Dziennik Gazeta Prawna

Początek roku przyniósł wizyty premierów Polski i Irlandii w węgierskiej stolicy, a także wyjazd Orbána do Niemiec na zjazd bawarskiej CSU i kongres biznesu w Berlinie. Z kolei z wizytą na Węgrzech gościła Judith Sargentini, holenderska europosłanka z komisji wolności obywatelskich, sprawiedliwości i spraw wewnętrznych, odpowiedzialnej za przygotowanie raportu dotyczącego stanu praworządności na Węgrzech. Na podstawie dokumentu, który ma być gotowy za jakieś dwa miesiące, pod koniec roku teoretycznie mogłoby się odbyć głosowanie dotyczące uruchomienia art. 7 TUE wobec Węgier.

Rewelacje o relokacji nieprzypadkowo zbiegły się w czasie z tą wizytą. W ubiegły czwartek opinia publiczna dowiedziała się, że Węgrzy przyjęli w ubiegłym roku 1291 uchodźców. Taką informację w wywiadzie dla „Times of Malta” podał wiceszef MSZ Kristóf Altusz, dodając, że w interesie zainteresowanych owo przyjęcie odbyło się w tajemnicy. W piątek minister dyplomacji Péter Szijjártó zaprzeczył, że to była tajemnica. Pytany o podstawę prawną pomocy, wskazał konwencję genewską, a nie unijny mechanizm relokacji. To istotne zastrzeżenie, bo sprawy od razu zaczęły być mieszane.
W rozdzielniku przyjętym przez UE w 2015 r. Węgry zostały zobowiązane do akceptacji 1294 osób, trzech więcej, niż faktycznie przyjęły w 2017 r. Ale tych spraw łączyć nie można. Po pierwsze, przyjmowanie uchodźców spoza rozdzielnika nie jest do niego wliczane, a zatem formalnie Węgrzy nie przyjęli żadnego uchodźcy kwotowego. To ważne, bo na sprzeciwie wobec mechanizmu relokacji od 2015 r. opiera się przekaz węgierskiej koalicji, by wspomnieć narodowe konsultacje, akcje plakatowe i referendum z 2016 r .
Drugie zastrzeżenie dotyczy tego, że po raz pierwszy od kilkunastu miesięcy ktoś z przedstawicieli władz używa terminu „uchodźca”, a nie „migrant”. Jednocześnie rząd przekazał, że 90 proc. przyjętych opuściło Węgry i udało się do innych państw strefy Schengen. Potajemne przyjmowanie uchodźców stało się zarzewiem konfliktu. Dwie partie – LMP i Jobbik – domagają się nadzwyczajnego posiedzenia parlamentu, w czasie którego rząd miałby odpowiedzieć, dlaczego wbrew obietnicom przyjął uchodźców.
Ale to nie wszystko. W wywiadzie dla „Welt am Sonntag” Orbán zadeklarował, że Węgry byłyby skłonne do wzięcia udziału w nowym mechanizmie relokacji (jego dotychczasowa, wypracowana w 2015 r. formuła została przez Budapeszt odrzucona), o ile Bruksela nie będzie wskazywała, których uchodźców ma przyjąć. Politycznym celem UE jest wypracowanie porozumienia do końca roku, co wydaje się mało prawdopodobne. Nie sposób odebrać deklaracji premiera inaczej niż jako neutralizację zarzutów ksenofobii, braku wrażliwości na los uchodźców i odrzucania solidarności europejskiej.
To także gest w stronę Angeli Merkel, szczególnie po spotkaniu Orbána z szefem CSU Horstem Seehoferem. „Die Welt” jest dziennikiem jednoznacznie kojarzonym z CDU, której przewodzi kanclerz. W tym kontekście można też odbierać niedawną deklarację szefa kancelarii Orbána Jánosa Lázára, że jeżeli pozostali partnerzy z Europy Środkowej i Wschodniej będą skłonni do podniesienia swoich zobowiązań na rzecz budżetu unijnego w perspektywie 2020–2026, Budapeszt wpłaci 1,2 proc. dochodu narodowego, a nie 1 proc., jak dotychczas. Propozycja może być dobrze odebrana w związku z opuszczeniem UE przez Wielką Brytanię, ważnego płatnika netto.
O co w tym wszystkim chodzi? Jedno z haseł Fideszu w zaplanowanych na 8 kwietnia wyborach parlamentarnych brzmi: „obronimy nasze interesy narodowe”. Nie ma wątpliwości, że Węgry chciałyby należeć to grupy państw, która będzie miała realny wpływ na reformę instytucjonalną UE. A skoro tak, trzeba się integrować. Kolejny raz zatem retoryka Fideszu i realna polityka wzajemnie się wykluczają. A na pierwszym planie pozostają starania, by odwlec bądź uczynić bezpodstawnym wszczynanie procedury z art. 7 przeciwko Budapesztowi, co – zważywszy na usytuowanie koalicji w Brukseli – może przynieść dobry skutek.
Trudno uwierzyć, aby ujawnienie informacji o przyjęciu uchodźców oraz deklaracja partycypacji w nowym mechanizmie kwotowym były przypadkowe. Chodziło o pokazanie, że Węgry przyjmą nawet dużą liczbę uchodźców, ale tylko pod warunkiem, że nie będzie im to narzucone. Premier Węgier będzie najpewniej zabiegał o ponowne rozważenie pomysłu szefa Rady Europejskiej Donalda Tuska, by głosowanie w Radzie UE nad nowym rozdzielnikiem odbyło się dopiero wtedy, gdy osiągnie się w tej sprawie jednomyślność. I pewnie trudno byłoby znaleźć powód, dla którego UE nie miałaby usiąść do negocjacji i nie zastanowić się nad warunkiem Orbána.