Hoduje się mieszańce dużych, silnie umięśnionych ras psów i agresywnych terierów. A potem trenuje, szczując na inne zwierzęta. Psy przeznaczone do walk nie znają innego zachowania niż agresja.
Reklama
Poranione ciało psa znalezione gdzieś na poboczu drogi. Nielegalna hodowla siejących grozę czworonożnych bestii, którą odwiedzają szemrani panowie w samochodach z przyciemnionymi szybami. Opowieści miłośników zwierząt sprzedawane przyciszonym głosem. Dziwne ogłoszenia o sprzedaży „milutkich bandogów”. Zastanawiające wpisy na portalach społecznościowych. To za mało, żeby mówić o twardych dowodach. Ale za wiele, żeby cieknące do mnie wąską strugą informacje o walkach psów traktować jako zwyczajne miejskie legendy.

Reklama
To, czego się dowiedziałam, pozwala sądzić, że proceder, który miał już przejść do historii – wraz z „chłopakami z miasta” paradującymi w szeleszczących dresach i z upodobaniem używających „klamek” – ma się całkiem dobrze. Tyle że tak samo, jak niegdysiejsi mafiosi zamienili sportowe garniturki na szyte ręcznie garnitury, a „klamki” na mózgi najlepiej opłacanych w kraju księgowych, tak organizatorzy psich walk postawili na dyskrecję. Bo cisza sprzyja biznesowi. Każdemu. A organizowanie walk psów to bardzo opłacalne zajęcie. Podobnie jak hodowla szczeniaków bojowych ras.
Zaczęło się od wpisu na FB, który zamieściła pewna hodowczyni pitbuli z południa Polski. Brzmiał tak: „Co to ma być... laska wystawia na zdjęciach psy po walkach i ma jeszcze cztery lajki? Co za debilem trzeba być, żeby takie rzeczy robić i to popierać, czy nie ma mocnych na takich ludzi... To już nie pierwszy raz, gdy chwali się psami biorącymi udział w walkach... chyba powinien się tym ktoś zainteresować!”.
Do postu załączono fotografię dwóch psów z pyskami noszącymi ślady wielokrotnych pokąsań. Komentujący wydawali się znać problem, który nie pierwszy raz się pojawiał w ich gronie. Wrzucali bulwersujące filmy, które jednak ktoś błyskawicznie czyścił z YouTube’a. Zainteresowałam się. Zadzwoniłam do kobiety, która wszczęła tę burzę w sieci. Ale okazało się, że kiedy emocje opadły, nie jest już tak skłonna do zwierzeń. – Załatwimy tę sprawę we własnym gronie – oznajmiła. Dodała, że osoba, która to robi, gorzko pożałuje. I już nie chciała powiedzieć ani słowa. Zaczęłam więc grzebać sama.
W czerwcu tego roku we wsi Teofile w powiecie nowodworskim wybuchła afera związana z nielegalną hodowlą agresywnych mieszańców. W lokalnej prasie pojawiły się artykuły o tym, że psy biegają luźno po wiosce, są agresywne wobec innych zwierząt, rzucają się na ludzi.
– Mieszkańcy byli zastraszeni. Właściciel tych zwierząt należał ewidentnie do świata przestępczego – relacjonuje jeden ze świadków. Mówi, że tym, którzy się przeciwstawiali, grożono, iż coś złego może spotkać ich rodziny i dobytek. Na policję trafiały skargi, było kilka interwencji. Ale, jak przyznaje policjant z Komendy Powiatowej Policji w Nowym Dworze Mazowieckim, chodziło raczej o bezpieczeństwo mieszkańców wioski, a nie psów. Wprawdzie pojawiały się pogłoski, że psy są trzymane nie dla przyjemności, ale nikt nie chciał zeznawać. – Sprawa rozwiązała się w nieoczekiwany sposób: właściciel psów został aresztowany, postawiono mu zarzut usiłowania zabójstwa – opowiada funkcjonariusz. Pod koniec października tego roku usiłował poderżnąć gardło maczetą swojemu kumplowi.
Dziś sytuacja wygląda tak: właściciel hodowli siedzi i prędko nie wyjdzie. Psy zostały zabrane do schronisk, policja nie wie gdzie. Co się z nimi później stało? Jak tłumaczył mi policjant, w sposób oczywisty cała para poszła w usiłowanie zabójstwa, kwestia psów stała się absolutnie poboczna. Zwłaszcza że weterynarz, którego wezwali, żeby zajął się czworonożnym towarzystwem, powiedział, że nie ma mowy o żadnej nielegalnej hodowli, gdyż te psy to zwyczajne kundle.
Zwykłe kundle
Z relacji mieszkańców wsi wynika, że owe kundle to były tzw. bandogi. Tym mianem określa się mieszanki molosów – a więc dużych, silnie umięśnionych psów, zwłaszcza takich ras jak bulmastif, cane corso, dog argentyński i kanaryjski, mastif neapolitański czy tosa z TTB, czyli agresywnymi wobec innych zwierząt – z terierami typu bull (m.in. american pit bull terrier, american staffordshire terrier, bulterier, staffordshire bull terrier). Masa plus agresja. Mieszanka genów, które w sprzyjających – a raczej niesprzyjających – okolicznościach, będą maszynami do zabijania. Nie ludzi, ale innych zwierzaków.
I faktycznie – bandogi nie są rasą w rozumieniu FCI (Międzynarodowej Federacji Kynologicznej). Ale ludziom, którzy z walk psów uczynili sobie źródło zarobku, wykluczenie z wystaw absolutnie nie przeszkadza. I tak te niby skundlone szczenięta, potomstwo rodziców, którzy zasłużyli się na arenie, zagryzając inne zwierzaki, są dużo droższe niż te pochodzące z kanapowych hodowli.
– Ceny dochodzą nawet do czterech tysięcy euro od pieska, którego rodzice wygrywali zapasy psich gladiatorów – opowiada Elżbieta, która opiekuje się molosami potrzebującymi wsparcia. Jako że hodowle są nielegalne, nie podlegają pod żaden związek czy stowarzyszenie, nikt tych interesów nie kontroluje. Tak było np. w Dobrzewinie pod Trójmiastem, gdzie pewien mężczyzna hodował skundlone amstafy. Uwagę miłośników zwierząt zwróciło to, że szczeniaki, które pętały się po placu, są pogryzione do krwi. Właściciel interesu wytłumaczył przedstawicielom organów ścigania, że pieski, jak pieski, pogryzły się i jemu jest bardzo przykro z tego powodu. Mieszkańcy nabrali wody w usta. Wcześniej usłyszeli, że mogą zapłonąć ich stodoły. A sąd uznał, że jest za mało dowodów, żeby kogoś skazać.
Rozmawiam z Magdą z Pomorza. Miała dwa czworonogi, które uratowała z rąk ludzi zarabiających na psiej krwi. Psa i sukę. Pies trafił do niej ze schroniska. Uciekł oprawcom. Cały w bliznach. Jak opowiada, nienawidził innych psów. Reagował dziką agresją. Nie czytał psich sygnałów. – Nieistotne było dla niego, że to jest szczeniak, który kładzie się na plecach i poddaje. Ani że to młoda suczka, która chce się bawić. Nie wąchał, nie patrzył. Atakował, żeby zabić – relacjonuje. Po rocznej pracy osiągnęła tyle, że mogła z nim wychodzić (w kagańcu i na krótkiej smyczy) bez obawy, że sobie nie poradzi z jego siłą. – Kiedy się zestarzał, było łatwiej, już się nie rzucał na inne psy. Ale wciąż był agresywny. Słuchał się mnie, ale się nie bawił – opowiada.
Drugi pies, suka, owczarek środkowoazjatycki, miał podobne objawy. W stosunku do człowieka uległy, do innych zwierząt szalenie agresywny. – Nawet kiedy był w kagańcu, bałam się, co zrobi. Potrafił przygwoździć innego psa tak, że ten nie mógł się ruszyć – relacjonuje Magda. Jak mówi, w przyrodzie, nawet wśród agresywnych z urodzenia zwierzaków, panuje pewna równowaga, które każe starszym osobnikom opiekować się szczeniakami (a przynajmniej ich nie krzywdzić), dawać fory samicom, dogadywać się w stadzie. Ale w tych przypadkach nie było o tym mowy.
Zaczęła się interesować bandogami. Ich hodowcami oraz klientami tego typu hodowli. Zaprzyjaźniła się z młodym mężczyzną, który z racji swoich zainteresowań (cane corso) na pewien czas przystał do tego urządzającego psie walki towarzystwa. I wystawiał także swoje psy. – Początkowo przyjmowałam to z pewną niefrasobliwością: bojowe psy lubią to, chcą walczyć, więc walka daje im radość. I jeśli ich właściciele przy okazji się tym ekscytują, stawiają pieniądze, to nic złego się nie dzieje – opowiada Magda. Ale kiedy weszła w to głębiej, zmieniła poglądy. – Nie walki psów mnie od tego odstręczyły, ale to, co się dzieje wcześniej. Bo sama walka to tylko finał najbardziej obrzydliwych, nikczemnych praktyk. Zwłaszcza tego, w jaki sposób wyrabia się w zwierzętach agresję i chęć do walki.
Jak? Wyobraźmy sobie, że oglądamy filmy. Te, które wykasowano z YouTube’a.
Pomieszczenie, w którego kącie siedzi szczeniak owczarka niemieckiego. Ma jakieś 4–5 miesięcy. Jest przerażony, piszczy. Człowiek, którego nie widać w kadrze, szczuje na niego pitbula. Psi dzieciak drze się w niebogłosy. Wie, że za chwilę zginie. – Wciąż mam w uszach ten wrzask, nie rozumiem człowieka, który to filmował i nic nie zrobił. Mogłabym go zamordować z zimną krwią – wścieka się Magda.
Kolejny film. Kot powieszony za tylnie nogi głową w dół. Na wysokości ok. 1,5 metra od podłogi. Młode psy skaczą, żeby dosięgnąć futrzaka. Ten wyje, wydaje z siebie iście piekielne odgłosy. Za chwilę już go nie ma, została po nim kupa zakrwawionych kłaków.
Idźmy dalej: zmęczony, poraniony pies. Dorosły. Ma obrażenia, które – gdyby był człowiekiem – kwalifikowałyby się do leczenia w oddziale ratunkowym. Choćby z powodu naruszonych powłok brzusznych, prawdopodobnie uszkodzona jest wątroba. Rzucają się na niego młode psy. Już nie będzie cierpiał.
Na tym polega wychowanie psów przeznaczonych do walk. Uczy się je zabijać. To ma być jedyna droga do spełnienia, odstresowania się, zabawy. – Fiksuje się te psy na jednym – opowiada jeden z moich rozmówców. To prosty sposób na warunkowanie. Charty uczy się podążać za króliczkiem. Labradory – żeby biegły za piłeczką albo aby aportowały przedmioty rzucane w wodę. Psy przeznaczone do walk trzyma się w koszmarnych warunkach, nie wyprowadza ich na spacer, nie daje się im żadnych podniet poza jedną: zabij. Nie masz łapy, bo ci ją odgryźli, ale bij się o życie.
– W walkach psów obowiązują podobne reguły jak w starciach bokserskich – wyjaśnia jeden z moich rozmówców. Najważniejsza jest waga. Dlatego psich zawodników przygotowuje się do starć niczym bokserów: oprócz tego, że muszą przed walką stoczyć kilka sparingów, żeby potrenować, wzmocnić motywację, muszą trzymać dietę. Żeby nie utyć. – Nie daje się im wody, zmusza do biegania po bieżni, żeby straciły masę, „szpilkuje”, czyli daje zastrzyki ze środkami pobudzającymi. Dla tak wychowywanego psa największą atrakcją jest występ na arenie, gdzie może się wyżyć, zmierzyć z innymi, w podobny sposób warunkowanymi zwierzakami. Czeka na to.
Jeśli wygra, zagryzie lub przynajmniej bardzo osłabi przeciwnika, jest głaskany, dostaje dobre kąski. Jeśli przegra, idzie na mięso armatnie, czyli staje się sparingpartnerem nowych zwycięzców. – Czasem, jeśli w grę wchodzą bardzo utytułowane osobniki, które dały wiele zarobić swoim właścicielom, to się je zszywa, leczy, jakoś składa do kupy – relacjonuje inny z moich rozmówców. – Jednak zwykle taki loser, który przegrał kilka walk z rzędu, nie ma szans. Idzie na przepadek. Wykorzystuje się go w trenowaniu szczeniąt.
Na mięso armatnie idą także psy kradzione. Z posesji, spod sklepów, gdzie właściciele przypinają swoich ulubieńców. Z parków i lasków, gdzie wychodzą na spacery. Najczęściej giną psiaki ras uważanych za agresywne. Ale żaden pitt ani bull wychowany z dziećmi, wśród pierzynek i zabawek, nie ma szans. Skończy jako psie truchło. I nikt się o niego nie upomni. No, chyba że wariaci z któregoś z NGO-sów, będący bardziej wrzodem na pośladku policji, bo zawracają głowę, niż problemem bandytów. Mężczyzna, szef stowarzyszenia pomagającego zwierzętom działającego w okolicach Kalisza, opowiada o swoich zmaganiach. – Zgłaszaliśmy, prosiliśmy, gromadziliśmy dowody – wspomina. Skończyło się na symbolicznych karach dla organizatorów walk. Jego i jego współpracowników na tyle przestraszono, że przestali się interesować tym, co się dzieje w położonym na odludziu gospodarstwie. – Wiemy, że tam nadal trzyma się psy przyuczane do walk. Ale żeby wejść i sprawdzić, trzeba nakazu prokuratorskiego. A nie dostanie się go bez mocnych dowodów, których nie mamy – ubolewa.
I tak właśnie to działa: wolontariusze nie mogą się wedrzeć na prywatną posesję. Policja także tam nie wejdzie, bo nie ma podstaw. Poza tym ma to gdzieś. No, nie do końca i nie wszyscy. Kiedy zaczęłam zbierać materiały do tego tekstu, powysyłałam także zapytania do biur prasowych kilku komend wojewódzkich. Z Katowic oddzwonił do mnie oficer wydziału zajmującego się zwalczaniem przestępczości gospodarczej. Zadeklarował współpracę i ze swojej strony poprosił o pomoc. Bardzo mu zależy, żeby dobrać się do skóry temu towarzystwu.
Rozrywka dla bogatych
– Walki psów to zabawa organizowana przez przestępców dla bardzo bogatych. Jako że stawki są niebagatelne, to także środki ostrożności są utrzymywane na bardzo wysokim poziomie – relacjonuje jeden z moich rozmówców. Zwykle działa to tak, że hodowle szczeniąt bandogów są usytuowane na głębokich wiochach. Tam nie ma policji, a jak już się tam zapuści, to łatwo ją wyprowadzić w pole. – Wynajmują zapuszczone gospodarstwa rolne na rok, dwa. Tak było chociażby w Wielkopolsce kilka lat temu. Lokalne media grzmiały, że mieszkaniec powiatu gnieźnieńskiego zrobił sobie z psich walk dochodowy interes. Dziś nikt tego incydentu nie pamięta poza wariatami broniącymi praw zwierząt.
– Pomorze, a zwłaszcza Trójmiasto. Mazowieckie z naciskiem na Nowy Dwór i Płock. Województwo śląskie, zwłaszcza Dąbrowa Górnicza – zdaniem jednego z moich rozmówców to tereny, na których ludzie zajmujący się organizacją psich walk są szczególnie aktywni. – Hodowla i sprzedaż szczeniąt bandogów to jest jedna sprawa. Druga, jeszcze bardziej dochodowa nitka, to organizowanie walk. W Polsce odbywa się ich niewiele, ale są. Żeby ułożyć taką imprezę, nie trzeba wielkich nakładów: odosobnione miejsce, skrzyknięcie gości za pomocą SMS-ów. Dwie, trzy godziny i do widzenia. Góra 50 osób, stawka na wejście zaczyna się od 100 euro na walkach podwórkowych. Na tych poważniejszych od tysiąca. Obstawiać psie walki przyjeżdżają do nas m.in. Niemcy i Holendrzy. Nasze szczeniaki są szmuglowane właśnie do tych krajów. W takim Hanowerze wynajmuje się opustoszałe magazyny, żeby tam bogaci ludzie mogli się podniecać psimi walkami – raportuje mi jeden z hodowców.
O psich walkach świadczą też znajdowane od czasu do czasu pokiereszowane psie trupy. Niekiedy jakiemuś psu udaje się także uciec. Jeśli ma szczęście, trafi do schroniska i pójdzie do adopcji. Jeśli ma mniej szczęścia, trafi do adopcji i pójdzie do uśpienia jako niebezpieczne, niemożliwe do zsocjalizowania zwierzę.
Psy przeznaczone do walk trzyma się w koszmarnych warunkach, nie wyprowadza ich na spacer, nie daje się im żadnych podniet poza jedną: zabij. Dla tak wychowywanego psa największą atrakcją jest występ na arenie, gdzie może się wyżyć. Czeka na to