Chcąc mieć spokój, rząd musi ciężko pracować. Najpierw trzeba określić, kto psuje miłą atmosferę. Potem napuścić na niego autorytety, poszukać stereotypów łatwych do rozpowszechnienia w mediach, a na koniec przekonać wroga, że sam jest sobie winien.
Co jakiś czas każde państwo musi się zmierzyć z kryzysową sytuacją. A to załamuje się kurs złotówki, a to na skraju bankructwa staje cała branża węglowa. Wówczas największymi zakałami okazują się ludzie. Górnikom w ogólnie nie odpowiada perspektywa trwałego bezrobocia połączonego z wegetacją w upadłych miastach. Pechowi posiadacze kredytu we frankach nie chcą spokojnie przyjąć do wiadomości, że przy dalszym umacnianiu się szwajcarskiej waluty mogą stracić zdobyte kosztem licznych wyrzeczeń mieszkania. Lądując z rodzinami pod mostem lub na świeżo odremontowanych dworcach PKP. Nawet fakt, że freeganizm (czyli jedzenie i ubieranie się w to, co odnajdzie się na śmietniku) robi się bardzo modny, ich nie przekonuje. Natomiast gdy Leszek Balcerowicz lub inny autorytet klaruje im, że sami są sobie winni, bezsilnie zgrzytają zębami. Odnosząc wrażenie, iż przypomina to pouczanie zgwałconej kobiety, że założyła zbyt krótką spódnicę, czym sprowokowała napastnika. A co najgorsze, ci wszyscy frustraci domagają się od rządu rozwiązania problemu, w imię społecznego i państwowego solidaryzmu. Cóż w takiej sytuacji może zrobić biedna Rada Ministrów, i bez tego nieradząca sobie z kierowaniem państwem, zarządy spółek nieumiejące przewidzieć, iż ceny surowców mogą spadać, czy właściciele banków ignorujący dotąd problematykę wahań kursów walut. Ano najprostszym rozwiązaniem jest takie potraktowanie natrętów, by na koniec bili się w piersi, przepraszając za swoje fanaberie. Jak to skutecznie robić, dopracowywano przez setki lat.
Reklama
Zdefiniowanie winnych

Reklama
„Jedną z najdawniejszych i najczęściej stosowanych technik propagandowych jest wskazywanie wroga. Wiele rządów, szczególnie będących w trudnym położeniu, stara się znaleźć kogoś, na kogo można złożyć winę za problemy” – opisuje w „Historia propagandy” Oliver Thomas. Gdy w powietrzu wisi kryzys, gniew ludu zawsze warto przeciwko komuś skierować. Już w starożytnych czasach dostrzeżono, że mocną niechęć mogą wzbudzić osoby zbytnio oddające się krytycznemu myśleniu. Walczący o zjednoczenie całych Chin pod jednym berłem cesarz Qin, za radą swego kanclerza, sformułował prostą zasadę. Głosiła ona, iż: „Mądry władca dba o to, by umysły jego poddanych nie błąkały się poza granicą zakreśloną przez prawo”. Jej konsekwencją stała się teza, iż w zasadzie wszystkiemu winni są intelektualiści. Jako środek zaradczy cesarz zalecił w roku 213 p.n.e. spalenie w Państwie Środka wszystkich ksiąg. Gdy to nie pomogło, żywcem pogrzebano 460 uczonych i filozofów. Resztę skierowano do pracy przymusowej przy budowie fortyfikacji. Lud zaś mógł docenić władcę, tak usilnie próbującego chronić poddanych przed kontaktem z niebezpiecznymi myślami.
Zalety posiadania dobrze rozpoznanego wroga doceniano i w następnych epokach. Dla Kościoła katolickiego wygodnym przeciwnikiem, wzmacniającym wewnętrzną jedność instytucji, byli: poganie, heretycy, innowiercy czy masoni. Turcy mieli swoich Ormian, Rosjanie – Polaków, zaś komuniści stale musieli zmagać się z kułakami, rewizjonistami czy imperialistycznymi agentami. Idealnie w roli zagrożenia dla porządku w państwie sprawdzali się od czasów imperium rzymskiego Żydzi. Gdy kraj stawał na progu kryzysu politycznego lub ekonomicznego, zawsze warto było wskazać na nich jako na osoby odpowiedzialne.
Działo się tak zarówno w średniowieczu, jak i w czasach bardziej współczesnych. Kiedy polski rewolucjonista Ignacy Hryniewiecki zabił cara Aleksandra II i w Rosji zaczęły się niepokoje społeczne, minister spraw wewnętrznych Nikołaj Ignatiew od razu wskazał winnych. „Dzięki swojej zwartości i jedności kierują Żydzi, z nielicznymi wyjątkami, wszystkie swoje siły nie na podwyższenie mocy produkcyjnych państwa, ale przede wszystkim na eksploatację warstw biednych wśród otaczającej ich ludności” – zapisał w raporcie dla następcy tronu Aleksandra III. Nowy cesarz wydał natychmiast dekret zabraniający Żydom uprawiania wolnych zawodów, podróżowania i zasiadania w samorządach lokalnych. Mogli osiedlać się tylko w wybranych miastach. Pół wieku później Adolf Hitler w „Mein Kampf” wyjaśniał sfrustrowanym Niemcom, kto odpowiada za wysokie bezrobocie, gospodarczą zapaść i rosnące ceny piwa w Republice Weimarskiej. Oczywiście chodziło o będącego: „pasożytem na ciele innych narodów” Żyda. „Jego rozmnożenie na całym świecie jest typowe dla pasożytów! On zawsze poszukuje nowych żerowisk dla swojej rasy” – wskazywał przyszły wódz III Rzeszy.
Dopiero od niedawna na Starym Kontynencie kierowanie gniewu ludu przeciw sprawdzonym wrogom przestało być takie proste. Skoro obecnie bohaterami masowej wyobraźni są ludzie ratujących Żydów podczas Holokaustu, prekursorzy równouprawnienia kobiet lub mniejszości seksualnych, obiektu nienawiści trzeba szukać gdzie indziej. Co nie znaczy, że znalezienie go nastręcza wiele trudności.
Jak celnie przywalić
Po ustaleniu, kto rządzącej elicie zakłóca spokój lub ma ponosić odpowiedzialność za przejściowe (jak zawsze) kłopoty, należy przystąpić do pracy propagandowej. Założyciel brukowca „Daily Mail” Alfred Harmsworth, gdy w 1896 r. zaczął wydawać pismo, pierwsze sukcesy skwitował krótkim stwierdzeniem: „czytelnicy uwielbiają nienawiść”. Musiał wiedzieć, co mówi, skoro w ciągu zaledwie pięciu lat „Daily Mail” zdobył pozycję najchętniej czytanej gazety świata, rozchodząc się w nakładzie ponad miliona egzemplarzy. Wzbudzanie nienawiści w obywatelach jest rzeczą bajecznie prostą. Wystarczy wskazać, że jakaś grupa społeczna cieszy się przywilejami lub chce dostać w swe łapy pieniądze z budżetu państwa. Gdyby nie była to prawda, zawsze można skłamać. „Jeśli często powtarzasz to samo kłamstwo, wielu ludzi w nie uwierzy” – twierdził dr Joseph Goebbels. Acz nadużywanie kłamstwa przy hejtowaniu wroga bywa rzeczą ryzykowną, bo przyłapanie na oszustwie podważa zaufanie odbiorców. Przestrzegał przed tym wieloletni kierownik sekcji niemieckiej BBC Lindley M. Fraser. Ów ekonomista po wybuchu II wojny światowej wziął na siebie tworzenie strategii walki z propagandową ofensywą III Rzeszy. Jak dobrze sobie radził w starciu z dr. Goebbelsem, najlepiej świadczył fakt, iż wiele lat po wojnie w Republice Federalnej Niemiec był nadal „powszechnie znany i szanowany” – twierdzi autor jego biografii Richard Hewlett.
Wedle zaleceń Frasera kłamstwa do atakowania ofiary można zastosować, kiedy ma się pewność, iż jego adresaci nie mają możliwości weryfikacji treści. Ponadto osoba wypowiadająca łgarstwa powinna posiadać uznawany przez odbiorcę autorytet. Na koniec Fraser zalecał, żeby zadbać o zablokowanie szkalowanemu obiektowi możliwości podjęcia polemiki w mediach. Do tych rad należałoby jeszcze dorzucić celne spostrzeżenie przedwojennego dziennikarza i pisarza Tadeusza Dołęgi-Mostowicza. „Bądź przekonany, jeżeli o kimś mówisz źle – zawsze ci uwierzą” – twierdził.
Nieco łagodniejszą formą hejtowania wroga jest ośmieszanie. Także wywołuje emocje, a celnym trafieniem można wiele osiągnąć. Kiedy na łamach „Rzeczpospolitej” w 1922 r. polityk i uznany publicysta Stanisław Stroński atakował prezydenta Narutowicza, zarzucając mu m.in. wspieranie interesów żydowskich, konserwatysta Stanisław „Cat” Mackiewicz podsumował to na łamach wileńskiego „Słowa” bardzo krótko. „Stroński jest histerykiem, tłumaczy się to zresztą przez jego żydowskie pochodzenie” – oznajmił rozbawionym czytelnikom. Niszczenie przeciwników za pomocą żartów, karykatur bądź kompromitujących insynuacji nie było niczym nowym. Jednak w XX w. przybierało coraz bardziej zorganizowane formy. Dla strategów od propagandy w krajach komunistycznych stało się jednym z jej kluczowych elementów. Kłopot w tym, że żarty o kułakach czy imperialistach po prostu nie były śmieszne, co zdecydowanie psuło ich skuteczność.
Zmusić do uległości
Znienawidzony, ośmieszony i sponiewierany wróg powinien na koniec samodzielnie dokonać samookaleczenia. Na przykład publicznie deklarując, że niegdyś kredyt w obcej walucie wziął specjalnie po to, aby doprowadzić do załamania systemu bankowego, inicjując tak ekonomiczną hekatombę we własnym kraju. Jak w delikatny sposób nakłaniać ludzi do czynienia czegoś zupełnie wbrew własnym interesom, opisywał już w XIII w. generał zakonu dominikanów Umberto di Romans. Księga pt. „Błagając w imieniu krzyża” zawiera instrukcję skutecznego zainicjowania wyprawy krzyżowej w opornej społeczności. Dominikanin zalecał zgromadzenie tłumu wiernych na świeżym powietrzu, pod krzyżem lub kaplicą, dla odbycia modłów. Jeśli tłum dawał się natchnąć entuzjazmem, wszystko było w porządku. Jednak kiedy ludzie pozostawali sceptyczni, wówczas modły trwały tak długo, aż zmęczeni wierni dla świętego spokoju ogłaszali wyprawę krzyżową. Wówczas rozpoczynano rekrutację. „Tych, którzy zwlekali ze zgłoszeniem się na ochotnika, określano mianem kurczaków lub krów niedających się wyprowadzić ze stajni” – opisuje w „Historii propagandy” Oliver Thomas. Mający dość wielogodzinnych modłów ludzie hejtowali rycerzy ze wszystkich sił wymyślnymi obelgami, byleby tylko móc wreszcie pójść do domu.
W dzisiejszych czasach całą rzecz można przeprowadzić dużo bardziej humanitarnie i na odległość, oszczędzając odbiorcom konieczności całodziennego stania pod krzyżem. „W procesie propagandy bardzo często występuje wpływ sugestii społecznej. Używa się wtedy takich stwierdzeń, jak: »każdy to robi«, »wszyscy są takiego zdania«, »całe miasto o tym mówi«. Tego rodzaju stwierdzenia odwołują się do tendencji konformistycznej, występującej u ludzi, a także do ich braku zaufania wobec sądu własnego” – opisuje Czesław Mojsiewicz w „Szkicach z dziejów propagandy”. No i należy zawsze pamiętać o prostocie przekazu, aby jego adresat się nie pogubił. „Zdolność pojmowania jest u szerokich mas bardzo ograniczona, rozumienie znikome, a zdolność zapominania bardzo wielka” – notował Adolf Hitler, siedząc w więziennej celi po puczu monachijskim. „Z tych względów skuteczna propaganda powinna się ograniczyć tylko do niewielu punktów i eksploatować je tak długo, metodą sloganów, aż ostatni nawet odbiorca pojmie to, do czego dąży propaganda” – dodawał.
Zarządzanie klęską
Wymuszanie na obywatelach robienia rzeczy niezgodnych z ich interesem przeważnie prowadzi do spektakularnych katastrof. Kiedy już one nadejdą, rządzący muszą wówczas jakoś przekonać wszystkich, iż to ofiary po raz kolejny same są sobie winne. Pół biedy, gdy kryzys zniszczy życie niewielkiego grona osób. Jednak zazwyczaj im większa skala głupoty, tym więcej jest potem do posprzątania.
Trudny do pobicia rekord świata w kategorii liczby ludzi nakłonionych do bezsensownych zachowań ustanowił niegdyś przywódca chińskich komunistów Mao Zedong. W połowie lat 50. opracował program „wielkiego skoku”, mający sprawić, że Państwo Środka szybko zdobędzie pozycję supermocarstwa. Aby to osiągnąć, Chiny musiały w krótkim czasie zwiększyć produkcję przemysłową jakieś 65 razy. Kluczowy element planu stanowił wytop stali. Z wielkim entuzjazmem 100 mln Chińczyków, mieszkających na wsiach, zbudowało ponad milion małych pieców hutniczych. Następnie utworzono brygady produkcyjne, zajmujące się jednocześnie wytopem stali i uprawą roli. Obie te czynności udawały się niespecjalnie dobrze i w efekcie nadeszła klęska głodu. Mao Zedong mógł oskarżyć wieśniaków o sabotaż, ale trudno mu byłoby wymierzyć potem sprawiedliwość niezbędnym do „wielkiego skoku” obywatelom. Wpadł więc na pomysł, żeby wszystko zwalić na... wróble. To one, wedle oficjalnego stanowiska partii, zżarły zbiory ryżu. Wydano więc nakaz ich likwidacji. Chińczycy, którzy przeżyli głód, zabrali się do mordowania ptactwa. Robili to bardzo skutecznie, bo wkrótce pola zaroiły się od robaków, wcześniej wyłapywanych przez wróble. Nakaz polowania na gąsienice i likwidowania much – minimum 60 dziennie (tyle upolowanych insektów musiał oddać partyjnemu zwierzchnikowi obywatel każdego dnia) – nadszedł zbyt późno. Kolejna fala głodu zabiła ok. 33 mln Chińczyków. Władze mogły zaś jedynie bezradnie rozłożyć ręce, bo naprawdę z wielkim zaangażowaniem próbowały zadbać o przyszłość obywateli, którzy sami sobie byli winni.
Mao Zedong mógł oskarżyć wieśniaków o sabotaż, ale wpadł na pomysł, żeby wszystko zwalić na... wróble. Chińczycy, którzy przeżyli głód, zabrali się do mordowania ptactwa. Pola zaroiły się od robaków, wcześniej wyłapywanych przez wróble. Nakaz polowania na gąsienice nadszedł zbyt późno. Kolejna fala głodu zabiła ok. 33 mln Chińczyków.