Przed Majdanem na Ukrainie zdarzały się od czasu do czasu tzw. kieszonkowe sądy. Karmannyj sud polegał na tym, że pozwalało się „swojemu” prokuratorowi śledzić własny przekręt, załatwiało „swojego” sędziego na rozprawę i otrzymywało uniewinnienie albo symboliczny wyrok paru hrywien grzywny.
W zamian otrzymywało się gwarancję, że po zmianie władzy na mniej przychylną nie da się wrócić do sprawy. Wszak zgodnie z zasadą „ne bis in idem” nie można być dwukrotnie sądzonym za to samo.
We wtorek do podobnego zdarzenia doszło w parlamencie. Najpierw prezydent Petro Poroszenko ogłosił, że nie wyobraża sobie, by premier Arsenij Jaceniuk dalej pełnił funkcję ze względu na oskarżenia pod adresem jego otoczenia o korupcję i wstrzymywanie reform. Potem klub Bloku Poroszenki (BPP) szybko zebrał wymagane podpisy pod wnioskiem o wotum nieufności, którego autorem był szef klubu BPP Jurij Łucenko. Wskazówka była jasna: prezydent ma ich dość, tak jak każdy z was, drodzy obywatele. Zrobimy wszystko, by poszli sobie precz.