Zdaniem wielu ekspertów XXI stulecie będzie wiekiem Azji. Skoro historyczny ciężar przesuwa się z Atlantyku na Pacyfik, to jak w takiej sytuacji ma się odnaleźć Sojusz Północnoatlantycki?
Wyrazem nieubłagalności tego trendu i jego akceptacji jest słynny amerykański „piwot”, czyli strategiczne przesunięcie uwagi z Oceanu Atlantyckiego na Pacyfik. Chociaż na razie inicjatywa Baracka Obamy nie pociągnęła za sobą zbyt wielu działań, jest to znaczący sygnał ze strony Waszyngtonu co do priorytetów polityki zagranicznej na nadchodzące dekady. Trzy lata temu ówczesny sekretarz obrony USA Leon Panetta mówił, że Europa nie powinna się bać „piwotu”, wręcz przeciwnie – powinna do niego dołączyć. Na razie nie wiadomo jednak nawet, czy Europa będzie Amerykanom w Azji w ogóle potrzebna.
„Piwot” ma oczywiście znaczenie gospodarcze, w końcu to w Azji znajduje się wiele najbardziej dynamicznie rozwijających się gospodarek. Równie ważny jest jednak aspekt wojskowy, w końcu to w tamtym regionie wyrasta siła, która nie kryje swoich globalnych ambicji. Biorąc pod uwagę niewielkie znaczenie europejskich inicjatyw wojskowych w ramach Unii, zaangażowanie Starego Kontynentu w Azji w tym wymiarze oznaczałoby zaangażowanie NATO. Byłoby to logiczne również z tego względu, że historycznie Sojusz podążał w kierunku wyznaczanym przez swojego najważniejszego gracza, czyli USA. Choć zarazem wykraczającym poza traktat waszyngtoński, ograniczający sferę zainteresowania Sojuszu do obszaru północnego Atlantyku.
Reklama
To przede wszystkim dlatego Sojusz znajduje się w Azji pod postacią misji stabilizacyjnej w Afganistanie. Można byłoby powiedzieć, że to tylko jednorazowy gest solidarności, a koniec misji będzie oznaczał koniec zaangażowania Sojuszu w tej części świata. Perspektywa obecności NATO na Oceanie Indyjskim lub Pacyfiku może się wydawać egzotyczna, niemniej zdaje się ona logiczna z punktu widzenia polityków, którzy wyznają ideę NATO jako organizacji o globalnym charakterze. Nigdzie bowiem nie jest zapisane (poza nazwą), że terytorium zaangażowania Sojuszu ogranicza się tylko do bezpośredniego sąsiedztwa krajów wchodzących w jego skład.
Tym bardziej że Sojusz mógłby prowadzić w Azji działania nieograniczające się do interwencji w upadłych państwach. W czasach pokoju w grę wchodzą przede wszystkim dialog z lokalnymi partnerami, rozwój współpracy, a także organizacja ćwiczeń wojsk powietrznych i marynarki wojennej. Jak czytamy w wydanym przez NATO Defense College opracowaniu „NATO a region Azji i Pacyfiku”, Sojusz mógłby nawiązać taką współpracę m.in. z Indiami, które znajdują się w trakcie programu rozbudowy sił morskich, oraz z Japonią. Jednym z czynników, który zachęcił Tokio do szukania dialogu z Sojuszem, jest rosnąca potęga Chin.

Reklama
Już dekadę temu amerykański publicysta Robert Kaplan przewidywał, że taka właśnie będzie przyczyna natowskiego zaangażowania w Azji. Niemniej jednak Kaplan pisał to w latach, kiedy sens istnienia Sojuszu był poddawany w wątpliwość. Po aneksji Krymu, konflikcie w Zagłębiu Donieckim, kryzysie migracyjnym i niestabilności w Afryce Północnej i na Bliskim Wschodzie wydaje się, że Sojusz ma pełne ręce roboty. A nawet w charakterze organizacji regionalnej NATO nie zawsze spełnia pokładane w nim nadzieje. Po pierwsze organizacja była praktycznie nieobecna w trakcie konfliktu w Syrii, jeśli nie liczyć obecności niektórych członków w koalicji zbudowanej w celu przeprowadzenia kampanii lotniczej przeciw Państwu Islamskiemu (pierwsze skrzypce grali tutaj oczywiście Amerykanie, ale dołożyli się również Francuzi). Z tego względu wizja NATO jako organizacji globalnej została jednak ostatnio poddana surowej weryfikacji w zderzeniu z rzeczywistością.
Na przeszkodzie natowskiemu zaangażowaniu w Azji mogą też stanąć izolacjonistyczne tendencje w Stanach Zjednoczonych. O ich sile będzie się można przekonać dopiero po zmianie lokatora w Białym Domu. Jeśli jednak dopuszczalne jest wyciąganie wniosków co do przyszłej polityki zagranicznej z wypowiedzi kandydatów na prezydenta USA, to republikanin Donald Trump już zdążył zapowiedzieć, że Sojusz jest organizacją przestarzałą, a w dodatku kosztującą Waszyngton zbyt dużo pieniędzy. Nie jest to popularne stwierdzenie wśród amerykańskiego establishmentu, ale jeśli politycy na Kapitolu zwietrzą, że podobnie myśli większość Amerykanów, szybko zmienią zdanie.
Co więcej, nie jest też nigdzie powiedziane, że Sojusz może się w Azji angażować. Poza stojącym na przeszkodzie traktatem waszyngtońskim, trudno też w wypowiedziach amerykańskich polityków – w tym samego Obamy – dopatrzyć się potrzeby wciągania Sojuszu w „piwot”. Amerykanie rozumieją, że obecnie państwa europejskie nie są w stanie angażować się na dłuższą metę militarnie poza Starym Kontynentem lub jego najbliższym sąsiedztwem, nie wspominając o wyprawach ekspedycyjnych na drugi koniec świata. A skoro sojusznicy nie mają zbyt wiele do zaoferowania, Waszyngton woli mieć wolną rękę w relacjach z Chinami. – Wciąż jesteśmy sojusznikami, ale nie zbliżamy się do siebie – podsumowuje różnicę w interesach po obu stronach Atlantyku Jean-Pierre Darnis z włoskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych.
Z drugiej strony zaangażowanie Sojuszu w Azji mogłoby być niewskazane. Już w tej chwili poziom nieufności ze strony władz chińskich wobec polityki państw zachodnich jest na tyle duży, że zaangażowanie się w sąsiedztwie Państwa Środka sojuszu wojskowego mogłoby tę nieufność jeszcze bardziej pogłębić, co w efekcie utrudniłoby i tak niełatwy dialog z Chinami. – W obecnej sytuacji nie widzę też chęci ze strony członków w angażowanie się w azjatycką politykę – mówi w rozmowie z DGP Jean-Pierre Darnis. Jeśli więc Amerykanie znów skupią się na Azji, europejscy partnerzy mogą przestać być im potrzebni.
Republikanin Donald Trump stwierdził niedawno, że Sojusz jest organizacją przestarzałą / Dziennik Gazeta Prawna