- Od początku kwietnia trwają w Kuropatach przeprowadzane z inicjatywy białoruskich władz „prace porządkowe”, a robotnicy zabierają stamtąd dziesiątki krzyży upamiętniających ofiary NKWD - mówi w wywiadzie dla DGP Alaksander Smalianczuk, profesor Instytutu Slawistyki PAN. Zajmuje się m.in. polityką historyczną i historią mówioną.



Po komunikacie IPN, w którym odrzuca on własne wcześniejsze ustalenia o ludobójczym charakterze mordów oddziału „Burego” na ludności prawosławnej Podlasia w 1946 r., polski ambasador w Mińsku został wezwany do ministerstwa spraw zagranicznych Białorusi. Jak w pana kraju zareagowano na marcowy komunikat IPN?
Reakcja na te wydarzenia była poważna, ale przede wszystkim po stronie inteligencji i historyków. Wyrażano oburzenie, gdyż zbrodnie na Podlasiu są elicie intelektualnej znane. Zdziwiono się, że Warszawa zmienia stanowisko, choć nowe śledztwo nie zostało przecież przeprowadzone.
Reklama
Alaksander Smalianczuk jest białoruskim historykiem, profesorem Instytutu Slawistyki PAN. Zajmuje się m.in. polityką historyczną i historią mówioną / DGP

Reklama
IPN pozostał przy swoim, polski sekretarz stanu w MSZ Szymon Szynkowski vel Sęk powiedział, że ma zaufanie do instytutu. To koniec sprawy na poziomie oficjalnym?
Myślę, że tak. Władze w Mińsku ostrożnie podchodzą do wydarzeń, które odnoszą się do narodowej historii Białorusinów. Boją się reagować w takich przypadkach, aby nie sprzyjać rozwojowi tożsamości narodowej i patriotyzmu. To samo dotyczy np. traktowania 17 września 1939 r. Choć oficjalnie jest to święto – Dzień Zjednoczenia Białorusi – to od kilkunastu lat władze nie organizują obchodów i wolą przemilczeć kolejne rocznice.
Na oświadczenie IPN zareagowała za to rosyjska agencja informacyjna Sputnik, która wypuściła serię artykułów, takich jak: „Białoruski ekspert: Polska otwiera puszkę Pandory”. Czy dopuszcza pan sytuację, że Mińsk stawia sprawę na ostrzu noża, tak jak robi to Warszawa w sprawach tragedii na Wołyniu czy odpowiedzialności za Holokaust?
Dla władz newralgiczną sprawą jest II wojna światowa. Gdyby Polska ogłosiła, że Białorusini nie walczyli, że nie przyczynili się do zwycięstwa, wywołałaby po drugiej stronie takie zdenerwowanie, że ambasador nieraz musiałby przychodzić do MSZ. Mińsk zareagowałby też ostro na niewygodne oświadczenia Polski w sprawie historii ostatniego ćwierćwiecza, już po dojściu Alaksandra Łukaszenki do władzy. To dwa okresy w naszej historii, o których władze chcą mówić. Wszystko inne schodzi na drugi, trzeci, czwarty plan.
Na stulecie niepodległości Polska przygotowała projekt paszportów m.in. z wileńską Ostrą Bramą i cmentarzem Orląt Lwowskich. Czy Mińsk zareagowałby, gdyby na polskich paszportach znalazł się np. herb Grodna?
Jestem przekonany, że tak. Łukaszenka nawet bez takich gestów regularnie powtarza, że Warszawa chce przesunąć granice i odzyskać ziemie aż do Mińska. Zdenerwowanie wzbudza już samo mówienie o „polskich Kresach Wschodnich”. Wydaje mi się, że o tym terminie krytycznie wspomina się nawet w białoruskich podręcznikach szkolnych. Zresztą w tych samych podręcznikach do historii wciąż podaje się, że nie wiadomo, kto dokonał mordu w Katyniu. Nadal wbija się dzieciom do głów, że nie należy obwiniać Stalina i Związku Radzieckiego.
Za to dużo mówiło się o Chatyniu, wiosce w obwodzie mińskim, spalonej przez SS-Sonderkommando Dirlewanger w 1943 r. po zabiciu jej mieszkańców. Władze radzieckie specjalnie wybrały Chatyń, by wprowadzić ludzi w błąd, zasugerować, że to naziści odpowiadają także za zbrodnię w Katyniu.
O Chatyniu nadal się pisze, choć już mniej. Byłem tam niedawno, widziałem, że memoriał stał się zapomniany. Teraz wycieczki szkolne obowiązkowo wysyła się na linię Stalina, pas umocnień radzieckich z lat 30. O ile dawniej o II wojnie światowej mówiono na Białorusi głównie jako o cierpieniu, o tyle dziś kładzie się nacisk na triumf, ocenia się tę wojnę absolutnie pozytywnie. Odpowiedzialność za Kuropaty (podmińskie uroczysko, miejsce masowych egzekucji NKWD za czasów stalinowskich – red.) też chce się zresztą przypisać Niemcom.
Czy Białoruś jest w stanie upamiętnić ofiary radzieckich represji?
Białorusini z własnej inicjatywy stawiają krzyże w miejscach kaźni, ale jedynym pomnikiem ufundowanym przez władze jest ten w Kuropatach. Inna sprawa, że na uroczysku wciąż dochodzi do aktów wandalizmu: niszczy się stojące tam krzyże i pamiątkowy kamień, który podarował prezydent USA Bill Clinton, tzw. ławkę Clintona, wciąż coś się tam dzieje. Przez ćwierć wieku nikogo nie osądzono za wandalizm, zdarzało się, że ktoś był zatrzymywany, ale prędko wychodził na wolność.
Czy nie dziwi pana brak stanowczego stanowiska Warszawy w kwestii Kuropat. Ginęli tam polscy obywatele, a miejsce jest bezczeszczone. Gdyby chodziło o podobną sytuację na Ukrainie czy na Litwie, już mielibyśmy awanturę.
Zwłaszcza że teraz obserwujemy kolejną odsłonę tych wydarzeń: od 4 kwietnia na uroczysku trwają przeprowadzane z inicjatywy władz „prace porządkowe”, a robotnicy zabierają stamtąd dziesiątki krzyży. To akt państwowego wandalizmu. Łukaszenka kłamał 2 marca, kiedy powiedział, że nie wie, kto zabijał w Kuropatach. To przecież z jego inicjatywy prokuratura generalna trzykrotnie przeprowadzała dochodzenie i za każdym razem wyniki były takie same: ludzie byli zabijani na uroczysku przez komunistów. Szkoda, że Polska milczy, bo możliwe, że ofiary białoruskiej listy katyńskiej leżą właśnie w Kuropatach. Być może Warszawę mniej interesuje to, co działo się za jej wschodnimi granicami. Weźmy „operację polską” NKWD – 140 tys. Polaków było represjonowanych w przeprowadzonej w epoce stalinizmu operacji, zdecydowana większość została rozstrzelana. A polscy historycy zajmują się tymi wydarzeniami od niedawna.
Polskę interesuje to, co się działo na Wschodzie. Raczej chodzi o to, że u nas mało kto wie, czym były Kuropaty. Więc wikłać się w symboliczną wojnę z Mińskiem nikt nie chce. A czy po 1991 r. na poziomie państwowym toczył się jakikolwiek istotny spór historyczny między Warszawą a Mińskiem?
Najostrzejsza dyskusja dotycząca działalności podziemia poakowskiego i stosunków Polaków i Białorusinów za okupacji hitlerowskiej przetoczyła się na początku lat 90. Były też inne sprawy, jak polonizacja Białorusinów w wiekach XVI–XVII.
Dyskusje te toczyły się między historykami, inteligencją i nie prowadziły do sporów międzypaństwowych na taką skalę jak między Warszawą a Kijowem o UPA czy Warszawą a Moskwą o Katyń. Mówił pan o niechęci Łukaszenki do angażowania się w konflikty historyczne, do podkreślania narodowych aspektów przeszłości. Zastanawiam się, czy gdyby do władzy doszły kiedyś środowiska opozycyjne, patriotyczno-demokratyczne, takie spory z Polską z czasem by wybuchły?
Mogłyby, bo w relacjach obu państw są trudne tematy. Ale sądzę, że nowe władze skupiłyby się na represjach stalinowskich, relacjach z Rosjanami. Zdecydowanie więcej mamy sobie do wyjaśnienia z nimi niż z Polakami.
Na polskie obchody 80-lecia wybuchu II wojny światowej organizatorzy zaprosili Alaksandra Łukaszenkę, ale nie Władimira Putina. Postawiono w ten sposób białoruskiego prezydenta w trudnej sytuacji. Z jednej strony, przyjeżdżając, pokaże się w międzynarodowym towarzystwie, swoim obywatelom zademonstruje, że ich kraj jest szanowany. Z drugiej – może wiele stracić. Jak pana zdaniem postąpi?
Moim zdaniem nie przyjedzie. Jesienią ubiegłego roku była podobna sytuacja: Łukaszenkę zaproszono do Berlina, wówczas nagle nadeszło zaproszenie od Rosji i białoruski prezydent wybrał Putina – spędził kilka dni w Soczi. Gdyby przyjechał do Polski na obchody 1 września, Kreml odebrałby to jako wyzwanie. Rosjanie do tego nie dopuszczą.
Jak relacje Mińska z Kremlem przekładają się na jego politykę historyczną?
Podam przykład Kastusia Kalinowskiego – białoruskiego bohatera narodowego, który wzywał do walki z rosyjskim panowaniem, brał udział w powstaniu styczniowym. Wielokrotnie próbowano go wymazać z naszej historii, ale nigdy tak mocno jak właśnie dziś. Inny przykład: dotychczas mówiło się o powstaniu radzieckiej Białorusi z 1919 r. jako o początku naszej państwowości. Kiedy w zeszłym roku obchodziliśmy stulecie Białoruskiej Republiki Ludowej, dotychczas ignorowanej i sprowadzanej do roli niemieckiego protektoratu, wielu oczekiwało, że znajdzie ona właściwe miejsce w oficjalnej historiografii. Tak się nie stało. W ideologii reżimu nie ma miejsca na patriotyzm i demokrację. Dzieje się odwrotnie: władze coraz chętniej datują początek państwowości nawet nie na rok 1919, ale rok 1994 i wygrane przez Łukaszenkę pierwsze wybory prezydenckie. Jeśli pójdzie pan do Muzeum Wielkiej Wojny Ojczyźnianej w Mińsku, w pierwszej sali ujrzy pan Łukaszenkę wręczającego nagrody weteranom tej wojny. Władze odchodzą stopniowo od pamięci radzieckiej, czyszczą historię, aby było w niej miejsce na jedną osobę: prezydenta.
Jednocześnie na przestrzeni ostatnich kilku lat Łukaszenka, wobec zagrożenia ze strony Rosji po aneksji Krymu, chętnie podkreślał odrębność białoruskiej historii. Wspominał nawet o średniowiecznym Księstwie Połockim jako o elemencie narodowej historii.
Tak, po 2014 r. i wydarzeniach na Ukrainie wielu białoruskich historyków miało nadzieję, że agresywna postawa Rosji sprawi, iż zmieni się polityka historyczna. I rzeczywiście, reżim śle różne sygnały, ale to tylko koniunkturalne działania, oficjalna narracja się nie zmieniła. Spójrzmy na przykład Kuropat. Jeszcze w latach 2017–2018 władze mówiły, że to miejsce pamięci, i postawiły pomnik ku czci ofiar. Klimat zaczął się jednak szybko zmieniać, Łukaszenka ostatecznie nie przyjechał na odsłonięcie monumentu. Następnie mimo protestów otworzono na uroczysku restaurację, a dziś milicja stara się przeszkodzić ludziom w odwiedzaniu tego miejsca. Niedawno przyjęto plan ekspozycji budowanego Narodowego Muzeum Historii Białorusi i nie padnie tam o Kuropatach ani jedno słowo.
Czy uprawianie historii w państwowych instytucjach takich jak Narodowa Akademia Nauk zmieniło się od czasów Leonida Breżniewa?
Do oficjalnej pamięci doszły nowe elementy jak rola Cerkwii prawosławnej w naszych dziejach. Natomiast jeśli chodzi o sposób uprawiania „nauki”, niewiele się zmieniło. Narodowa Akademia Nauk zajmuje się ideologią, a nie historią. Dzieje się podobnie jak kilkadziesiąt lat temu, gdy stanowisko w sprawach historycznych wypracowywano na plenum partyjnym, nie w gabinetach naukowców. Dwa lata temu do oficjalnego obiegu trafiły dwa tomy „Historii białoruskiej państwowości”. Kiedy otworzyłem pierwszy, byłem w szoku. To książka fantastyczna: według niej białoruska państwowość miała się zacząć, gdy wymarły mamuty. Zresztą dziś instytut, który wydał tę pozycję, sam ją krytykuje, bo znowu zmienił się klimat w państwie.
Nie ma już obawy, że Rosja – jak w przypadku Ukrainy – ogłosi, że Białoruś to państwo sezonowe i łatwe do inkorporowania? A co za tym idzie, nie ma już potrzeby, aby podkreślało ono swoją odrębność?
Myślę, że miało to ze sobą związek, choć w kontekście imperialnej polityki Moskwy Mińsk mniej boi się wchłonięcia przez Rosję, a bardziej wzrostu aktywności społecznej własnych obywateli. Po aneksji Krymu wielu pomyślało, że zaczęła się epoka nacjonalizmu. Ale za Łukaszenki nigdy to nie nastąpi. Nawet jakiś czas temu w odezwie do narodu prezydent mówił, że należy skończyć z „miękką białorutenizacją”, z białoruskimi świętami. Stąd choć jeszcze niedawno Łukaszenka niespodziewanie ciepło wypowiadał się o Wielkim Księstwie Litewskim, to dziś znowu trwa atak choćby na pamięć o Kalinowskim jako o polskim terroryście.
W szkolnych podręcznikach narracja o Wielkim Księstwie Litewskim zmienia się z biegiem lat. Tradycyjnie przedstawiano je jako kraj polskich i litewskich panów, gdzie Białorusini byli wyzyskiwanymi chłopami. Obecnie ocena ta jest już bardziej obiektywna.
Dziś Białorusinów przedstawia się jako jeden z równoprawnych narodów Wielkiego Księstwa Litewskiego, podkreśla się, że język białoruski do końca XVII w. był językiem urzędowym, ale to narracja obecna tylko w podręcznikach szkolnych. Politycy i instytucje naukowe prowadzą swoją politykę. Dlaczego? Wracamy do początku rozmowy: bo reżim chce pokazać społeczeństwu, że historia Białorusi zaczęła się wraz z dojściem Łukaszenki do władzy. Zresztą już mówi się o zmianie podręczników.
To białoruski fenomen, bo na ogół chcemy wydłużyć swoją historię i wykazać swoją wielkość, prawo do ziemi. Tymczasem Łukaszenka chce pokazać, że jego kraj ma tyle lat, ile osoba kończąca studia na uniwersytecie w Grodnie.
Nie zmienia się jedno w państwowej polityce pamięci: wciąż mieści się ona w nurcie XIX-wiecznej ideologii zapadnorusizmu w radzieckim wariancie. Zgodnie z tą koncepcją Białorusini są częścią wielkiego narodu wschodniosłowiańskiego, Białoruś nigdy nie istniała, a język białoruski powstał wskutek polonizacji języka ruskiego. To Polacy „popsuli” część ruskiego narodu i tak powstali Białorusini. Łukaszenka robi wszystko, co w jego mocy, by naprawić tę historyczną pomyłkę. Rusyfikacja na Białorusi przebiega na ogromną skalę, jej efektów już nie da się cofnąć. Tym różnią się polityki pamięci Mińska i Warszawy. Polacy uznają się za podmiot własnej historii. Tymczasem władze w Mińsku nie koncentrują się na własnym narodzie, ale traktują Białoruś jako część imperium rosyjskiego czy radzieckiego. Nie traktują jej jako podmiotu na przestrzeni dziejów. W latach 90. niektórzy historycy starali się spojrzeć na naszą przeszłość od strony tego, co Białorusini osiągnęli, skąd brały się ich porażki, skąd sukcesy. Dziś oficjalna historiografia zupełnie się tym nie zajmuje. Opowiada białoruską przeszłość z punktu widzenia Moskwy.
Gdy rozmawialiśmy kilka lat temu, powiedział pan, że czytając oficjalną białoruską historię, ma się wrażenie, jakby czytało się o polowaniu z perspektywy uciekającego zwierzęcia. W efekcie tacy historycy jak pan decydują się na specyficzną emigrację: nie wyjeżdżacie z kraju raz na zawsze jak za ZSRR, wciąż mieszkacie na Białorusi, jednocześnie pracujecie na Litwie, Ukrainie czy w Polsce.
Nas ignoruje się zupełnie. Białoruskie władze chcą wszystko kontrolować, nie ma dla nas miejsca w systemie. Nasze książki nie trafią do bibliotek, „oficjalni” historycy nie powołują się na nas, nie zapraszają na konferencje. To radziecki pomysł na izolację naukowców od tych niezależnych. Jego skutek był taki, że po rozpadzie Związku Radzieckiego nikt nie obronił na Białorusi pracy doktorskiej lub habilitacji poświęconej represjom radzieckim na narodzie białoruskim.
Okładka. Magazyn. 12.04.2019 / Dziennik Gazeta Prawna
Trudno się dziwić, że broni się radzieckiej pamięci i walczy z narodową, skoro NKWD nadal jest uznawane przez reżim za bohaterską organizację, a pomnik Feliksa Dzierżyńskiego stoi wciąż na swoim miejscu.
Mówi się nawet o pomniku dla Stalina – jeden z akademików powiedział, że jego historia jest skomplikowana, nadal nieprzebadana i dlatego nie można zabraniać stawiania mu pomników. W zeszłym roku podczas jubileuszu NKWD Łukaszenka podziękował temu organowi rządu ZSRR i powiedział: „Bez was nie byłoby nas”. Minister spraw wewnętrznych Igor Szuniewicz w święto 9 maja paraduje nawet w mundurze NKWD. Żadnych elementów ZSRR – poza Michaiłem Gorbaczowem – oficjalnie się nie krytykuje.
Zbigniew Rokita jest reporterem i publicystą, specjalizuje się w problematyce Europy Wschodniej