Pod pretekstem debaty o czwartej rewolucji przemysłowej i jej skutkach dla świata na corocznym forum w Davos polityczno-gospodarcza elita dyskutowała o wyzwaniach współczesności, od wzrostu zagrożeń dla międzynarodowego bezpieczeństwa po kryzys migracyjny. Nie zabrakło głosów, że skala napięć i problemów zapowiada nadejście jakiegoś przesilenia. Do tej pory bowiem zawsze w historii ludzkości takie zawirowania oznaczały wojnę lub rewolucję.
Dr Małgorzata Bonikowska, prezes Centrum Stosunków Międzynarodowych i ośrodka Think-Tank / Dziennik Gazeta Prawna
Niełatwo żyć w ciekawych czasach, a w takich właśnie żyjemy. Na początku XX wieku amerykański prezydent Theodore Roosevelt ubolewał, że za jego kadencji jest spokojnie, więc nie przejdzie do historii jako wielki prezydent. Franklin D. Roosevelt nadrobił zaległości, trafiając do podręczników jako ojciec nowego ładu, który zniwelował wielki kryzys gospodarczy w USA oraz jako jeden z wielkiej trójki przywódców układających powojenny porządek świata. W drugiej dekadzie XXI wieku na nowo rozdawane są karty.
Reklama

Reklama
Wydaje się, że od kryzysu gospodarczego i wojny w Gruzji w 2008 r. Stary Kontynent stracił busolę. Europa weszła w trzecie tysiąclecie na fali entuzjazmu po zakończeniu zimnej wojny, upadku Związku Radzieckiego i rozpadzie bloku wschodniego. Otworzyło to drogę do wielkiego rozszerzenia Unii Europejskiej, a raczej zjednoczenia wschodniej i zachodniej części kontynentu, aby mógł znów oddychać dwoma płucami. Nic jednak potem równie wielkiego nie wymyślono i Europa stanęła w miejscu, nieco przytłoczona własną biurokracją i skalą rosnących wyzwań.
12 nowych członków UE z Europy Środkowo-Wschodniej (plus Cypr i Malta) wniosło trochę świeżej krwi i dynamiki, ale jeszcze więcej roszczeń. Świetnym tego przykładem jest Polska, rozdarta między chęcią wielkości i dążeniem do wzrostu znaczenia, a niechęcią do poświęceń i brania odpowiedzialności za innych, czego wymaga przywództwo. Po ostatnich wyborach prezydenckich i parlamentarnych ten średniej wielkości kraj wszedł w fazę redefinicji spraw wewnętrznych i polityki europejskiej, dodając Europie kolejny wektor niestabilności, obok Brexitu, zawirowań polityczno-gospodarczych w Grecji i Hiszpanii, wzrastającego wpływu ugrupowań eurosceptycznych we Francji czy na Węgrzech oraz generalnie rosnącej niechęci do UE w społeczeństwach państw członkowskich. Największe zagrożenia dla projektu europejskiego związane są z podważaniem europejskiej solidarności, w tym także w odniesieniu do funkcjonowania jednolitego rynku, uznawanego za najważniejszy dorobek wspólnot.
Jednocześnie niemieckie przywództwo w UE jest poddawane silnej próbie przez pogłębiający się kryzys migracyjny. Milion przybyszów w 2015 r. robi wrażenie, a ma ich być więcej. Nie pomaga stawianie płotów z drutu kolczastego (Węgry, Słowenia), tymczasowe zamykanie granic wewnętrznych (Austria), pomysły zabierania imigrantom mienia (Dania), wprowadzenia małego Schengen (Holandia) czy Europejskiej Straży Granicznej, zwiększenie dodatkowych środków na unijną agencję Frontex (której siedziba jest w Warszawie) oraz dla Turcji. Nadal zewnętrzna granica UE jest nieszczelna, zwłaszcza na linii Grecja–Turcja i na Bałkanach, a kwotowe rozmieszczanie imigrantów we wszystkich krajach członkowskich budzi ostre sprzeciwy państw Grupy Wyszehradzkiej. Styl forsowania rozwiązań przez Berlin oraz pewna niecierpliwość okazywana przez niemieckich polityków nie odpowiadają europejskim kolegom z klubu, a sami Niemcy są coraz bardziej niechętni wobec swojej obecnej administracji. Jednak bez silnego przywództwa „brukselskie młyny” nie będą mielić ani szybko, ani mądrze, a na horyzoncie nie widać innego lidera z tak mocną pozycją jak kanclerz Angela Merkel.
Na te polityczno-gospodarcze kłopoty Europy nakłada się jeszcze wspomniana rewolucja przemysłowa, czyli rozwój nowych technologii w połączeniu ze zmianami zachowań i potrzeb ludzi. Internet, roboty, sztuczna inteligencja, rozrastające się megazasoby danych, smart miasta i smart społeczności wymagają mentalnego ogarnięcia przez państwa i regiony, a także edukacji, aby zminimalizować zagrożenia. Jednowymiarowy świat odszedł do lamusa, nawet dwa czy trzy wymiary to dziś mało, bo wszystko zaczyna być hybrydowe: wojny i państwa, rządzenie i zarządzanie, społeczeństwo i gospodarka. Pojawia się problem, jak żyć w czasach permanentnej niepewności i zmian, jeśli się urodziło w poprzednim, mniej wielowymiarowym stuleciu.
Polityczno-społeczny aspekt tych przemian opisali autorzy książki „Rewolucja Przemysłowa: w poszukiwaniu efektywnego państwa” (Micklethwait i Wooldridge The Fourth Revolution: The Global Race to Reinvent the State”, 2014). Ich zdaniem po pięciu wiekach przemian i trzech rewolucjach w celu usprawniania struktur rządzenia zachodni świat stoi przed kolejnym rozdaniem kart, bo państwa w obecnym kształcie są dysfunkcyjne i zamiast rozwiązywać problemy, to je tworzą. Modyfikacja obecnego sposobu relacji władza – obywatel jest niezbędna, żeby Zachód mógł jakoś sprostać rosnącej presji nowych mocarstw azjatyckich, nieukrywających swego przywiązania do innego rodzaju ładu politycznego.
Zdaniem autorów książki możemy pójść jedną z dwóch dróg. Pierwsza to wzmocnienie demokracji i indywidualnych swobód poprzez ograniczenie bezpłatnych usług społecznych i znalezienie nieobciążonego nadmiernymi wydatkami publicznymi modelu wielopoziomowego zarządzania. Druga to fiasko koncepcji jedności w różnorodności na rzecz autorytarnego przywództwa w oparciu o zwiększoną kontrolę obywateli ze strony aparatu państwowego i silnych przywódców.
Nad Wisłą ten dylemat brzmi znajomo. Wygląda na to, że zamiast przeżywać swój drugi złoty wiek, Polska znalazła się w awangardzie dziejowych procesów.