Europosłowie lubią raz na pięć lat wykazać się stanowczością. I przy okazji formowania Komisji pokazać, kto rządzi Unią.
W Polsce wiele się mówi o możliwych kłopotach naszego kandydata na komisarza Krzysztofa Szczerskiego. Chociaż jego nominację nieoficjalnie zaakceptowała już Ursula von der Leyen, która pokieruje nową Komisją Europejską, obecny szef gabinetu prezydenta Andrzeja Dudy będzie musiał jeszcze przekonać do siebie europejskich parlamentarzystów. Tak samo jak pozostali kandydaci na komisarzy. Polak może mieć najtrudniej ze względu na spór o praworządność, który toczy się od prawie czterech lat. Grillowana może być jednak cała Komisja Europejska skompletowana przez von der Leyen.
Nowa przewodnicząca nie cieszy się wielką popularnością w izbie i sama nie od razu zdobyła poparcie. Ostatecznie głosowanie wygrała, ale zaledwie dziewięcioma głosami i nie bez zarzutów padających z obu stron europejskiej sceny politycznej. Dla lewicy jej poglądy były zbyt prawicowe, dla prawicy zbyt lewicowe. Do tego doszły tarcia instytucjonalne o to, kto rządzi Brukselą. Parlament Europejski poczuł się upokorzony pominięciem w procesie wyłonienia kandydatury von der Leyen. Zadecydowali o tym przywódcy krajów członkowskich, nie pytając o zdanie deputowanych i lekceważąc promowaną przez nich procedurę Spitzenkandidaten, czyli głównych pretendentów zgłoszonych przez partie. Chociaż każda grupa polityczna w Parlamencie Europejskim jeszcze przed wyborami zaproponowała kandydatów na przewodniczącego, ostatecznie wybrano niemiecką minister obrony, która z europejską polityką nie miała nic wspólnego. Teraz izba może chcieć wyrównać instytucjonalne rachunki. Losy zaproponowanych przez von der Leyen ewentualnych komisarzy są więc niepewne. Pretendenci do komisyjnych tek nigdy zresztą nie mieli w europarlamencie lekko. Danuta Hübner, dwukrotna polska komisarz, europosłanka od trzech kadencji, podkreśla, że PE często ma wątpliwości wobec kandydatów, i to bardzo różnej natury – światopoglądowej, politycznej, merytorycznej.
Reklama

Wróżenie z fusów

W 2004 r. Komisja Europejska José Manuela Barroso, w której Hübner była komisarzem odpowiedzialnym za politykę regionalną, zaczęła pracę z prawie miesięcznym opóźnieniem. W Parlamencie Europejskim toczono wówczas boje o dwie kandydatury – Włocha Rocco Buttiglionego i Holenderki Neelie Kroes.

Reklama
Zaproponowanemu przez rząd Silvia Berlusconiego politykowi europosłowie wytknęli jego konserwatywne poglądy na temat aborcji i homoseksualizmu. Podczas przesłuchania przed komisją PE Buttiglione nie zawahał się określić homoseksualizmu jako grzechu, zastrzegł jednak, że te poglądy nie będą miały wpływu na jego pracę jako komisarza. Włoch miał być zastępcą Barroso z teką sprawiedliwości, ale frakcje socjalistów i zielonych nie chciały powierzyć politykowi o tak wyrazistych poglądach portfolio, w którym znajdują się prawa obywatelskie. Kiedy komisja w europarlamencie odrzuciła jego kandydaturę, we Włoszech rozpętała się burza. Włoscy hierarchowie kościelni bronili polityka w mediach.
Barroso wspierał Buttiglionego, ale ostatecznie odpuścił. – Było wówczas jasne, że walka o niego nie przyniesie rezultatu właśnie z powodów światopoglądowych. Pojawiły się też problemy z akceptacją Holenderki Neelie Kroes, która była kandydatką na komisarza ds. konkurencji i pomocy publicznej, a której zarzucano wieloletnie związki z biznesem. Ale wtedy Barroso udało się przeforsować jej kandydaturę. Wygrał prawdopodobnie dlatego, że zgodził się na odrzucenie jednego kandydata. To był rodzaj kompromisu – zauważa Hübner.
To był jednak inny europarlament, o wiele bardziej przewidywalny i zdyscyplinowany niż dzisiejszy. W izbie dominowały dwie grupy polityczne – chadeków i socjalistów, co oznaczało, że przewodniczący KE musiał przekonać do swoich pomysłów zaledwie dwie frakcje. Ta kadencja przyniosła zasadniczą zmianę, bo po raz pierwszy w dziejach izby chadecy i socjaliści nie mają większości. Von der Leyen będzie miała dużo trudniej, bo zostanie zmuszona do negocjacji z kilkoma grupami. Na dodatek uzgodnienie czegoś z ich władzami niekoniecznie musi oznaczać, że wchodzące w ich skład partie narodowe i poszczególni deputowani zagłosują zgodnie z ustaleniami.
Turbulencje wewnątrz grup politycznych najlepiej obrazuje głosowanie w sprawie samej von der Leyen. Chociaż większość socjalistów poparła jej kandydaturę, jedna trzecia była przeciwko, w tym socjaldemokraci z Niemiec. Socjalistom nie podobał się sposób, w jaki von der Leyen została wybrana, ale ostatecznie większość postanowiła dać jej kredyt zaufania. Nieugięta pozostała niemiecka SPD, kiedyś najsilniejsza partia narodowa wśród europejskich socjalistów (dzisiaj są nimi Hiszpanie). Zagłosowali przeciwko rodaczce wbrew krytycznym głosom w samych Niemczech. To może wróżyć problemy na przyszłość, a pierwszym testem współpracy pomiędzy Komisją a Parlamentem Europejskim będzie na pewno sprawa akceptacji dla komisarzy, których zaproponuje von der Leyen.
Europoseł PiS Zdzisław Krasnodębski zauważa, że na deputowanych wpływają władze nie tylko poszczególnych grup, lecz także ważnych państw w Europie.
– Grupa liberałów, która występuje pod nazwą Odnowić Europę, pozostaje pod niewątpliwym wpływem francuskiego prezydenta Emmanuela Macrona, a wśród chadeków od lat dominuje niemieckie CDU/CSU. Pytanie, jak silne będzie poparcie dla komisji von der Leyen najważniejszych stolic europejskich: Berlina, Paryża i Madrytu. To może być decydujące – mówi Krasnodębski i dodaje, że w składzie europarlamentu jedna trzecia to nowi posłowie. – Pierwszy miesiąc pracy pokazał, że są mniej nastawieni na kompromis, a bardziej na konfrontację – zaznacza polityk PiS.
– Przed panią von der Leyen stoją zupełnie inne wyzwania – przekonuje Danuta Hübner. – Ona pewnie zdaje sobie z tego sprawę i myślę, że nie zaakceptuje kandydatów, którzy będą mogli wyzwolić opór w parlamencie. Ktokolwiek jednak próbuje dzisiaj przewidywać, co się wydarzy, wróży z fusów – dodaje.

Zagryzanie warg

W poprzednim rozdaniu ze zdobyciem poparcia nie miał łatwo Węgier Tibor Navracsics, któremu przewodniczący Jean-Claude Juncker zaproponował edukację i sprawy obywatelskie, ale tych ostatnich europarlamentarzyści nie chcieli powierzyć reprezentantowi Budapesztu. To miała być nauczka za problemy z praworządnością węgierskiego rządu. Ostatecznie Węgier z powodu swoich bliskich kontaktów ze źle ocenianym w Brukseli premierem Viktorem Orbánem musiał się zadowolić edukacją, bo sprawy obywatelskie zgodnie z rekomendacją europosłów otrzymał Holender Frans Timmermans. Zdzisław Krasnodębski podkreśla, że w przypadku Navracsicsa atak był słabo uzasadniony merytorycznie.
– Jego nie krytykowano za to, co mówił, ani nawet nie odmawiano mu kompetencji, ale krytykowano go za to, że był członkiem rządu premiera Orbána. Pamiętam, jak w komisji kultury mówiono Navracsicsowi, że prezentuje się bardzo dobrze, ale wprost pytano, czy człowiek z taką przeszłością może zostać komisarzem. To było paradoksem, który podkreślałem, bo wielu członków europarlamentu ma skomplikowaną przeszłość polityczną. Są członkowie komunistycznych ugrupowań, które miały na sumieniu więcej, niż się zarzuca Fideszowi – zauważa europoseł. Jak dodaje, możliwość przesuwania zakresu odpowiedzialności pomiędzy poszczególnymi tekami komisarzy może być dobrym rozwiązaniem również dla von der Leyen, jeśli europosłowie będą mieli zastrzeżenia do proponowanych przez nią kandydatów.
Trudności Navracsicsa były niczym w porównaniu z tymi, jakie pięć lat temu spotkały Słowenkę Alenkę Bratušek. Juncker zaproponował jej stanowisko wiceprzewodniczącej odpowiedzialnej za unię energetyczną. Jej nominacja była dla ówczesnego przewodniczącego ważna, ponieważ pozwalała osiągnąć parytet kobiet wśród komisarzy (Parlament Europejski wymaga, by była to jedna trzecia składu), zwłaszcza że Bratušek miała znaleźć się w ścisłym gronie wiceszefów.
Na początku nic nie zapowiadało problemów Słowenki. Bratušek swoje przesłuchanie przed komisją przemysłu i środowiska zaczęła gładko. Zapewniała deputowanych, że nie boi się pracy w stresie i napięciu, a jej kobieca łagodność bardzo pomaga rozładowywać atmosferę w trudnych sytuacjach. Granie kobiecą kartą jej nie pomogło, bo europosłowie przede wszystkim chcieli sprawdzić jej kompetencje w zakresie energetyki. Im więcej kandydatka na komisarza miała kłopotów z odpowiedziami, tym trudniejsze pytania padały.
– Nie udzieliła nam pani żadnej odpowiedzi z wyjątkiem przesłodzonych oświadczeń i powtórzeń – stwierdziła w pewnym momencie brytyjska konserwatystka Julie Girling. Grillowana Bratušek zaczęła nerwowo zagryzać wargi i z angielskiego przeszła na język ojczysty. W końcu, pytana o politykę klimatyczną, odpowiedziała zirytowana: – Sama nie jestem w stanie osiągnąć tych celów.
Kiepski występ Słowenki przed komisją przesądził o jej losach. Posłowie nie zgodzili się, gdy poprosiła o drugie przesłuchanie, i zdecydowaną większością głosów odrzucili jej kandydaturę. Juncker mocno bronił kandydatury Bratušek, ale i on był bez szans w starciu z izbą. Miał natomiast sporo do stracenia. Upieranie się przy niekompetentnej Słowence mogło spowodować, że cała Komisja w składzie zaproponowanym przez Junckera zostałaby odrzucona. Przesłuchania to pierwszy etap zatwierdzania KE przez europosłów, w czasie którego możliwe są jeszcze zmiany w portfolio komisarzy lub – w skrajnych przypadkach, po odrzuceniu kandydatury przez komisję – zastąpienie kandydata innym. Potem nad całą Komisją Europejską głosuje jeszcze izba na posiedzeniu plenarnym.
Ostatecznie teka energetyczna i stanowisko wiceprzewodniczącego trafiły do Słowaka Maroša Šefčoviča, a Lublana w miejsce Bratušek przysłała Violetę Bulc, która została komisarzem odpowiedzialnym za transport.
Przed tą samą komisją co Bratušek odpowiadała Elżbieta Bieńkowska, która w ostatniej kadencji odpowiadała za wspólny rynek. – Ona też nie wykazywała się jeszcze bardzo rozległą wiedzą na temat tego, czym miała się zajmować, a mimo wszystko została zaakceptowana. To układa się różnie – kwituje Zdzisław Krasnodębski.
Za Bieńkowską stała należąca do chadeków rządząca wówczas w Polsce Platforma Obywatelska. Kandydaturę Bratušek w zasadzie zgłosiła ona sama jako szefowa rządu, który wkrótce upadł. Wyjazd do Brukseli w jej kraju postrzegano jako ucieczkę z tonącego okrętu.
W polityczną pułapkę pięć lat temu wpadli również francuski socjalista Pierre Moscovici i hiszpański konserwatysta Miguel Arias Cañete. Starającemu się o tekę finansów Francuzowi chadecy wytknęli problemy z dyscypliną finansową Paryża. Zabiegającemu o tekę energetyczną Hiszpanowi socjaliści zarzucali zaś związki z biznesem naftowym. Pomimo burzliwych przesłuchań obu udało się dogadać z przeciwnikami, chociaż głosowanie odraczano. Nie bez znaczenia było to, że zagrożeni kandydaci pochodzili z dwóch dominujących grup politycznych. Obie miały coś do stracenia.

Niepewna przyszłość

Nie wiadomo jeszcze, jaka teka przypadnie Polakowi. Von der Leyen dopiero skończyła tournée po europejskich stolicach, co oznacza, że dopasowanie całej układanki zajmie jej jeszcze trochę czasu. Polski rząd zabiega dla Szczerskiego o sprawy gospodarcze. Wskazywano m.in. energię, rynek cyfrowy, konkurencję, ale pojawiły się też obronność i rolnictwo. Trudno przewidzieć, przed jaką komisję trafi kandydat. Możliwe, że przed więcej niż jedną. Propozycja którejś z działek gospodarczych będzie oznaczać, że będzie musiał się zmierzyć z bardzo merytorycznymi pytaniami posłów zajmujących się ekonomią.
Polski rząd nie cieszy się popularnością, zwłaszcza wśród lewicowych ugrupowań, dla których praworządność jest jednym ze sztandarowych haseł. Pokazała to porażka Beaty Szydło, która starała się o stanowisko przewodniczącej europarlamentarnej komisji zatrudnienia. Jej kandydatura dwukrotnie przepadła w tajnym głosowaniu. Czy to samo może czekać Krzysztofa Szczerskiego? Jedno jest pewne: im dalej od spraw praworządności, tym lepiej dla niego. W nieoficjalnych rozmowach osoby z polskiego rządu przyznają, że rozważając kandydaturę na komisarza, brano pod uwagę, na ile może ona wywołać emocje w PE. Szczerski – w przeciwieństwie do Szydło – nie jest wiązany ze sporem o praworządność, nie jest w rządzie ani zbyt blisko partyjnych władz. Mimo to Warszawa liczy się z tym, że sprawy mogą potoczyć się różnie.
– Nie jest tak, że w Parlamencie Europejskim nikt nie zna komentarzy pana Szczerskiego na temat Europy. To na pewno zostanie wyciągnięte w czasie wysłuchań – prognozuje Danuta Hübner. Europosłankę, która jako kandydatka na komisarza była przesłuchiwana dwukrotnie, najbardziej dziwi jednak to, dlaczego w Polsce nie mówi się o tym, jak ważne jest merytoryczne przygotowanie kandydata. Ona sama przed wystąpieniem w Parlamencie Europejskim prawie miesiąc spędziła w Brukseli. – Wtedy poznałam większość pracowników, dostawałam od nich setki stron materiałów. Nie chodziło oczywiście tylko o wysłuchanie, lecz o przygotowanie do pracy komisarza, by móc to robić od pierwszego dnia – podkreśla. Jak dodaje, można być komisarzem, na którego biurko trafiają finalne dokumenty do podpisu, ale nie o to tu chodzi. – Komisarz musi mieć wizję i umieć narzucać kierunki działania. I już na tym etapie znać interes Polski i umieć to wpisać w politykę unijną. Liczy się też doświadczenie w kontaktach z Brukselą. Dobrze, jeśli ktoś tam wcześniej bywał, zna nie tylko komisarzy, lecz także szefów poszczególnych dyrekcji generalnych, a nawet urzędników niższego szczebla – wymienia.
Zdzisław Krasnodębski jest umiarkowanym optymistą, jeśli chodzi o Komisję Europejską pod wodzą von der Leyen. Jak mówi, w PE zazwyczaj zwycięża duch kompromisu, co pokazało głosowanie w sprawie kandydatury samej szefowej Komisji.
– Dużo mówiono wówczas, że w odwecie za procedurę Spitzenkandidaten europosłowie ją odrzucą, a jednak ostatecznie ulegli Radzie Europejskiej. Teraz też można się spodziewać, że parlament będzie miał wybór między spowodowaniem dużego kryzysu instytucjonalnego a zaakceptowaniem składu KE proponowanego przez państwa i przez panią przewodniczącą. Myślę, że znowu ulegnie – dodaje.

Cena pokoju

Chociaż Polak jest wskazywany jako ten, który może mieć w izbie najtrudniej, to tak naprawdę nikt nie jest w stanie przewidzieć, kogo tym razem europosłowie wezmą na celownik. Niezależnie od ostatecznego werdyktu, należy się spodziewać, że niejednego kandydata na komisarza czekają bezsenne noce. Parlament Europejski z pewnością zechce zademonstrować swoją władzę. Chociaż nowy przewodniczący izby David Sassoli po niedawnym spotkaniu z von der Leyen deklarował pokojowe zamiary, to europarlament za ten pokój zażąda zapewne odpowiedniej ceny. Niewykluczone, że nowa przewodnicząca będzie musiała szukać w niejednej stolicy nowego kandydata na komisarza albo prowadzić targi z poszczególnymi grupami politycznymi w europarlamencie i oferować ustępstwa. Pewne jest natomiast to, że nadchodzący wrzesień, kiedy kandydaci na komisarzy mają się stawić w PE, będzie jednym z bardziej barwnych w europejskiej polityce.