Wielkie pieniądze dla związków sportowych wydawano z łamaniem prawa. NIK podejrzewa też korupcję.
Polska w ostatnich latach z niespecjalnymi sukcesami na letnich olimpiadach / Dziennik Gazeta Prawna
Reklama

Taki obraz wyłania się z raportu Najwyższej Izby Kontroli, która zbadała przygotowania do udziału w igrzyskach olimpijskich w Londynie w 2012 r.

Reklama

Adrian Zieliński w podnoszeniu ciężarów i Tomasz Majewski w pchnięciu kulą – tylko tej dwójce sportowców udało się zdobyć złoto, choć Polskę reprezentowało aż 218 zawodników. W sumie przypadło nam 10 medali (prócz złota dwa srebrne i sześć brązowych), a w ogólnej klasyfikacji zajęliśmy 30. miejsce – słabiej niż w 2008 r. w Pekinie i w 2004 r. w Atenach. Jako że na przygotowania polskich sportowców w latach 2009–2012 z dotacji Ministerstwa Sportu wydano prawie 500 mln zł, a łącznie zainwestowano 618 mln zł, NIK tuż po igrzyskach zapowiedziała, że sprawdzi, jak wydatkowane były te środki. Efekt? Choć pieniędzy było sporo, wydano je niegospodarnie. Resort ogłaszał konkursy na dotacje w poszczególnych dziedzinach sportu, w których, co zresztą było oczywiste, zgłaszał się jeden chętny podmiot, czyli dany związek sportowy. Jego oferty nie oceniano pod względem merytorycznym, bo i tak nie było innych chętnych.

„W istocie przy podziale dotacji angażowano się w działania, które nie przynosiły efektów” – ocenili kontrolerzy. Ich zdaniem kontrola pokazała dobitnie, że sport w Polsce jest zarządzany biurokratycznie z naciskiem na procedury, bez perspektywy efektów.

Tyle że także procedury były łamane. Polskiemu Związkowi Kolarskiemu i Polskiemu Związkowi Piłki Siatkowej ministerstwo udzieliło łącznie 24,2 mln zł dotacji celowej, mimo że nie mogły być im przyznawane środki publiczne. Te związki objęto wtedy czasowym zakazem przekazywania dotacji, bo w poprzednich latach nierzetelnie rozliczyły się z pieniędzy.

Z kolei za niosące zagrożenia korupcyjne NIK uznał niejasne relacje między Polskim Związkiem Kajakowym a Polską Fundacją Kajakową.

Sport utopił pół miliarda

Afera z poważnym wątkiem korupcyjnym w Polskim Związku Piłki Siatkowej, komornik w Polskim Związku Kolarskim, dziura w budżecie Polskiego Związku Akrobatyki Sportowej – zabrakło 9 tys. zł, by wysłać zawodniczkę na mistrzostwa świata w Sofii. Ostatnie miesiące odsłaniają kolejne problemy w funkcjonowaniu związków sportowych.
Podobny obraz wyłania się z raportu NIK o finansowaniu przygotowań polskich sportowców do igrzysk w Londynie w 2012 r. Okazuje się, że związki bez ministerialnych dotacji (nawet 90 proc. ich dochodów) nie chcą i nie potrafią działać. W dodatku często przeznaczają te pieniądze nie tylko na szkolenia sportowców, lecz także na cele administracyjne. A to już łamanie umów, na podstawie których otrzymywano dotacje.
W aż 9 na 13 skontrolowanych organizacji NIK wykryła nieprawidłowości dotyczące legalności i gospodarności wydawanych środków. Od spraw drobnych (przekraczanie terminów sprawozdawczych) po poważniejsze: cztery związki sportowe wypłaciły z ministerialnych dotacji łącznie 302,4 tys. zł jako wynagrodzenia dla kadry trenerskiej i władz związkowych.
– Jesteśmy w fazie profesjonalizacji polskich związków sportowych, uczenia się funkcjonowania. Mam na myśli postępującą komercjalizację sportu, konieczność uzupełniania wpływów z dotacji środkami z własnej aktywności marketingowej, konieczność przestrzegania reguł ładu korporacyjnego – ocenia mecenas Michał Gniatowski, specjalizujący się w prawie sportu.
Niestety, widać, że związki niespecjalnie sobie z tym radzą. – Szczególnie w tych o mniej widowiskowych dziedzinach bywa słabo ze znajdywaniem sponsorów, a tym samym pieniędzy pozabudżetowych. To kwadratura koła: związek nie ma pieniędzy, więc nie ma szansy na sprawny marketing i działania sponsoringowe. Nie ma sponsorów, a więc i pieniędzy – tłumaczy Grzegorz Kita, ekspert marketingu sportowego. – Jeżeli do tego dojdą błędy formalne czy księgowe w rozliczeniach, to może też stracić szanse na publiczne dotacje, a wtedy jest problem. Tak było w Polskim Związku Kolarskim czy Snowboardu. Trzeba pracować nad nowymi zasadami finansowania i kontrolowania tych organizacji. Na pewno właściwą drogą nie są proste cięcia budżetowe. Pomysł Ministerstwa Sportu sprowadza się do wykluczenia z dotacji sportów pozaolimpijskich, nawet jeżeli – jak np. w taekwondo – od 30 lat mamy sukcesy na skalę światową. To nie ma nic wspólnego z budowaniem kultury sportu – dodaje Kita.
Z budowaniem tej kultury niespecjalnie koresponduje też wskazany przez NIK brak strategicznego myślenia w resorcie sportu. Proces wdrażania „Strategii Rozwoju Sportu do 2015 roku” był monitorowany tylko przez dwa lata (2009–2010). Od 2011 r., ze względu na zmiany organizacyjne w ministerstwie, audyt zawieszono. Prawie połowa zawodników i trenerów uczestniczących w igrzyskach w Londynie oceniła poziom przygotowań jako słaby, a jedna trzecia sportowców skarżyła się na brak sparingpartnerów utrudniający przygotowania do startów w zawodach.
Możliwe, że taka sytuacja się powtórzy. Dokument z koncepcją organizacji przygotowań olimpijskich na lata 2013–2016 minister sportu zatwierdził dopiero w kwietniu 2014 r. Skutek? Zamiast czterech lat przygotowań do Rio de Janeiro sportowcy mają tylko dwa. Za rok znów będziemy dyskutować, dlaczego mamy tak mało medali. Resort sportu zapewnia jednak, że obecna strategia jest pilnie realizowana. Jak twierdzi rzecznik prasowa Anna Mytko, na podstawie analizy letnich igrzysk olimpijskich w Londynie oraz zimowych igrzysk olimpijskich w Vancouver i Soczi obecne przygotowania podzielone zostały na dwa okresy. W trwającym – obejmującym lata 2015–2016 – z wyselekcjonowanej grupy zawodników, potencjalnych medalistów, powołany ma być specjalny Klub Polska. I to wokół tej ścisłej kadry ma być skoncentrowana praca. Z jakim skutkiem, poznamy po owocach, czyli po medalach.