Alaksandr Łukaszenka tak bardzo boi się polskiej czarnej sotni i separatystów wysłanych z Warszawy, że na nowego szefa KGB mianował oficera spod Grodna.
Konkretnie katolika ze wsi Przewałka, którego przodkowie służyli w Armii Krajowej. Iwan Tertel to do pewnego stopnia dowód, jak bardzo instrumentalnie wątek polski jest traktowany przez białoruskie władze. Potwierdzeniem był już zresztą sam wiec w Grodnie, podczas którego prezydent sformułował swoją doktrynę o rewizjonizmie Warszawy.
Byłam wówczas na placu w odległości 10 m od białoruskiej głowy państwa. Niedaleko samochodu, w którym znajdował się sprzęt do nagłośnienia. Jakoś nadmiernego zainteresowania ochroną nie odnotowałam. W zasadzie na ten plac można było wnieść wszystko. Na przykład plecak z prostym ładunkiem wybuchowym. Nie sposób było uciec od pytania, dlaczego jest taka przepaść między tym, co mówi Łukaszenka o polskim zagrożeniu, a faktami na ziemi.
Podobnie jest z Tertelem, którego w młodości rodzina nazywała Jankiem. Nowy szef KGB jest byłym sowieckim komandosem wyszkolonym w Riazaniu. Służył w 106 Dywizji Powietrznodesantowej. To ważny punkt w jego życiorysie, bo to w tej formacji poznał urok tłumienia zamieszek podczas paroksyzmów ZSRR. Jako żołnierz 106 Dywizji w 1988 r. służył we wschodnim Azerbejdżanie, w Sumgaicie, gdzie doszło do pogromu Ormian i gdzie tak naprawdę zaczął się późniejszy konflikt o Górski Karabach.
Tertel musi te wydarzenia pamiętać. Ich nieprzewidywalną dynamikę, która oscylowała od pokojowych protestów i niewinnych bójek do prowokowanych przez lokalnego gangstera Eduarda Grigorjana krwawych zamieszek z ofiarami śmiertelnymi i do dziś nieustaloną liczbą rannych. Generał musi też pamiętać, że wówczas ani lokalna milicja, ani wojska wewnętrzne, ani jego Dywizja Powietrznodesantowa nie były w stanie zrobić nic sensownego. Mimo doskonałego wyszkolenia, sprzętu i przewagi liczebnej wobec logiki wydarzeń, spadochroniarze i MSW byli bezzębni.
Ważne jest również to, że 106 Dywizja już po upadku ZSRR i w czasach zacieśnionej współpracy wojskowej rosyjsko-białoruskiej brała udział we wspólnych ćwiczeniach na Białorusi przed manewrami Zapad 2017. Ich celem była likwidacja grup dywersantów, a gry wojenne prowadzono tuż przy polskiej granicy, niedaleko Brześcia (po stronie białoruskiej uczestniczyła 38 Brygada Desantowo-Szturmowa). Zielonymi ludzikami, których szukali wówczas spadochroniarze, byli… Polacy i obywatele państw bałtyckich. Mimo albo dzięki tym doświadczeniom Tertel jest zwolennikiem bardziej subtelnych metod rozprawiania się z opozycją. O czym świadczy fakt, że figurował w dokumentach UE z 2012 i 2013 r., które ustanawiały sankcje na urzędników Łukaszenki biorących udział w pacyfikowaniu przeciwników reżimu.
Był na niej jako ówczesny wiceszef KGB odpowiedzialny za bezpieczeństwo ekonomiczne i walkę z nadużyciami finansowymi oraz korupcją (pod decyzją Rady 2013/534/WPZiB jest podpisany Linas Linkevičius, który również dziś jako szef MSZ Litwy pełni jedną z głównych ról w UE w kwestiach białoruskich). Już wtedy Tertel dał się poznać jako znawca ubierania ludzi w sprawy o nadużycia finansowe. W pełni korzysta z tej wiedzy i doświadczenia. To on jest architektem neutralizacji Wiktara Babaryki, niedoszłego kandydata w sfałszowanych 9 sierpnia wyborach prezydenckich. Od A do Z sprawę domniemanych nadużyć w Biełgazprombanku uszył właśnie nowy szef KGB.
Biorąc to wszystko pod uwagę, nie da się wykluczyć, że w kolejnych tygodniach rozprawa z opozycją będzie po prostu powolnym i mało medialnym dojeżdżaniem liderów protestu. A jeśli tak się właśnie stanie, kluczowa będzie rola KGB. Wojskami wewnętrznymi czy też zielonym wojskiem – nawet z pomocą Rosjan – załadowanego po brzegi ludźmi placu nie da się wyczyścić. To po prostu technicznie niemożliwe. Co innego punktowe aresztowania i zastraszanie. Tertel przede wszystkim ma zwerbować tych, którzy dadzą się zwerbować i zamknąć, wyrzucić z kraju lub po cichu zabić tych, którzy współpracować nie będą chcieli.