Uchodźcy szturmują Europę. Dla jej obywateli od lat 40 w dół, rozpieszczonych tak upragnionym przez szturmujących dobrobytem, to pierwszy moment, kiedy debata moralna ma tak głęboko rzeczywisty charakter; kiedy jej wynik stanowi o ludzkim życiu lub śmierci i może nieodwołalnie zmienić oblicze ich świata.
Po raz pierwszy moralne poglądy, wykształcone przy rodzinnych stołach, wśród przyjaciół i w zaciszach uniwersytetów, obnoszone z dumą lub półgębkiem na debatach prywatnych i publicznych mają realną szansę się zmierzyć z rzeczywistością i pokazać, ile są warte. Dla moralisty, tak domorosłego, jak i zawodowego – bo polityka, nauczanie i komentarz społeczny to w pewnym sensie zawodowy moralizm – to rzadki w swej radykalności test na sensowność, zakres i utrzymywalność jego teorii. I jak sobie radzą te nasze przekonania i idee? Słabo. Mene, tekel, fares. Wszystkie są zbyt lekkie. I cokolwiek by się stało w kwestii uchodźców, to ich napływ nauczy nas przynajmniej jednej rzeczy – moralnej pokory. Bo wygląda na to, że „robić” w moralności można tylko brudnymi rękami i że teoria nie jest najlepsza w wyprzedzaniu rzeczywistości.
Kogo więc testują uchodźcy? Z grubsza rzecz biorąc, mamy do czynienia z dwoma istotnymi dla kwestii rodzajami wrażliwości moralnej – każdy z nas jest trochę bliżej jednego z tych „typów”, chociaż typy idealne, jak to w świecie bywa, występują rzadko. Z jednej strony takim typem są „liberałowie” – tak ich na razie nazwijmy, choć nie jest to do końca trafne. To ci, którzy chcą moralność uwolnić od przypadku. Czy to wina człowieka, że urodził się biedny lub bogaty? Że jest wyznawcą islamu lub katolikiem, mieszka w demokracji czy w dyktaturze? Losem ludzkim zarządza ślepy traf, a przecież moralność nie może słuchać się trafu, ma się słuchać rozumu. A wedle tego człowiek to człowiek, i kropka, nieważne, jak wygląda i w co wierzy. Jeśli cierpi z powodów poza jego kontrolą (reżim, dyskryminacja, klęska ekologiczna), to cierpi przypadkiem, z powodu zwykłego pecha. A to jest niesprawiedliwe – widząc takie cierpienie, mamy więc obowiązek działania. A czy znamy cierpiących? Czy są naszymi braćmi? Co nas z nimi łączy? To z tej perspektywy pytanie złe – i źle postawione, i niemoralne. Ich bliskość do nas to też przecież przypadek, zrządzenie losu. Tak jak ich kolor skóry, wierzenia, społeczna pozycja, a nawet może i niektóre cechy charakteru, które są przecież kombinacją dwóch przypadków, genetyki i wychowania. Nie pytaj więc, czemu masz pomóc, kim jest dla ciebie ofiara, jakie masz wobec niej zobowiązania, bo jest tylko jeden powód, który ma ci wystarczyć za wszystkie: niesprawiedliwe ludzkie cierpienie. Dobro nie zatrzymuje się na granicach, dobro szuka wspólności, dobro dotyczy każdego z gatunku homo sapiens. Większość nierówności więc – różnice w bezpieczeństwie, poziomie życia, dostępie do dóbr materialnych i emocjonalnych – to niesprawiedliwość. Naszym moralnym imperatywem jest ją prostować, oczywiście przy głębokim poszanowaniu inności ofiar; wszak ich styl życia i wierzenia są tak samo istotne jak nasze.
Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.