Wkrótce władzę obejmie nowy premier. Jego najważniejszym zadaniem będzie wyciągnięcie kraju z pandemicznej recesji
Gdyby rok temu Suga Yoshihide usłyszał, że jego szef zrezygnuje z funkcji premiera z powodów zdrowotnych i że w związku z tym będzie miał szansę zasiąść w jego fotelu, to pewnie by nie uwierzył. Prawdopodobnie jednak tak właśnie się stanie, a Suga postawi dzisiaj pierwszy krok na drodze do objęcia sterów trzeciej co do wielkości gospodarki na świecie.
Na dzisiaj bowiem zaplanowane są wybory nowego szefa Partii Liberalno-Demokratycznej (PLD). Jeśli Suga wygra – a wszystko wskazuje na to, że właśnie tak będzie – to zatwierdzenie na urzędzie premiera będzie już tylko formalnością. Wszak PLD ma większość w japońskim parlamencie.
Reklama

Reklama
Wybór nowego lidera to efekt rezygnacji zapowiedzianej przez dotychczasowego szefa rządu i partii, premiera Abe Shinzo. Polityk postanowił złożyć piastowane funkcje z powodów zdrowotnych; od lat doskwiera mu zapalenie jelita grubego, które zaostrzyło się w ostatnich miesiącach.
Suga przez wiele lat był jednym z najbliższych współpracowników byłego premiera. Wraz z objęciem rządów przez Abe w 2012 r. został szefem jego kancelarii – to funkcja niezwykle ważna w japońskiej polityce, chociaż nieco zakulisowa. Z tego względu Suga był dotychczas praktycznie nieznany szerzej, chociaż z racji zajmowanego stanowiska był de facto drugą osobą w państwie.
Na czoło wyścigu o schedę po swoim poprzedniku i niebawem byłym już szefie wysunął się, bo woli zjednywać sobie ludzi niż ich do siebie zrażać – i potrafi to robić. Ta cecha charakteru pozwoliła mu przetrwać w polityce ponad 40 lat, ale pokazywał ją nie tylko na korytarzach Diety, japońskiego parlamentu. „Wall Street Journal” napisał, że za młodu Suga był bardzo dobrym zawodnikiem sumo, ale nigdy wobec oponentów nie używał całej swojej siły, aby nie zrobić im krzywdy.
Jest też niezwykle zdeterminowany. „Nikkei Asian Review” odnotował, że kiedy lekarz powiedział mu, że powinien zrzucić parę kilo, to w cztery miesiące schudł o 14 kg – pomimo tego, że ma słabość do słodyczy. Do dzisiaj zresztą zaczyna dzień od stu brzuszków, a kolejną setką go kończy.
Samozaparcie i siła przydadzą mu się, kiedy już zostanie premierem, bo też skala wyzwań stojących przed Japonią jest bezprecedensowa. Na arenie wewnętrznej nowy premier będzie musiał zmierzyć się przede wszystkim z głęboką recesją, która wymazała kilka ostatnich lat anemicznego wzrostu gospodarczego. Na arenie międzynarodowej sen z powiek będą mu spędzać coraz bardziej asertywne Chiny.
Suga na razie jednak nie zapowiada rewolucji. W polityce gospodarczej będzie raczej kontynuatorem pomysłów swojego poprzednika, które przyjęło się określać mianem „abenomiki”. Abenomika miała rozruszać japońską gospodarkę po dwóch dekadach stagnacji i składała się w trzech elementów, zwanych „strzałami”: rozluźnieniem polityki monetarnej, impulsem fiskalnym i reformą strukturalną.
Efekty są mieszane, bo chociaż bank centralny Japonii bardzo mocno odkręcił kurek z pieniędzmi, to impuls fiskalny został osłabiony poważnie przez dwie podwyżki japońskiej wersji podatku VAT, co uderzyło po kieszeni gospodarstwa domowe, a reform strukturalnych, obejmujących m.in. liberalizację rynku, unowocześnienie administracji, zwiększenie udziału i roli kobiet na rynku pracy oraz zmiany mentalności japońskiego biznesu – nie da się prawdopodobnie przeprowadzić w ciągu dekady.
Suga już wie, że nie może liczyć ani na pierwszą strzałę – bo ta jest skuteczna tylko do pewnego momentu, co zresztą w pokryzysowym świecie jest doświadczeniem wielu banków centralnych – ani tak naprawdę na drugą, o ile nie chce ryzykować dalszego zadłużenia rządu celem sfinansowania jakiegoś programu robót infrastrukturalnych. Pozostaje więc trzecia, czyli reforma strukturalna.
To nie będzie jednak proste, czego przykładem jest chociażby walka premiera Abe o lepsze miejsce dla kobiet na rynku pracy. W kraju, o którym wciąż można przeczytać, że kobiety w firmach zmuszane są do aborcji, aby nie szły na urlop macierzyński, to syzyfowa praca. Świadczy o tym chociażby taki fakt: kiedy niedawno przez japońskie media społecznościowe przetoczyła się ostra dyskusja na temat obowiązującego w wielu firmach nakazu noszenia przez kobiety butów na obcasach, po stronie pracodawców stanęła… minister w rządzie Abe, która stwierdziła, że takie obuwie to po prostu element schludnego ubioru.
W polityce wewnętrznej Sugę czeka zresztą więcej wyzwań. Ludność Japonii coraz bardziej siwieje i kurczy się już w tempie pół miliona rocznie. Aby powstrzymać dramatyczny ubytek rąk do pracy, jego poprzednik zainicjował luzowanie niezwykle ostrej polityki imigracyjnej; otwarte pozostaje pytanie, czy nowy premier zdecyduje się uchylić te drzwi szerzej. Niejasna jest również przyszłość energetyczna kraju; po wyłączeniu reaktorów atomowych w następstwie tragedii w Fukuszimie kraj dołączył do grona globalnych kopciuchów, czerpiąc większość swojej energii z węgla i gazu ziemnego. I chociaż powrót do atomu wydawałby się najlepszą środowiskowo opcją, to entuzjastów tego rozwiązania nie ma w Japonii wielu (należał do nich m.in. b. premier). Tymczasem w przyszłym roku w kraju odbędą się wybory parlamentarne i nowy szef rządu musi uwzględnić niechęć opinii publicznej do energii nuklearnej.
Chyba że, podobnie jak na początku swojej kariery politycznej, pójdzie osobiście przekonywać wyborców publicznymi wystąpieniami np. na stacjach kolejowych. Sugę uważa się bowiem za ojca w Kraju Kwitnącej Wiśni tej metody, która nazywa się tam „tsujidachi”.