoła ekonomiczna” zauważył, że „problemy polskiej gospodarki i ustroju ekonomicznego wymagają odpowiedzi osadzonych w nadwiślańskim kontekście”. Jego zdaniem należałoby wobec tego sięgnąć do naszej rodzimej myśli ekonomicznej. Co do tej sugestii, pełna zgoda. Potem jest już mniej różowo.
Dlaczego? Woś radzi, by sięgnąć do dorobku takich postaci, jak tworzący w pierwszej połowie XX w. Michał Kalecki i Róża Luksemburg oraz do uczniów Kaleckiego: Tadeusza Kowalika i Kazimierza Łaskiego. Ta selekcja jest niezwykle jednostronna. Poglądy tych ekonomistów pochodzą z „jednej beczki” interwencjonizmu, a nawet – jak w przypadku Róży Luksemburg – antykapitalizmu, nad którym w dodatku unosi się czerwona łuna internacjonalistycznej rewolucji.
A przecież wspomniany kwartet to niejedyni wybitni ekonomiści z polskim paszportem tamtych czasów, o których pamięć warto odświeżyć. W międzywojennym Poznaniu, Warszawie i Krakowie istniała spora grupa naukowców, która bardziej niż oryginalność teorii ceniła sobie jej trafność i uniwersalność, czyli zdolność tłumaczenia mechanizmów leżących u podłoża zjawisk gospodarczych – bez względu na ich czas i miejsce. Byli to międzywojenni liberałowie, a nawet – jeśli mierzyć ich współczesną miarą – libertarianie.
Taylor: liberalizm i spółdzielczość
Edward Taylor to najciekawszy ekonomista liberalny lat 20. i 30. XX w. Bo do klasycznego liberalizmu zaprzągł nośną ideę spółdzielczości, czyli komponent niesocjalistycznej wrażliwości społecznej. A jeśli jest coś, czego współczesnemu liberalizmowi brakuje, to właśnie społecznej wrażliwości – zachwala poznaniaka prof. Wojciech Morawski, historyk gospodarki ze Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie.
Urodzony w 1884 r. Taylor, wychowawca całego pokolenia ekonomistów (tzw. szkoły poznańskiej), znany był z twardego oporu wobec etatystycznych i kolektywistycznych idei, a także ze wspierania rozwoju małej przedsiębiorczości i klasy średniej. Był też pierwszym ekonomistą, który zajął się w Polsce spółdzielczością w sposób naukowy, czyniąc z niej przedmiot uniwersytecki. I był ekonomistą, który wiedział, o czym mówi. Spółdzielczość była jego oczkiem w głowie, jeszcze zanim na dobre stał się naukowcem. W 1917 r., gdy obronił na Uniwersytecie Poznańskim rozprawę habilitacyjną „Pojęcie współdzielczości”, miał już za sobą ponad osiem lat aktywnego zaangażowania w polski ruch spółdzielczy w Galicji.
Zdaniem Taylora dynamiczna spółdzielczość, zwłaszcza kredytowa i spożywcza, świadczy o żywotności gospodarki i jest jej nieodzownym elementem. Mniej optymistycznie nastawiony był on do spółdzielczości produkcyjnej, którą uważał za nieprzystającą do kapitalizmu. Widzieliście na ulicy automaty z mlekiem, które wspólnie dystrybuują rolnicy? Taylor z aprobatą pokiwałby na ich widok głową. Jego rozważania o spółdzielczości świetnie wpisują się też we współczesne dyskusje o tzw. trzecim sektorze czy o wzmacnianiu poczucia wspólnoty w gospodarce i aż dziw, że nikt po jego myśl nie sięga. A właściwie nie dziw: nikt jej nie zna. Szkoda tym większa, że o jego wyjątkowości stanowiła nie tylko wrażliwość społeczna.
Był nowoczesnym ekonomistą neoklasycznym, zgłębiającym w niezwykle uporządkowany i bystry sposób zagadnienia metodologiczne. W „Statyce i dynamice w teorii ekonomii” twórczo rozwijał schumpeteriańskie idee związane z teorią rozwoju gospodarczego, a we „Wstępie do ekonomiki” bronił naukowości ekonomii, zrównując ją z fizyką czy matematyką oraz przeciwstawiając się marksistowskiej propagandzie (która obecnie coraz częściej odżywa), jakoby ekonomia wolnorynkowa była stronnikiem burżuazyjnego interesu.
Skupienie się na metodzie uprawiania nauki nie oznaczało „oderwania od rzeczywistości”. Taylor poświęcał tyle czasu teorii, gdyż był przekonany, że „nie ma niczego tak praktycznego jak dobra teoria”. Jak pisze jego uczeń Wacław Wilczyński w przedmowie do „Wstępu do ekonomiki”, zdaniem Taylora misja ekonomisty „nie kończy się na poznaniu i odkryciu”, a „cały sens ekonomii polega na tym, że powinna ona wyposażyć polityka w to, co potrzebne do podejmowania trafnych decyzji gospodarczych”. Szerokie, uwzględniające aspekt etyczny spojrzenie było w myśli Taylora – a także, jak się przekonamy, większości liberałów z tamtych lat – charakterystyczne.
Stąd śmiałe i ostre rady Taylora dla rządzących, np. w kwestii inflacji, która Polakom po odzyskaniu niepodległości mocno dała się we znaki. „Nie ma ofiar, których nie należałoby ponieść dla uniknięcia inflacji i do spowodowania kierowników politycznych narodu do większej ostrożności w sprawach budżetu państwa i polityki pieniężnej” – przekonywał. Ekonomista miał wszystkie powody, by sądzić, że skutki inflacji dla gospodarki są jednoznacznie negatywne, nie tylko gospodarczo, ale także moralnie (uważał, że podkopuje ona fundament społeczeństwa). Pierwsze kilka lat dwudziestolecia międzywojennego w Polsce to szalony wzrost cen, z hiperinflacją włącznie – od czerwca 1923 r. do stycznia 1924 r. wzrosły aż 286-krotnie, całkowicie paraliżując polskie banki i system kredytowy.
Krzyżanowski: polski Mises
Jeszcze większą ostrożność w kwestiach finansów państwa i pieniądza, a także ograniczenie zadań państwa do minimum zalecał nauczyciel Taylora – krakus Adam Krzyżanowski. Uchodził za liberała skrajnego, przy nim Leszek Balcerowicz wygląda jak socjaldemokrata, a prof. Ryszard Bugaj jak... jeszcze gorzej. Ten radykalizm łatwo wytłumaczyć: Krzyżanowski to polski Ludwig von Mises. A Mises nawet Miltona Friedmana miał za socjalistę.
Olgierd Sroczyński w pracy magisterskiej „Krytyka etatyzmu w myśli Adama Krzyżanowskiego i Ludwiga von Misesa” (jakie to szczęście, że niektóre prace magisterskie są publikowane) podkreśla, że koncepcje ekonomiczne krakusa zaskakująco mocno przypominały koncepcje urodzonego we Lwowie Austriaka. Dla obu ekonomia była nauką przede wszystkim o ludzkim działaniu, a dopiero później o kapitale, zasobach i gospodarowaniu. Krzyżanowski, tak jak Mises, pogardzał socjalizmem, uważając, że jest to system sprzeczny z ludzką naturą. Sroczyński zauważa, że nie tylko poglądy, ale nawet życiorysy obu ekonomistów, z przebiegiem kariery naukowej włącznie, są do siebie podobne. Tyle że o Misesie się pamięta, a o Krzyżanowskim nie.
Zainteresowania naukowe Krzyżanowskiego były zaś szersze niż zainteresowania Misesa – badał nie tylko finanse państwa, sektor rolniczy, działanie rynku kredytowego, ale nawet z ekonomicznego punktu widzenia zajmował się historią i socjologią wojen i demografią. „Nie istnieją sprawy wyłącznie gospodarcze. Ich wydzielenie stanowi abstrakcję myślową, której celem jest łatwiejsze zrozumienie zjawisk. W faktycznym przebiegu wypadków sprawy gospodarcze są nierozerwalnie złączone z innemi. Jedne i drugie są wzajemnie współzależne. Postęp moralny i intelektualny jest niewątpliwie uwarunkowany pewnym stopniem dobrobytu. Podcięcie tego środka osiągnięcia celów, także idealnych, zagraża istocie naszej kultury” – uważał Krzyżanowski. Szeroka perspektywa pozwalała mu już na początku wieku proroczo przewidywać głęboką zapaść gospodarczą świata zachodniego. Jego kasandrycznych proroctw nikt jednak nie słuchał.
Swoją drogą rady udzielane przez Krzyżanowskiego rządzącym nic a nic nie straciły na aktualności. Krzyżanowski pisał np., że „etatyzm godzi w parlamentaryzm” albo że rodzi „niebezpieczeństwo przeciążenia podatkowego, albowiem mnoży zastępy urzędnicze”. Centrum im. Adama Smitha mogłoby przedrukowywać jego artykuły, zmieniając tylko datę. Może nawet warto byłoby zmienić patrona? Smith jest globalny, a Krzyżanowski swój.
Ciekawym aspektem myśli krakowianina jest próba pogodzenia wolnego rynku z chrześcijaństwem. Obecnie – w czasach, gdy papież Franciszek objeżdża świat z nieprzychylnymi kapitalizmowi kazaniami – próba ta szczególnie zyskuje na aktualności. Krakus zauważał, że źródłem moralności jest wolność, państwo zaś interweniując w gospodarkę, tę wolność ogranicza. Skutkiem tego społeczeństwo jest bardziej zdemoralizowane i nieodpowiedzialne. Co więcej, ingerencja państwa zaburza porządek, który w społeczeństwie wykształca się samorzutnie, czyli naturalnie. Jest ona zatem wymierzona przeciw drogiej Kościołowi tradycji. Tu myśl Krzyżanowskiego zbliża się do tego, co o „ładzie spontanicznym” pisał inny legendarny wolnorynkowiec Friedrich August von Hayek: mimo że ów ład nie posiada racjonalnego uzasadnienia, to właśnie on jest najskuteczniejszy w zapewnianiu przetrwania społeczeństwu.
Krzyżanowski uznawany jest za twórcę krakowskiej szkoły ekonomii. Należał do niej także jego uczeń Adam Heydel, który także wprost powoływał się na austriackie inspiracje, czy endek Roman Rybarski. Ten pierwszy był autorem błyskotliwych rozpraw o praktycznym wdrażaniu liberalizmu. Ten drugi słynął z wnikliwej krytyki, jaką wysuwał pod adresem idei powszechnych ubezpieczeń społecznych. Już w latach 30 XX w. zdawał sobie sprawę, że na dłuższą metę system przymusowych ubezpieczeń jest nie do utrzymania bez wprowadzenia indywidualnego i dobrowolnego oszczędzania jako dodatkowego, a z czasem głównego jego filaru. Co ciekawe, mimo swego liberalizmu Rybarski proponował, by państwo czasami interweniowało, prowadząc politykę wspierającą budownictwo mieszkaniowe. „Urzeczywistnienie idei »rodzina robotnicza we własnym domu« jest najlepszym narzędziem zwalczania komunizmu i propagandy pokoju społecznego” – przekonywał ekonomista, który widział w stymulowanym przez państwo uwłaszczeniu także drogę do wzmocnienia obronności Polski. „Kiepski jest rekrut, który wyrasta w stłoczonych i brudnych dzielnicach naszych miast fabrycznych” – stwierdzał.
Zawadzki: pionier ekonometrii
Pewnie nieraz słyszeliście narzekania na nadmierne zmatematyzowanie ekonomii. Nie rozstrzygając, czy są zasadne, to właśnie język matematyki stał się głównym narzędziem współczesnych ekonomistów. Swój udział w tym miał Władysław Zawadzki, twórca polskiej szkoły ekonometrycznej. Gdyby międzywojennych ekonomistów liberalnych z Krakowa i Poznania wpisać we współczesny krajobraz tej nauki, ocieraliby się o granice ortodoksji i ginęli w mroku zapomnienia. Zawadzki, którego miejscem naukowej działalności była Warszawa, dzisiaj byłby w samym epicentrum ekonomii głównego nurtu.
Zawadzki uważał, że wiele zjawisk gospodarczych ma naturę stricte ilościową, a ich badanie bez użycia metod formalnych jest niemal niemożliwe. – Zawadzki inspirował się matematyczną szkołą lozańską, której największymi przedstawicielami byli Leon Walras i Vilfredo Pareto, stąd jego słabość do matematycznych metod w badaniu m.in. struktury produkcji – przekonuje prof. Morawski. Walras stworzył słynną koncepcję ogólnej równowagi ekonomicznej, a Pareto rozszerzył ją o pojęcie tzw. optimum Pareto. Owo optimum oznacza sytuację, w której zasoby gospodarcze są tak rozlokowane, że każde ich przesunięcie wiąże się ze zmniejszeniem dobrobytu jakiejś jednostki. Do takiego optimum prowadzić ma wolna wymiana dóbr na konkurencyjnym rynku. Zawadzki te koncepcje rozszerzał i uszczegóławiał.
Zasłynął on także z polemiki z „Ogólną teorią zatrudnienia, procentu i pieniądza” Keynesa, którą szeroko zrecenzował, stwierdzając, że Keynes tak czętso zmienia zdanie, że to dzieło – na szczęście – nie może być jego ostatnim słowen. Keynes nie był jedynym wybitnym ekonomistą, którego Zawadzki skrytykował – oberwało się także Alfredowi Marshallowi, brytyjskiemu ekonomiście, który sformułował prawo elastyczności popytu, za niewystarczającą precyzję i brak zaufania do matematycznych metod analitycznych.
Mimo swojej miłości do abstrakcyjnych matematycznych formuł Zawadzki był świadomy słabości takiego podejścia. Na zarzuty o nadmierną matematyczność, które teraz stawia się tak często ekonomii, odpowiadał już przed wojną. „Próbował rozwiązać problem empirycznej zawartości teorii równowagi ogólnej poprzez uwzględnienie w niej tzw. podłoża. Sprzeciwiał się traktowaniu teorii równowagi jedynie jako teorii czysto formalnej, ujmując ją w sposób realistyczny” – pisze Wojciech Giza z Akademii Ekonomicznej w Krakowie w jednym z artykułów.
Zawadzki był oczywiście liberałem gospodarczym. Podobnie jak Rybarski domagał się wolności w dziedzinie ubezpieczeń społecznych czy elastycznego kodeksu pracy. Swoje poglądy mógł wcielać w życie w praktyce jako minister skarbu, ale było to o tyle trudne, że sprawował tę funkcję w latach 1932–1935, gdy – po globalnym kryzysie – polityczną rację bytu miał jedynie etatyzm. Zresztą liberałów, którzy wywarli jakikolwiek realny i mocny wpływ na polską gospodarkę międzywojnia, nie można wymienić zbyt wielu. Owszem, Rybarski redagował ustawę o Banku Polskim, ale na tle wszystkich działań gospodarczych była to kropla w morzu. Z kolei Taylor był przyjacielem Romana Dmowskiego, którego udało mu się przekonać do szkodliwości biurokracji. Ale to właściwie tyle.
Dlaczego głos liberałów w międzywojniu był tak słabo słyszany?
Po pierwsze – ze względu na historyczne uwarunkowania: nigdy nie zakorzeniły się u nas idee oświeceniowe, na których gruncie wyrastała ekonomia liberalna, a w XIX w. energię elit pochłaniało myślenie niepodległościowe, które z definicji nie mogło iść w parze z budowaniem stabilnych instytucji. Priorytetem była Polska, a dopiero potem polska gospodarka. Po drugie – ze względu na niekorzystne prądy polityczne. Jak zauważa Rett R. Ludwikowski w „Journal of Libertarian Studies”, sądzono, że „nowe i rozwijające się państwo wymagało silnego, scentralizowanego rządu”. Z kolei Sławomir Drelich, wykładowca Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, tłumaczy w magazynie „Liberte!”: „Piłsudski, Dmowski, Korfanty, Daszyński, Witos czy Wojciechowski w okresie zaborów byli związani z aktywnymi od lat na forum społecznym, politycznym i międzynarodowym środowiskami socjalistycznymi, narodowymi, ludowymi bądź też chadeckimi. Wśród ugrupowań zasiadających w sejmie pierwszej kadencji, podobnie zresztą jak w kolejnych sejmach międzywojnia, nie było partii liberalnej, nawet raczkującej czy namiastkowej, stąd często stawiany wniosek, że w Polsce doby dwudziestolecia międzywojennego nie było liberalizmu lub że nie było liberałów”.
Jak zauważa autor „Liberte!”, liberałowie – żeby mieć na cokolwiek wpływ – musieli wstępować do ideowo obcych sobie partii. Najczęściej pojawiali się w szeregach endeków, ale udało się im przeniknąć także do struktur sanacyjnych. Nawiasem mówiąc, jak na ironię, obecnie ta sytuacja powróciła. Radykalni wolnorynkowcy zasiadają obecnie w ławach sejmowych obok narodowców w ruchu Kukiz'15.
Klimat nie sprzyja pamięci
Postacie, z których próbujemy zdmuchnąć kurz historii, to nie tylko wybitni ekonomiści, których idee się nie zdezaktualizowały, i humaniści, których perspektywa sięgała poza czysto abstrakcyjne spekulacje. To także społecznicy, którzy angażowali się w rozwój polskiej oświaty i gospodarki. Gdzie tylko mogli, działali na rzecz ogólnego rozwoju cywilizacyjnego kraju. Robili to z wielkim poświęceniem i wielce wymowny jest fakt, że ich życie kończyło się często tragicznie. Heydel i Rybarski zginęli w Auschwitz. Liberałowie, którzy wojnę przeżyli – jak Krzyżanowski czy Taylor – musieli dostosować się do czasów socjalizmu. – Po wojnie „najłatwiej” mieli ekonometrycy, spadkobiercy Zawadzkiego, którzy zajmowali się tak skomplikowaną materią, że komuniści nic z niej nie rozumieli i dawali im względny spokój – stwierdza prof. Morawski. Koniec końców jednak o tych wszystkich wybitnych ekonomistach mało kto – poza historykami gospodarki – pamięta. Jest tak, bo, jak zauważa prof. Morawski, z tradycji naukowej zwykliśmy brać to, co akurat wydaje się nam aktualne, a o reszcie niesprawiedliwie zapominać. – Obecna koniunktura, czy w Polsce, czy na świecie, nie sprzyja myśli liberalnej i odświeżaniu pamięci o jej największych czempionach – załamuje ręcej prof. Morawski.
I właśnie tym bardziej – wbrew modzie – trzeba się przy tym upierać. Bo to nie tylko lekcja historii, ale także cenna nauka dla współczenych liberałów. Ich liberalizm – tak jak liberalizm międzywojnia – powinien być integralny. Powinien być całościowym spojrzeniem na świat, w którym ekonomia jest po to, by pokazać, jak się bogacić, i by czynić życie lepszym, ale które bierze pod uwagę skomplikowaną i wielowarstwową naturę człowieka i społeczeństwa. – W Polsce współczesnej wciąż nie ma wpływowego środowiska politycznego, które przyjmowałoby tak rozumiany liberalizm integralny, obejmujący zarówno kwestie ekonomiczne, jak i polityczne, społeczne oraz kulturowe – ubolewa Sławomir Drelich.
Czy gdzieś na horyzoncie kształci się pokolenie ekonomistów liberałów integralnych? Rozmawiając ze studentami ekonomii polskich uczelni, odnosi się raczej wrażenie, że bycie ekonomistą kojarzy im się z byciem głównym ekonomistą jakiegoś banku, a nie kimś, kto zmienia i ulepsza zastany świat. ©?
Nie ma ofiar, których nie należałoby ponieść dla uniknięcia inflacji i do spowodowania kierowników politycznych narodu do większej ostrożności w sprawach budżetu państwa – pisał przed wojną prof. Edward Taylor