Zabójstwo Pawła Adamowicza będzie jednym z ważniejszych wydarzeń w historii III Rzeczpospolitej. Ale nie stanie się punktem zwrotnym w tym sensie, w jakim myślą o tym ludzie, którzy chcieliby rywalizacji politycznej wolnej od nienawiści i pogardy. Nie pozwoli na to ani logika konfliktu, ani nawet wymowa samego zdarzenia – zła, wobec którego różnimy się od pierwszego momentu, w którym dowiedzieliśmy się o tej zbrodni.
Magazyn DGP z 18 stycznia 2019 r. / Dziennik Gazeta Prawna/Inne
Część polityków i komentatorów od razu domagała się, by nie wiązać tego, co się stało, z polityką. Dla innych – związek tego morderstwa z polityką był oczywisty. Możemy być razem w żałobie, ale nie będziemy razem w ocenie samego zdarzenia.
Reklama
Wnikanie w szczegóły motywów, które kierowały mordercą, jest niezwykle trudne. Pewne jest to, że zależało mu na publicznym dokonaniu zbrodni. Pewne jest to, co wykrzyczał ze sceny. Pojawiła się tam nazwa partii, która przez propagandę obozu rządzącego od trzech lat obciążana jest winą za wszystko. Czy ta propaganda miała wpływ na czyn zabójcy, czy była tylko jakąś doraźną racjonalizacją? Tego się nie dowiemy. Także dlatego, że wersja zdarzeń, jaką podają oskarżeni, nie musi odpowiadać rzeczywistości. Dobrze byłoby, gdyby osoby cieszące się zaufaniem opozycji miały wgląd w przebieg śledztwa, ale nie łudźmy się – nawet to nie wpłynie na rozwianie naszych wątpliwości.
Co więcej, nie wpłynie to istotnie na ocenę samego zdarzenia. O tym, jak oceniamy fakty, decyduje bowiem to, jak postrzegamy rzeczywistość jako taką. Decydują ramy, dzięki którym interpretujemy ją jako pewną całość. Nie da się myśleć bez ram. Można zachowywać krytycyzm wobec własnych sądów, uświadamiać sobie własne uwikłania. Ale nie można myśleć o faktach jako o zdarzeniach wyrwanych z kontekstu. Trudno nie wiązać tego, co krzyczał morderca, z propagandą wymierzoną w opozycję, trudno nie wiązać tego z kampanią wymierzoną w Pawła Adamowicza.

Reklama
Ta sprawa nie nadaje się na to, by stać się punktem wyjścia do procesu pojednania, bo jego warunkiem koniecznym byłoby zaprzestanie propagandowego wykorzystania mediów publicznych. To się nie stało – nawet po śmierci Adamowicza. Warunkiem koniecznym zmiany nie jest jakieś abstrakcyjne złagodzenie tego paskudnego sposobu opowiadania o Polsce i Europie, ale wskazanie nowego kierownictwa mediów publicznych cieszącego się zaufaniem wszystkich ugrupowań reprezentowanych w parlamencie. Czy taki postulat jest realny, możliwy do spełnienia przez obecną większość? Nie sądzę. Apele o pojednanie mogą tylko podtrzymać grę pozorów, nie przyczynią się jednak do naprawy sytuacji.
Trudno oczekiwać od polityków, że w roku kampanii wyborczej zmienią sposób postępowania. Zwłaszcza że kampania parlamentarna to rzeczywista „gra o wszystko”: nie tylko o to, kto będzie rządził i jakie korekty wprowadzi w polityce społecznej czy gospodarczej. Po 2015 r. Prawo i Sprawiedliwość znacznie podniosło stawkę wyborów: to gra o ustrój państwa, pozycję Polski w Europie, o reguły życia politycznego, miejsce Kościoła w życiu publicznym, kształt mediów publicznych. W tym koszyku jest więcej niż kiedykolwiek w historii III Rzeczpospolitej. Na pewno za dużo, by złagodzić konflikt w sposób, którego skutkiem będzie ryzyko porażki.
W ostatniej dekadzie, szczególnie w ostatnich trzech latach, było wiele momentów, w których można było demonstrować wolę kompromisu osłabiającego skalę konfliktu. Od działań po katastrofie smoleńskiej, przez możliwość kompromisowego zakończenia awantury wokół Trybunału Konstytucyjnego, aż po obchody stulecia odzyskania niepodległości. Nowy rok otworzył kompletnie niepotrzebny atak szefa polskiej dyplomacji na Donalda Tuska. Atak, który nie ma innego sensu niż wzmocnienie wewnętrznego konfliktu, który stoi w wyraźnej sprzeczności z deklaracjami łagodzenia narracji w roku wyborczym.
Te zapewnienia powracają raz na jakiś czas. I pozostają tylko słowami. W sferze realnej nic takiego nie miało miejsca. Przeciwnie. Rządząca większość zrobiła wiele, by zademonstrować, że państwo jest własnością zwycięzców i może być wykorzystane do gnębienia przegranych. Skala negatywnej kampanii wymierzonej w opozycję, sądy, część mediów była bezprecedensowa. Trzeba to powiedzieć jasno: prawicowa większość postawiła nas w sytuacji, w której po zmianie władzy będziemy mieć do czynienia z jakimś podobnym do tego z jesieni 2015 r. wstrząsem związanym z przywróceniem normalnego działania Trybunału Konstytucyjnego, ze zmianami w mediach publicznych, z analizą działań rządu w szczególnie spornych sprawach związanych z wymiarem sprawiedliwości, polityką zagraniczną i obronną, obsadą władz spółek skarbu państwa i ich działaniami. Napięcie budzić będą też narosłe w ostatnich latach kwestie obyczajowe i związane z przywilejami Kościoła katolickiego. Wymieniłem tylko te sprawy, które wynikają z agendy minionych trzech lat. Ale nie można wykluczyć pojawienia się nowych pól konfliktu.
Jesteśmy w pułapce konfliktu, a zdarzenia takie jak zamordowanie prezydenta Pawła Adamowicza nie zbliżają nas do jakiegoś pozytywnego rozwiązania. By mogły mieć taki skutek – konieczna byłaby rewolucja moralna w obozie władzy. Nie zmiana postawy Jarosława Kaczyńskiego, ale ludzi, którzy przez ostatnie lata ani razu w ważnej sprawie mu się nie sprzeciwili. Bardzo trudno wiązać z tym jakieś nadzieje.
Pole manewru w najbliższych dwóch latach będzie – dla dzisiejszego obozu rządzącego i dla opozycji – bardzo niewielkie. To nie znaczy, że należy zrezygnować z presji na korekty w pożądanym kierunku. Być może dzisiejsza opozycja będzie na tę presję bardziej podatna niż impregnowany od trzech lat na wszelkie głosy krytyki PiS. Politycy tej ostatniej partii żądają od nas w ostatnich dniach, by powstrzymać się od mówienia o politycznym kontekście gdańskiej tragedii, a jednocześnie kontrolowana przez obóz władzy telewizja umieszcza zamordowanie Pawła Adamowicza w kontekście radykalnych wypowiedzi polityków jednej partii: Platformy Obywatelskiej. To – bardziej niż wszystko, co stało się wcześniej – dezawuuje pojednawcze apele, wezwania do wspólnej walki z mową nienawiści.
Autor jest publicystą i politologiem, wykładowcą Wyższej Szkoły Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie