Od razu przyznam, że pytania o brexit powodują u mnie potworne zażenowanie. Jako zdeklarowany Europejczyk uważam, że wyjście ze Wspólnoty jest tragedią i dla Wysp, i dla kontynentu. Gdyby sytuacja nie była tak poważna, byłaby zabawna. Eleganckie riposty spikera Izby Gmin Johna Bercowa na pustosłowie i grubiaństwo jej członków oraz pompatyczność przewodniczącego Izby Jacoba Rees-Mogga dostarczają przecież solidnej dawki rozrywki.
Magazyn DGP 27.09.19 / Dziennik Gazeta Prawna
Znajomi (i nie tylko) cały czas zadają mi pytanie: dlaczego zwolennicy UE przegrali w 2016 r.? Według mnie przeważyło to, że Brytyjczycy utracili poczucie przynależności do wielkiej niegdyś nacji i nie zdołali odnaleźć się jako obywatele ponadnarodowej wspólnoty. Nie ulega dla mnie wątpliwości, że wynik referendum jest skutkiem tego, że Unia nie zdołała stworzyć poczucia tożsamości dla swoich obywateli. Efekty tego zaniedbania są widoczne na całym kontynencie, zaś w Wielkiej Brytanii – z powodów historycznych – objawiły się najjaskrawiej.
Reklama
Jeszcze do niedawna dla wielu Brytyjczyków tożsamość narodowa była związana ze zwycięstwem nad nazizmem (przy czym oczywiście zapominano o roli i ofierze Polski – i wszystkich innych sojuszników). Brexit pozwala im na nowo przeżyć emocje walki Brytanii z tyranią kontynentu: okrzyk Borisa Johnsona „Brexit albo śmierć” („Brexit albo leżenie martwym w rowie”, jeśli dosłownie go cytować) bardzo przypomina wojenną retorykę Winstona Churchilla.

Reklama
Ciekawe, czy 31 października, kiedy Wielka Brytania ma opuścić UE, Johnson wciąż będzie premierem i czy wciąż będzie gotów zginąć w jakimś rowie?
Dokąd teraz zmierzamy? Konserwatyści zamienili się w szajkę ekstremistów, utracili większość parlamentarną, a niebawem mogą zostać bez obecnego przywódcy. Lider Partii Pracy Jeremy Corbyn, pochłonięty marzeniami o socjalistycznej idylli (to efekt ciągłego czytania XIX-wiecznych dzieł Williama Morrisa), przekonał współtowarzyszy, że najlepiej pozostawić decyzję dotyczącą wyjścia z Unii wyborcom. Zaś szefowa Liberalnych Demokratów Jo Swinson chce odwołania brexitu i już widzi siebie jako kolejną kobietę premiera Wielkiej Brytanii.
Mając ręce związane ostatnią decyzją Sądu Najwyższego, który anulował jego decyzję o zawieszeniu obrad parlamentu, Boris Johnson ma niewielkie pole manewru. Brexit bez umowy, z możliwością kolejnego przesunięcia terminu, najprawdopodobniej nie wchodzi w grę – Bruksela się nie zgodzi. Jeśli Johnson pozostanie premierem, będzie starał się grać pod publikę w oczekiwaniu na wcześniejsze wybory, w których Partia Konserwatywna będzie obstawać przy brexicie. Jego taktyka jest na tyle czytelna, że unijny negocjator Michel Barnier powiedział mu, by wrócił do rzeczywistości – czyli negocjacji. I właśnie to Johnson może zrobić do 31 października. Uzgodnić umowę, która zawiera backstop.
Polscy czytelnicy (a i z pewnością część brytyjskich) mogą zastanawiać się, dlaczego to tak ważne. Backstop to protokół zawarty w odrzuconym porozumieniu o wyjściu z UE wynegocjowanym przez premier Theresę May. To rozwiązanie pozwalające uniknąć powstania granicy między obiema Irlandiami oraz bariery administracyjnej pomiędzy Irlandią Północną a główną wyspą Wielkiej Brytanii. Jednak brak kontroli granicznej oznaczałby, że Wielka Brytania nadal podlegałaby niektórym unijnym przepisom nawet po opuszczeniu UE. I właśnie tego nie mogą zaakceptować zwolennicy brexitu, zaś Demokratyczna Partia Unionistyczna, reprezentująca protestancką większość w Irlandii Północnej, nie chce dopuścić odseparowania prowincji od reszty Zjednoczonego Królestwa.
Skąd się wziął ten problem? Odpowiedzieć można jednym słowem: historia. W 1542 r. pierwszy protestancki król Anglii Henryk VIII jako pierwszy angielski monarcha został ogłoszony władcą Irlandii. Dla umocnienia brytyjskiej władzy na wyspę przerzucono tysiące angielskich i szkockich protestanckich osadników, którzy odbierali ziemie katolickiej większości. Brytyjskie panowanie w Irlandii naznaczyły konflikty i niesprawiedliwość, których jaskrawym przykładem jest Wielki Głód (1845–1849) z ponad milionem ofiar. Wolność stała się bojowym zawołaniem wielu Irlandczyków, w tym zasiadających w parlamencie Zjednoczonego Królestwa. W 1922 r. wojna o niepodległość skończyła się oddzieleniem Irlandii od Wielkiej Brytanii i utworzeniem Wolnego Państwa Irlandzkiego. Północ, gdzie większość mieszkańców stanowili protestanci, nie uznała tej decyzji – i tak na ruinach brytyjskiego panowania powstała Irlandia Północna.
Dalsza historia Irlandii Północnej to konflikt między protestancką większością a nacjonalistami z katolickiej mniejszości. W 1972 r. próby stłumienia przybierających na sile rozruchów społecznych doprowadziły do Krwawej Niedzieli – brytyjscy żołnierze zabili 14 demonstrantów. Wydarzenie to dało początek eskalacji walk między paramilitarnymi ugrupowaniami obydwu stron konfliktu – znanego jako Kłopoty (The Troubles). Przez następne 28 lat zginęło ponad 3,5 tys. osób. Mężczyźni, kobiety, dzieci. Przemoc przeniesiono do Anglii: w pubach, centrach handlowych, wszędzie, gdzie zbierali się ludzie, zaczęły wybuchać bomby. Rezydencja premierów na Downing Street 10 została ostrzelana z moździerzy, zaś w 1984 r. w Brighton usiłowano zabić Margaret Thatcher. W Anglii moją sąsiadką była kobieta, której mąż był jedną z ofiar bombowych zamachów IRA.
Konserwatyści zamienili się w szajkę ekstremistów, utracili większość parlamentarną, a niebawem mogą zostać bez obecnego przywódcy. Lider Partii Pracy Jeremy Corbyn przekonał współtowarzyszy, że najlepiej pozostawić decyzję dotyczącą wyjścia z Unii wyborcom. Zaś szefowa Liberalnych Demokratów Jo Swinson chce odwołania brexitu i już widzi siebie jako kolejną kobietę premiera Wielkiej Brytanii
W 1998 r. zawarto Porozumienie Wielkopiątkowe, które położyło kres wieloletniej przemocy. Granica pomiędzy Irlandią a Irlandią Północną zniknęła. Członkostwo w UE – wspólny rynek, unia celna i wspólnota obywatelska – umożliwiło przywrócenie pokoju. Ponowne zamknięcie granicy może sprowokować bojowników, już gotowych do wznowienia walk. Nowa granica w Irlandii byłaby wyjątkowo nieodpowiedzialnym krokiem każdego brytyjskiego rządu. Na szczęście unijni negocjatorzy zdawali sobie sprawę z niebezpieczeństwa i wymogli zapis o backstopie.
Boris Johnson jest krzykaczem, ale nie jest głupcem, dlatego każde wymyślone przez niego rozwiązanie będzie uwzględniało zachowanie status quo w Irlandii. A członkowie jego partii domagający się brexitu bez porozumienia biorą na siebie odpowiedzialność za możliwe wznowienie konfliktu i nie szanują pamięci tych, którzy zginęli podczas lat The Troubles.
Zauważę na marginesie, że Irlandia może się zjednoczyć w najbliższej przyszłości. Protestancka większość na północy maleje i niedługo większość będą stanowić katolicy. Wielu młodych mieszkańców Irlandii Północnej już teraz woli pozostać w Unii Europejskiej niż kurczowo trzymać się przynależności do unionistów, którzy szybko tracą rację bytu. W referendum w 2016 r. zdecydowana większość obywateli Irlandii Północnej wypowiedziała się za pozostaniem w Unii. Byłoby tragedią, gdyby polityczny oportunizm doprowadził do wznowienia przemocy, zanim Irlandia odzyska jedność.
Mimo wszystko – jako Anglik – jestem dumny ze swojego kraju. To prawda, że historia brexitu ukazuje nas w nie najlepszym świetle: kłamliwi politycy, zagraniczni właściciele mediów wzywający do decyzji, której kosztów sami nie będą ponosić, beztroscy eksperci uważający, że dla Brytyjczyków liczy się tylko komfortowe i dostatnie życie. Ale jednocześnie Brytyjczycy pokazali, że ich nieskodyfikowana konstytucja działa, że poczucie tożsamości ma znaczenie i że wartości są nie mniej ważne niż sukces gospodarczy.
I jeszcze te przepychanki w parlamencie! Pod przewodnictwem Johna Bercowa Izba Gmin jest silniejsza, niż była przez wiele ostatnich lat i nie jest już tylko miejscem do przybijania pieczątek. Decyzja Sądu Najwyższego to potwierdziła. W ostatecznym rozrachunku brexit wzmocnił brytyjską demokrację.