GUS przedstawił najnowsze dane z ubiegłorocznego spisu powszechnego. Wynika z niego, że liczba ludności Polski na dzień 31 marca 2011 roku wynosiła dokładnie 38 511 800 osób – o 10 tys. więcej niż wynikało z szacunków opublikowanych pół roku temu. Niemniej tak zwana ludność rezydująca, czyli osoby, które fizycznie przebywają w Polsce, liczy tylko 37,2 mln – i ta liczba będzie wykorzystywana w porównaniach międzynarodowych. Pozostałe 1,3 mln osób przebywa za granicą dłużej niż rok.

Ze spisu wynika również, że w okresie ostatnich dziewięciu lat (poprzedni spis odbył się w 2002 roku) o prawie 3 pkt proc. obniżył się odsetek osób pozostających w związkach małżeńskich – w ubiegłym roku było ich ponad 17,8 mln. Zdecydowanie za to, bo aż czterokrotnie, wzrosła liczba osób pozostających w związkach partnerskich – w 2002 roku było ich niespełna 400 tys., podczas gdy obecnie jest to już ponad 780 tys. Jednocześnie o ok. 30 proc. wzrosła liczba osób rozwiedzionych – jest ich już ponad 1,4 mln.

Jednak niezależnie od stanu cywilnego i doświadczeń małżeńskich wszystkich nas łączy jedno – trudności na rynku pracy. Z Badania Aktywności Ekonomicznej Ludności (BAEL) przeprowadzonego podczas spisu wynika, że w końcu pierwszego kwartału ubiegłego roku pracę miało niespełna 14,4 mln osób – o blisko 1,5 mln mniej, niż wynikało to ze wcześniejszych badań BAEL. Jednocześnie powiększyło się grono bezrobotnych – aż o 375 tys. osób, co oznacza, że na koniec marca ubiegłego roku było ich ponad 2,1 mln. Wszystko to oznacza, że rzeczywista stopa bezrobocia nie wynosi tyle, ile podawano we wcześniejszych badaniach BAEL, czyli 10 proc., lecz 13 proc. Na razie GUS jednoznacznie do tych wyliczeń się nie odniósł. – Nie zaprzeczam, nie potwierdzam – stwierdza jedynie prof. Janusz Witkowski, prezes GUS. I zapowiada, że jesienią opublikuje oficjalne dane, które uwzględnią wyniki spisu.

Problemów nie ma natomiast ze statystyką dotyczącą zakwaterowania w obiektach zbiorowych (m.in. internaty, domy opieki społecznej, domy dziecka). Wynika z niej, że w ubiegłym roku mieszkało w nich około 360 tys. osób – o ponad 57 tys. mniej niż w 2002 roku. Przy tym o niemal 6 tys. – do 30,6 tys. – zmniejszyła się liczba osób zamieszkałych w klasztorach, zakonach i zgromadzeniach osób duchownych. Z kolei liczba osób przebywających w szpitalach psychiatrycznych i ośrodkach leczenia odwykowego spadła w niespełna dekadę z 9,2 tys. do 5,8 tys. Wzrosła z kolei liczba pensjonariuszy domów pomocy społecznej dla emerytów i osób starszych – z 58 tys. do 61,2 tys.

Ciekawe wnioski płyną także ze spisu na temat poziomu bezdomności. Wstępne dane z ubiegłego roku mówiły, że bez dachu nad głową żyje nawet 24 tys. osób. Tymczasem aktualne dane mówią już tylko o 10,4 tys. osób. Prawie 30 proc. z nich zostało wypędzonych przez rodzinę lub współlokatorów z mieszkania. Dla 20 proc. osób przyczyną bezdomności było wymeldowanie decyzją administracyjną. Byli też tacy (17 proc.), którzy stali się bezdomni, bo pozostawili mieszkanie rodzinie z własnej inicjatywy. Tylko 10 proc. twierdzi, że żyje na ulicy z powodu bezrobocia. Ale może ich przybywać, bo sytuacja na rynku pracy jest coraz gorsza. Wczoraj GUS potwierdził wstępne dane resortu pracy, że w czerwcu stopa bezrobocia rejestrowanego wyniosła 12,4 proc. i była o 0,5 pkt proc. wyższa niż przed rokiem.

Pustoszeją klasztory. Na ulicach przybywa bezdomnych