Niegdyś stany południowe USA udowodniły, że system niewolniczy, będąc dochodowym, wcale nie kłóci się z demokracją. Czy przyjdzie pora uiścić za to rachunek? W imieniu narodu amerykańskiego Izba Reprezentantów przeprasza Afroamerykanów za krzywdy wyrządzone im i ich przodkom, którzy cierpieli niewolnictwo i dyskryminację rasową” – ogłosił w specjalnej rezolucji Kongres Stanów Zjednoczonych w lipcu 2008 r. Wówczas przewodnicząca klubu czarnych kongresmenów Carolyn Kilpatrick nazwała ten gest „kamieniem milowym na drodze do uleczenia chorób naszej przeszłości”.
Reklama
Jednak to, co na początku prezydentury Baracka Obamy wydawało się zamykać sprawę, może okazać się tylko jednym z etapów prowadzących do wymierzenia „sprawiedliwości dziejowej”. I to przekładającej się na sumy w dolarach. Tydzień temu grupa robocza ONZ ds. osób pochodzenia afrykańskiego, której kluczowym ekspertem jest profesor prawa z UMK Michał Balcerzak, zakończyła jedenastodniową serię spotkań z przedstawicielami ludności afroamerykańskiej. W sporządzonym sprawozdaniu wyliczono dziesiątki przykładów dyskryminowania, prześladowania, a także gorszego traktowania zarówno na niwie prawnej, jak i ekonomicznej czarnej ludności w USA. Opowieści potomków niewolników skłoniły przedstawicieli Organizacji Narodów Zjednoczonych, by do sporządzonych przez siebie rekomendacji dorzucić punkt dotyczący dość odległej przeszłości. Grupa robocza ONZ zażądała w nim od amerykańskich władz „uznania, że transatlantycki handel niewolnikami był zbrodnią przeciw ludzkości, a także jednym z głównych źródeł i przejawów rasizmu, dyskryminacji rasowej, ksenofobii i nietolerancji i że Afrykanie oraz ludzie pochodzenia afrykańskiego byli ofiarami tych czynów i nadal są ofiarami ich konsekwencji. Wcześniejsze niesprawiedliwości i zbrodnie przeciwko Afroamerykanom wymagają sprawiedliwych reparacji”.

Reklama
To stanowisko potwierdziła szefowa grupy roboczej prof. Mireille Fanon-Mendes podczas rozmowy z dziennikarzami. „Historia kolonializmu, dziedzictwo niewolnictwa, historia segregacji rasowej, akty rasizmu i nierówność rasowa w USA są wciąż poważnym wyzwaniem dla kraju, ponieważ amerykańskie władze nigdy nie zobowiązały się do wypłaty odszkodowań i prawdziwego pojednania z obywatelami kraju mającymi afrykańskie korzenie” – ogłosiła Francuzka. Co Waszyngton zapewne zignoruje, ale amerykański, precedensowy system prawny daje możliwości roszczeń, o jakich nawet Europejczykom się nie śniło. Czy zatem będziemy świadkiem, że jakaś rzutka kancelaria prawna zajmie się wydarzeniami sprzed 1865 r., czas pokaże. Na pewno byłoby się czym zajmować, ponieważ to na terenie Stanów Zjednoczonych stworzono najdoskonalszy system niewolniczy w dziejach. Śmiało mogący uchodzić za alternatywny model kapitalizmu.
Konwencjonalne początki
Pierwszych 20 niewolników z Afryki sprzedali w Ameryce holenderscy kupcy w czerwcu 1619 r. Zrobili to na placu targowym miasteczka Jamestown w Wirginii. Interes musiał się opłacić, skoro wkrótce do Nowego Świata zaczęły przypływać statki portugalskie, hiszpańskie czy angielskie, załadowane ludźmi upolowanymi po drugiej stronie Atlantyku. Również koloniści nie mieli nic przeciwko dość wątpliwemu moralnie biznesowi. Stały deficyt rąk do pracy powodował, że pod koniec XVII w. niewolnicy stali się bardzo poszukiwanym towarem. Aby proceder zalegalizować od strony prawnej, władze kolejnych kolonii uchwalały przepisy odbierające czarnym status człowieka. Czyniąc zeń specyficzny rodzaj żywego przedmiotu, który wprawdzie mógł posiadać potomstwo, lecz zaraz po urodzeniu przechodzące na własność posiadacza niewolnika.
Taki stan rzeczy łatwo prowadził do traktowania czarnych w sposób podobny do zwierząt gospodarczych, a czasami nawet gorszy. Niedojadali, mieszkali w drewnianych barakach z klepiskiem zamiast podłogi i często nawet pozbawionych okien. Dwa razy do roku dostawali nowe ubranie, a buty jedynie wówczas, kiedy spadł śnieg. Pracowali najczęściej przez 15 godzin. Jeśli nie przykładali się do powierzonych im zadań, czekało ich wybatożenie. „Julia jest wciąż ta sama, choć zapewniam Cię, że nie wymaga zbytniego karcenia. Ostatniej soboty uraczyłem ją trzydziestoma batami i tylomaż we wtorek, a dziś słyszę, że choruje” – skarżył się w liście wysłanym do żony w 1736 r. plantator Thomas Jones. Jeśli jakiś niewolnik decydował się na ucieczkę i został złapany, karano go obcięciem jakiejś części ciała (zwykle palców u nóg, żeby nie mógł już biegać) oraz wypaleniem piętna rozgrzanym żelazem. Te brutalne działania zaostrzyły się po 1755 r., gdy w kodeksie stanu Georgia zapisano, iż nagrodę za ujęcie zbiegłego Murzyna wypłacano zarówno w przypadku, gdy był żywy, jak i martwy. Chcąc ułatwić pracę zawodowym łowcom, zgodzono się, aby na dowód udanego polowania musieli okazywać nie całe ciało, a jedynie obcięte uszy lub skalp.
Takie okrucieństwo budziło sprzeciw. Jeden z ojców założycieli Stanów Zjednoczonych Thomas Jefferson w 1782 r. otwarcie potępił system niewolniczy, nazywając go prowadzącym do „niesłabnącego despotyzmu z jednej strony i poniżającej uległości z drugiej”. Ale własnych niewolników nie wyzwolił, bojąc się wymiernych strat finansowych. Zaś stworzona przy jego współudziale konstytucja, jednocząca samodzielne stany w federalne państwo, gwarantowała zachowanie istniejącego status quo. Czyli stany południowe, które zalegalizowały wcześniej niewolnictwo, nadal mogły uznawać czarnych za własność prywatną. Do tego jeszcze artykuł czwarty Konstytucji USA określał jasno, że: „Kto będąc na podstawie ustawodawstwa jednego stanu obowiązany do służby lub pracy, zbiegnie do innego stanu, nie może być z mocy obowiązujących tam ustaw lub innych przepisów zwolniony od tej służby lub pracy, lecz powinien być na żądanie wydany tej osobie, która ma prawo do jego służby lub pracy”. Szeryfowie, sędziowie i urzędnicy na Północy musieli więc udzielać wszelkiej pomocy łowcom podczas ścigania zbiegów, a potem zapewnić odstawienie uciekinierów do rąk właściciela. Wprawdzie w połowie XIX w. stany niewolnicze zajmowały ok. 30 proc. powierzchni USA i zamieszkiwała je jedna trzecia ludności kraju, ale w utrzymaniu systemu ekonomiczno-prawnego, przypominającego swym modelem imperium rzymskie, partycypował cały kraj.
Bo to się opłaca
O mały włos, a niewolnictwo zniknęłoby w USA na początku XIX w. W tym czasie pod naciskiem ruchu abolicyjnego Wielka Brytania oraz Francja zdelegalizowały handel ludźmi, a potem możliwość ich prawnego niewolenia. Nowości z Europy skłoniły kongres USA w 1803 r. do uchwalenia ustawy zakazującej sprowadzania nowych niewolników spoza terytorium kraju. Na wprowadzenie do konstytucji poprawki likwidującej cały system jednak się nie zdobyto, bojąc się rozpadu unii. Reformatorzy liczyli, iż problem z czasem rozwiąże się sam za sprawą braku dopływu „świeżej krwi” z Afryki.
Nie przewidzieli, że rewolucja przemysłowa w Anglii przyniesie ogromne zapotrzebowanie na bawełnę. Nowoczesne przędzalnie stały się jedną z kluczowych branż. Tymczasem idealnym miejscem dla tej rośliny okazało się południe Stanów Zjednoczonych. Wcześniej niewolnicy opiekowali się różnego rodzaju uprawami oraz zajmowali hodowlą zwierząt, ale rynkowy popyt uczynił z nich poszukiwanych zbieraczy na polach bawełny. Zwłaszcza gdy emigrantów z Europy nie napływało jeszcze zbyt wielu. Deficyt siły roboczej wymusił zadbanie o takie zorganizowanie pracy, by czarni wykonywali ją z maksymalną wydajnością. Amerykanom, chyba jako jedynej nacji w dziejach, ta sztuka się powiodła. Plantatorzy wypracowali i sukcesywnie doskonalili system zadaniowy. Niewolników dzielono na brygady wedle predyspozycji poszczególnych osób. Następnie każdego dnia nadzorca zlecał brygadzie limit zadań do wykonania. Koniec realizacji oznaczał początek czasu wolnego. Dzięki temu starano się pracować jak najszybciej. Dość powiedzieć, że jeśli w 1790 r. w stanach południowych zebrano 3 tys. bel bawełny (ok. 680 ton), to w 1820 r. było to już ok. 4 mln bel (ok. 900 tys. ton).
W tym samym czasie zmieniło się diametralnie podejście do łączenia niewolników w pary. Wprawdzie nadal formalnie nie uznawano ich małżeństw, lecz sami właściciele zaczęli zachęcać czarnych, by posiadali potomstwo. Wychowywane w niewoli kolejne pokolenia Afroamerykanów nie były zdolne do stawiania oporu. Od urodzenia bowiem kształtowano uległość i brak samodzielności. „Kobiety (białe – red.) mają mniejsze szanse na to, by żyć własnym życiem, niż gdyby były misjonarkami w Afryce. Mają wokół siebie gromadę czarnych przypominających znajdujące się pod ich opieką dzieci” – narzekała na swoją codzienność w dzienniku żona polityka z Karoliny Południowej Mary Boykin Chesnut. Tak wychowane osoby okazywały się znakomitymi wykonawcami poleceń i dobrze wkomponowywały się w istniejący system pracy. Same w sobie stanowiły też cenny kapitał. Można je było nabywać, dziedziczyć, zapisywać w testamencie, zastawiać w banku w zamian za kredyt oraz spekulować nimi jak papierami wartościowymi. Kupując, by potem drożej sprzedać.
Taki stan rzeczy czynił handel ludźmi na terenie USA bardzo intratnym zajęciem. Zajmowały się nim wyspecjalizowane spółki oraz licytatorzy. Największe tego typu firmy swoje siedziby miały w mieście Alexandria w stanie Wirginia. Przed licytacją umieszczano Murzyna w specjalnym obozie nazywanym zagrodą. Tutaj doświadczał być może najprzyjemniejszych chwil swego życia. Nie musiał pracować, a do tego jeszcze tuczono go, jak najobficiej karmiąc, by wyglądał na silnego i zadbanego podczas licytacji. Ale gdy już do niej dochodziło, jeśli nie był osobą samotną, czar pryskał. Jedynie w dwóch stanach prawo zabraniało sprzedawania matek bez dzieci, jeśli te miały mniej niż dziesięć lat. Około jedna trzecia dzieci niewolników przed 14. rokiem życia szła na sprzedaż. W przypadku dorosłych par jakiekolwiek skrupuły znikały i nic nie zabraniało ich rozdzielania. Czarnych sprzedawano na specjalnych targach lub w kolumnach przepędzano przez kolejne małe miejscowości, urządzając od ręki licytacje. Tak naprawdę jedyną rzeczą, która skutecznie chroniła ich przed nadmiernym okrucieństwem, był sukcesywny wzrost wartości. Kiedy import niewolników z Afryki został zdelegalizowany, ich cena zaczęła w Ameryce rosnąć. Zaraz po 1808 r. silny mężczyzna kosztował ok. 500 dol. Ale pod koniec lat 30. XIX w. już ok. 1,3 tys. dol. Gdy 20 lat później popyt na bawełnę osiągnął na światowych rynkach swoje maksimum, cena zdrowego niewolnika w USA przekroczyła 2 tys. dol. Wysoki koszt zakupu powodował, że Południowcy, niegdyś bezwzględni, nauczyli się dbać o godziwe warunki bytowania dla żywej własności. „Niektórzy właściciele zatrudniali robotników pracujących za tygodniówki (często byli to imigranci irlandzcy), do kopania rowów i różnych niebezpiecznych prac, bo nie chcieli ryzykować życia bardziej wartościowych niewolników” – opisują w „Historii Stanów Zjednoczonych” George Brown Tindall i David E. Shi. „Choć zyskowność niewolnictwa przez długie lata stanowiła przedmiot sporu, w ostatnich latach historycy gospodarki doszli do wniosku, że niewolnicy przynosili przeciętnie dziesięcioprocentowy zysk w stosunku do poniesionych kosztów. W tamtym okresie, podobnie jak i teraz, była to marża zysku nie do pogardzenia” – dodają.
Niewolnicza rewolucja przemysłowa
„Opinia, że czarna siła robocza nie nadaje się do przemysłu, kłóciła się z faktami, albowiem właściciele fabryk kupowali lub wynajmowali czarnych robotników do pracy przy maszynach i robotnicy ci uczestniczyli w prawie wszystkich rodzajach produkcji” – opisują George Brown Tindall i David E. Shi. Wedle stereotypu, w który powszechnie się wierzy, południe USA było rolniczą, zacofaną prowincją w odróżnieniu od szybko rozwijającej się, przemysłowej Północy. Tymczasem dane statystyczne całkowicie temu przeczą. To właśnie tam powstały pierwsze fabryki i wedle spisu z 1810 r. doliczono się w stanach południowych więcej zakładów przemysłowych niż na Północy. Potem tendencje zaczęły się odwracać, bo uprawa bawełny okazywała się bardziej zyskowną inwestycją niż zakłady przemysłowe. Ale nadal trudno było się doszukiwać dramatycznych różnic. W końcu pierwszym wielkim amerykańskim przemysłowcem był Daniel Pratt z Alabamy. Jego fabryki i zakłady metalurgiczne, obsadzone w dużej mierze przez niewolników, wytwarzały: blachę, odlewy, szyny, sukno, powozy.
Dopiero masowy napływ emigrantów z Europy znacząco pogłębił różnice między obu częściami Stanów Zjednoczonych. Ponieważ główne porty kraju znajdowały się na północy, tam opuszczali statki przybysze z Europy. Robotnicy z Irlandii, Niemiec czy terenów Polski, godząc się na głodowe pensje i jednocześnie utrzymując własnym sumptem, generowali niższe koszty dla pracodawcy niż niewolnicy. Dzięki temu rozwój przemysłu przyśpieszył w stanach zlokalizowanych przy wschodnim wybrzeżu.
W 1860 r. te różnice stały się już znaczące. Południe, gdzie mieszkało 30 proc. obywateli USA, skupiało 22 proc. zakładów przemysłowych, wytwarzając 16 proc. ogólnokrajowej produkcji. Co jednak nie oznaczało dużych różnic w zamożności. „W 1860 r. dochód na jednego mieszkańca wynosił tam (stany południowe USA – red.) 103 dolary i prawie dorównywał dochodowi na jednego mieszkańca Szwajcarii. Pod tym względem Południe wyprzedzały jedynie Australia, stany Północy i Wielka Brytania” – piszą George Brown Tindall i David E. Shi. „Przekonanie, że stany południowe były ekonomicznie zacofane, wyniknęło z istniejących w tym okresie sporów między Północą i Południem. Podczas tych sporów Południowcy przedstawiali siebie jako biedniejszych od swych przeciwników. Czynili to w celu nadania większej wagi zarzutom na temat eksploatacji ze strony Północy” – dodają autorzy „Historii Stanów Zjednoczonych”. Bogactwo Południa generował nie przemysł, lecz rozwojów rolnictwa. Stamtąd pochodziło 52 proc. produkcji kukurydzy trafiającej na rynek w całym kraju oraz 29 proc. pszenicy. Choć oczywiście głównym źródłem siły ekonomicznej pozostawała bawełna.
„Żadna potęga świata nie odważy się wypowiedzieć jej wojny. Bawełna jest królową” – powiedział podczas swego wystąpienia w 1860 r. gubernator Karoliny Południowej James H. Hammond. Jej produkcja nieustannie rosła ze względu na ogromny popyt ze strony brytyjskiego i francuskiego przemysłu włókienniczego. David Brion Davis w monografii pt. „Nieludzka niewola: Wzrost i upadek niewolnictwa w Nowym Świecie” wylicza, że ówczesne amerykańskie plantacje bawełny dostarczały 60 proc. światowej produkcji tego surowca, a kapitał inwestowany w niewolników trzykrotnie przewyższał sumy wydawane na rozbudowę linii kolejowych w USA. Doszło do tego, że czarnych, by uprawiali rolę, zaczęły skupować nawet plemiona indiańskie. Z powodu obawy o zachowanie praw własności do nabytego wielkim wysiłkiem finansowym żywego towaru po wybuchu wojny secesyjnej czerwonoskórzy poparli konfederatów i przyłączyli się do walki przeciwko wojskom Północy.
Alternatywny świat
Nim wielka wojna o zachowanie w całości unii zmiotła świat Południa, znajdował się on u szczytu rozkwitu. Jego 8 mln wolnych obywateli żyło coraz dostatniej, w dużej mierze dzięki wydajnej pracy 4 mln niewolników. Acz nie znaczy to, że każdy Południowiec miał szczęście posiadać własnego. Większość mieszkańców stanowili drobni farmerzy, którzy sami uprawiali rolę, a ich dochód był zbyt mały, żeby mogli sobie pozwolić na zakup pomocnika wartego 2 tys. dol. Co stanowiło często roczny dochód z farmy. Wedle spisu powszechnego z 1860 r. co najmniej jednego Murzyna posiadało dokładnie 383 637 obywateli. Natomiast więcej niż 20 niewolników miało na własność 46 tys. najbogatszych plantatorów. To oni tworzyli elitę rządzącą, która marzyła o wykrojeniu własnego kraju, niezależnego od zmian społecznych zachodzących na Północny. Przecież posiadanie dużej liczby niewolników gwarantowało luksusowe i wygodne życie. Ich właściciel, jeśli nie miał ochoty, wcale nie musiał poświęcać wiele czasu pracy. Mógł zajmować się czytaniem książek, uprawieniem polityki, hulankami lub niewolnicami, które akurat miał pod ręką. „Boże, wybacz nam, gdyż ten nasz świat, w którym żyjemy, jest potworny. Nasi mężczyźni, jak dawni patriarchowie, żyją w jednym domu ze swymi żonami i konkubinami, a Mulaci, których widuje się w każdej rodzinie, są często podobni do białych dzieci” – rozpaczała w dzienniku Mary Boykin Chesnut. „Każda dama jest gotowa powiedzieć ci, kto jest ojcem każdego Mulata w każdym z okolicznych domów, z wyjątkiem jej własnego. Bo te dzieci-Mulaci, które żyją w jej domu, spadają jej zdaniem z chmury” – ironizowała.
Tego oburzenia nie podzielało gros mieszkańców Południa, nawet ci, nigdy niekorzystający z luksusu, jaki stanowił choć jeden własny Murzyn. „Farmerzy obawiali się, że niewolnicy, w wypadku gdyby zostali wyzwoleni, rywalizowaliby z nimi o ziemię” – wyjaśniają ten paradoks George Brown Tindall i David E. Shi. Tezę tę najlepiej potwierdzało referendum zorganizowane w 1849 r. w Kentucky, gdzie głosujący przeważnie nie posiadali żadnego niewolnika, ale i tak poparli istniejący porządek.
Wbrew temu, co można obejrzeć w superprodukcjach z Hollywood, w połowie XIX w. los czarnych niewiele obchodził białych Amerykanów. Ruch abolicyjny był bardzo słaby. W stanach południowych skupiał zaledwie ok. 5 tys. członków. Niewiele lepiej wyglądało to na Północy. Również niewolnicy butowali się rzadko. Największa z rebelii, jaką w sierpniu 1831 r. wzniecił czarny kaznodzieja Nat Turner w hrabstwie Southampton w stanie Wirginia, trwała zaledwie dwa dni i zginęło podczas jej trwania ok. 50 białych. Spore znaczenie zapewne miało to, iż coraz powszechniejsze stało się samowykupywanie się niewolników, gdy zdołali zaoszczędzić wymaganą sumę. Notabene po udanej transakcji były już niewolnik często znakomicie wkomponowywał się w istniejący system ekonomiczny. Jeden z najbogatszych obywateli Luizjany Cyprien Ricard, po tym jak kupił sobie wolność, dorobił się majątku wartego ćwierć miliona ówczesnych dolarów, m.in. dzięki pracy 99 niewolników na jego plantacjach. Podobnie rzecz się miała z Mulatem Williamem Ellisonem, który w wieku 26 lat wykupił sobie wolność od białego farmera, będącego jego ojcem. Następnie sukcesywnie pomnażał kapitał, stając się jednym z największych posiadaczy ziemskich w Południowej Karolinie. Na tysiącu akrów jego ziemi (ok. 400 hektarów) pracowało zwykle 40 niewolników. Przy czym Ellison nie miał dla nich zbyt wiele ciepłych uczuć, skoro zarządził, żeby zaraz po urodzeniu sprzedawać dzieci płci żeńskiej. Dziewczynki – jego zdaniem – generowały zbyt mały zysk, by opłacało się je utrzymywać. Wedle spisu powszechnego z 1830 r. na Południu mieszkało dokładnie 3775 wolnych obywateli zapisanych w rubryce „czarni”. Co ciekawe, wszyscy oni byli zamożnymi ludźmi, ponieważ przyznawali się do posiadania 12 760 niewolników. Oczywiście o tym samym kolorze skóry. Trzydzieści lat później liczba wolnych czarnych w stanach południowych przekroczyła 260 tys., ale przytłaczająca większość żyła już z pracy własnych rąk.
Ten niespotykany nigdzie indziej świat, łączący nowoczesność i demokrację z niewolnictwem, mógł trwać jeszcze bardzo długo. Gdyby tylko jego elitom nie zamarzyła się secesja. Krwawą wojnę o ocalenie unii wygrała z wielkim trudem Północ – bardziej ludna i posiadająca więcej fabryk.
Acz zniesienie niewolnictwa odbyło się niejako przy okazji. Słynna proklamacja prezydenta Abrahama Lincolna, dziś sławiona jako przełomowy akt prawny, była w rzeczywistości rozkazem naczelnego wodza sił zbrojnych i nakazywała wyzwolenie czarnych z dniem 1 stycznia 1863 r. tam, gdzie „będzie trwać rebelia przeciwko Rządowi Stanów Zjednoczonych”. Jednym słowem stanowiła akt dywersji mający wzniecić bunt niewolników w stanach południowych. „Gdzie nie ma możliwości, Pan Lincoln wyzwala niewolników. Gdzie je ma – pozostawia ich dalej w niewoli” – skomentował wówczas całą sytuację londyński „The Times”. Ale skoro powiedziało się pierwsze słowo, należało, pod naciskiem europejskiej opinii publicznej, dodać kolejne. Zwłaszcza że był to znakomity sposób, żeby do reszty pognębić ekonomicznie pokonane Południe. Stąd w grudniu 1865 r. Kongres USA z ochotą przegłosował 13. poprawkę do konstytucji. Likwidującą niewolnictwo na całym terytorium Stanów Zjednoczonych. Jak, po otrzymaniu wolności, poradziły sobie kolejne pokolenia Afroamerykanów w niezbyt przyjaznym im otoczeniu, to już zupełnie inna historia. Warta 11 dni pracy grupy roboczej ONZ ds. osób pochodzenia afrykańskiego.