Nie ma dnia, aby premier Węgier Viktor Orbán nie zamieszczał w mediach społecznościowych relacji z kampanii przed planowanymi na niedzielę wyborami parlamentarnymi. Od 15 lat nie było głosowania, do którego Fidesz tak bardzo by się przygotowywał. Ich stawką nie jest jednak zwycięstwo koalicji Fidesz – KDNP. Orbána interesuje uzyskanie większości konstytucyjnej, czyli 133 spośród 199 mandatów. Fideszowi udało się to dwukrotnie, w 2010 i 2014 r. Wydawać by się mogło, że po ośmiu latach rządów utrzymywanie takiej przewagi nie jest priorytetowe. Rzeczywistość jest jednak inna.



Cofnijmy się o trzy lata. W 2015 r. w dwóch okręgach wyborczych, położonych w odległości 50 km od siebie, na przestrzeni miesiąca odbyły się wybory uzupełniające. Chociaż na kilka tygodni przed głosowaniem premier uspokajał w wywiadach, że większość konstytucyjna nie jest już niezbędna, bo program wyborczy Fideszu został już zrealizowany, praktyka polityczna pokazała coś odwrotnego. Co najmniej dwukrotnie brak konstytucyjnej większości uniemożliwił Fideszowi wdrażanie postulatów. Najpierw w listopadzie 2016 r. nie udało się zmienić konstytucji, by uniemożliwić wprowadzenie stałego mechanizmu relokacji uchodźców. A po raz drugi przed kilkoma miesiącami, gdy próbowano zmienić ustawę o partiach politycznych.
Większość dwóch trzecich w nadchodzącej kadencji parlamentu będzie Fideszowi niezbędna nawet bardziej aniżeli wcześniej. Większość ta nie jest potrzebna jedynie do tego, aby zmieniać konstytucję. Orbán potrzebuje jej przy uchwalaniu najważniejszych aktów normatywnych, zwanych ustawami kardynalnymi. Wymyślono je przy trójkątnym stole, który ustalił sposób transformacji od systemu komunistycznego do demokratycznego. Obecnie jest ich 31, a liczba ta znacząco wzrosła po 2010 r. Znaczenie ustaw kardynalnych jest nie do przecenienia. Gdyby Fidesz kiedyś uległ w wyborach, aby zmienić funkcjonujący system, któraś z sił politycznych musiałaby albo zdobyć większość konstytucyjną, albo wejść w taką koalicję, w wyniku której da się ją uzyskać. Inaczej system Fideszu będzie trwać mimo porażki Orbána.
Reklama
Tymczasem rząd od kilku miesięcy komunikuje nowy pakiet ustaw wymierzonych w organizacje pozarządowe, które „wspierają nielegalną imigrację”. To projekt sztandarowy, przesłany już do parlamentu. By go uchwalić, potrzebne są dwie trzecie głosów. Co więcej, w latach 2011–2012, po zmianie konstytucji, obsadzono znaczą część istotnych dla funkcjonowania państwa urzędów, wiele z nich na dziewięcioletnią kadencję. Kolejne głosowania będą się więc odbywać właśnie w najbliższych czterech latach.
Trzeba będzie wybrać na kolejne dziewięć lat m.in. sędziów Sądu Konstytucyjnego, przewodniczących Rady Mediów Narodowych, Sądu Najwyższego i Krajowego Urzędu Sądownictwa, który sprawuje de facto jednoosobową władzę nad tymi instytucjami. To urzędy z dziewięcioletnią kadencją. Trzeba będzie wybrać także nowego rzecznika praw podstawowych, tym razem na sześć lat. Pod koniec kolejnej kadencji, najprawdopodobniej na 12 lat, zostanie wybrany przewodniczący Państwowej Izby Obrachunkowej. Wreszcie w ostatnim roku nowego cyklu parlamentarnego dobiegnie końca druga kadencja prezydenta Jánosa Ádera. Dysponując większością dwóch trzecich, Fidesz mógłby obsadzić to stanowisko już w pierwszym głosowaniu.
Oficjalnie nie wiemy, co Fidesz proponuje na kolejne cztery lata, partia bowiem nie opublikowała programu wyborczego. Ostatnim obowiązującym jest ten z 2010 r. Premier uzasadnia, że wszyscy wiedzą, co proponuje koalicja, i że ma być to kontynuacja dotychczasowej polityki. Jutro odbędzie się debata telewizyjna kandydatów na premiera. Viktor Orbán nie weźmie w niej udziału. Pozostała trójka partyjnych liderów – lewicowiec Gergely Karácsony, liberalna polityk Bernadett Széll i Gábor Vona ze skrajnie prawicowego Jobbiku to przywódcy, którzy rozmawiają o koordynacji działań, które miałyby zwiększyć szanse na pokonanie kandydatów koalicji rządzącej w jednomandatowej części niedzielnych wyborów.