Chiny wykorzystują pandemię do budowy swojego wizerunku i potęgi handlowej – mówi DGP Michał Bogusz z Ośrodka Studiów Wschodnich.
Reklama
Dr Michał Bogusz, główny specjalista w Ośrodku Studiów Wschodnich im. Marka Karpia w Warszawie, absolwent m.in. stosunków międzynarodowych na Uniwersytecie Ludowym w Pekinie fot. Materiały prasowe / DGP
Chiny podkreślają zwycięstwo w „wojnie ludowej” z SARS-CoV-2, a agencja Xinhua nawet sugeruje, że świat powinien im za to dziękować. Pandemia w służbie propagandy?
Oczywiście. Chodzi o to, żeby pokazać się globalnej opinii publicznej w jak najlepszym świetle, a przy okazji zamazać błędy popełnione na samym początku, które doprowadziły nas do obecnego kryzysu. Samo w sobie to nic zdrożnego; każde państwo chwaliłoby się pokonaniem epidemii. Problematyczny jest fakt, że przy okazji Chiny starają się eksportować swój model władzy i podkopywać ustroje demokratyczne na świecie.
W jaki sposób?
Choćby przez przejmowanie repertuaru rosyjskiej propagandy, a więc przedstawianie demokracji jako chaosu, w którym niczego nie można uzgodnić, a decydenci kierują się popularnością, a nie dobrem publicznym. Oni nie są w tym jeszcze zbyt dobrzy, ale próbują. Ostatnio chińskie media podchwyciły rosyjski przekaz, że UE nie radzi sobie z pandemią jako organizacja, choć przecież w ogóle nie jest wyposażona w takie kompetencje.
Częścią tej ofensywy są transporty z odzieżą ochronną i sprzętem medycznym na Stary Kontynent.
Jedno łączy się z drugim. Z jednej strony jest narracja, że Unia nie pomaga, jest słaba i sobie nie radzi. Z drugiej są Chiny, które wysyłają pomoc. Tyle że ta pomoc to często zwykła sprzedaż. Tak jest w przypadku Włoch, które mają otrzymać z Chin 300 tys. maseczek. Tyle że stanowią one dodatek do kupionego przez włoski rząd tysiąca respiratorów. A żeby jeszcze bardziej zagmatwać ten obraz, równolegle Chiński Czerwony Krzyż wysłał swojemu odpowiednikowi we Włoszech 50 respiratorów. Podobnie jest z Hiszpanią. W tym wypadku uzgodniono, że jeśli Madryt coś kupi w Chinach, dostanie 500 tys. maseczek od fundacji Jacka Ma, właściciela koncernu Alibaba.
Zwolennicy teorii spiskowych mieli rację: na koronawirusie ktoś zarabia. Tylko nie koncerny farmaceutyczne.
Chiny w szczytowym okresie pandemii uruchomiły duże moce produkcyjne maseczek i odzieży ochronnej. Teraz, kiedy epidemia wygasa, cierpią z powodu nadpodaży, więc chętnie sprzedają nadmiar za granicę, przy okazji prezentując się jako dobroczyńca. Przed kryzysem ponad połowa światowej produkcji masek odbywała się w Chinach. Dzisiaj to pewnie jeszcze więcej. Przy czym masek N95 już tak chętnie nie sprzedają, bo nie byli w stanie zwiększyć ich produkcji na tyle, aby pokryć zapotrzebowanie wewnętrzne i jednocześnie zaopatrywać świat.
Prezydent Xi Jinping w rozmowie z premierem Włoch podniósł pomysł budowy „jedwabnego szlaku zdrowia”.
Pekin obawia się, że straci klientów. Na Zachodzie już słychać głosy, że trzeba wyeliminować sytuację, w której jesteśmy uzależnieni od dostaw produktów strategicznych z Chin, w tym wypadku środków ochrony osobistej czy półproduktów farmaceutycznych. Będzie ogromna presja polityczna, aby odtworzyć moce produkcyjne na Zachodzie. Stąd ta inicjatywa, aby utrzymać uzależnienie.
Im dłużej będzie trwała pandemia na Zachodzie, tym częściej będzie słychać głosy, że siedzimy w tym przez Chińczyków, bo za późno wzięli się za walkę z wirusem. Jak Pekin będzie chciał zneutralizować te głosy?
Odwracając uwagę. Mówiąc np., że fakt odkrycia wirusa w Chinach nie oznacza, że stamtąd pochodzi. Przydatne będą również mniej lub bardziej zawoalowane sugestie, że patogen wypuścili Amerykanie, a przywieźli go do Chin amerykańscy żołnierze, którzy w październiku 2019 r. brali udział w wojskowych igrzyskach olimpijskich w Wuhanie. I nie opowiadają tego zwykli Chińczycy. Na Twitterze pisał o tym rzecznik chińskiego MSZ.
„Renmin Ribao”, najważniejszy organ prasowy Komunistycznej Partii Chin, nagłośnił informację, że liczba osób zakażonych SARS-CoV-2 na świecie przekroczyła liczbę przypadków w Chinach.
To pokazywanie przez kontrast: mamy trudności, ale mimo to nam się udało, zachowaliśmy spokój, zimną krew i ostatecznie nasz system polityczny okazał się lepszy. Proszę zwrócić uwagę, jak jest budowane porównanie: zestawiane są dane z jednego kraju z liczbami z całej reszty świata razem wziętej.
Napisał pan niedawno, że ten wysiłek propagandowy jest skierowany nie tylko na zewnątrz, lecz także do wewnątrz, zgodnie z koncepcją „władzy z dyskursu międzynarodowego” („guoji huayuquan”).
Władze zdają sobie sprawę, że spora część populacji – mimo cenzury i kontroli internetu – porównuje doniesienia mediów zagranicznych z krajowymi. Dlatego „guoji huayuquan” ma dwa wymiary. Po pierwsze partia, mówiąc do mediów zagranicznych, zmusza je do powtarzania swojej narracji, nawet jeśli nie słowo w słowo. Ów przekaz zostanie odbity i wróci do Chin. Tu zostanie porównany z narracją krajową i ją wzmocni. Po drugie przekaz na zewnątrz jest też przekazem dla dużej diaspory, która ma przecież kontakty z macierzą. Oni także odbijają partyjny przekaz z mediów zagranicznych do domu.
Wskazuje pan, że władze mają więcej kanałów komunikacji z zagranicą niż kiedyś. Jakie to kanały?
Przede wszystkim media społecznościowe. Aktywne są w nich wszystkie najważniejsze media, w tym CGTN, czyli anglojęzyczny kanał telewizji państwowej. Z ich punktu widzenia to rewolucja, bo 20–30 lat temu mieli do dyspozycji radio międzynarodowe, które nadawało godzinną czy dwugodzinną transmisję w lokalnym języku. Tylko kto tego słuchał?
W tym arsenale mieści się również YouTube, gdzie można znaleźć np. kanał New China TV. A tam film, na którym Amerykanin – niejaki Colin Linneweber – chwali zalety chińskiej demokracji.
Cóż mogę powiedzieć… Już dawno ukuliśmy pojęcie pożytecznego idioty. Ten pan pewnie jest przekonany, że robi wspaniałe, niezależne dziennikarstwo. Oczywiście New China TV nie jest jedyne. Jest wiele kanałów prowadzonych przez międzynarodowych dziennikarzy zatrudnionych w chińskich mediach, niby prywatnych. Chodzi o to, żeby nie wiązać ich z państwowymi nadawcami, chociaż przekaz jest ten sam, a pracownicy otrzymują też wynagrodzenie za aktywność „po pracy” w mediach społecznościowych.
Na New China TV można zobaczyć brytyjskiego aktora, sobowtóra Jasia Fasoli, który dopinguje mieszkańców Wuhanu do walki.
Kojarzę go. Nie dziwi mnie to, bo Jaś Fasola jest w Chinach popularny, trafia w ich poczucie humoru.
Pisze pan, że kluczowa w budowie narracji za granicą jest aktywność dyplomacji. Przejawem była chociażby publikacja „wywiadu-opinii” z chińskim ambasadorem w „Rzeczpospolitej”.
Widziałem, ale nie mogę tego komentować. Chciałbym natomiast zwrócić uwagę na aktywność przedstawicieli dyplomacji w mediach społecznościowych, zwłaszcza na Twitterze, co jest paradoksem, bo Twitter jest w Chinach zablokowany. Jednym z lepszych sposobów wykrycia chińskich trolli jest sprawdzenie godzin ich aktywności. Konto niby należy do kogoś, powiedzmy, z Kansas, ale jest aktywne tylko między 8 a 17 czasu pekińskiego, wyłączając godzinną przerwę na lunch o 12. Tylko wtedy pracownicy propagandy mogą korzystać z odblokowanego internetu w pracy.