Marine Le Pen chce wydalenia osób, którym służby założyły teczki za ekstremizm. Nie wszyscy to islamiści. Francuzi po raz pierwszy wybierają prezydenta w czasie obowiązywania w kraju stanu wyjątkowego. Do mediów wyciekł raport Centralnej Dyrekcji Bezpieczeństwa Publicznego (DCSP) na temat zagrożenia zamachami. Według DCSP ryzyko jest „nieustające i realne”.
69 tys. biur wyborczych we Francji i jej terytoriach zależnych jest pilnowanych przez 50 tys. policjantów, 7 tys. żandarmów, 10 tys. żołnierzy oraz ochroniarzy dodatkowo zatrudnionych przez merów. Umundurowani funkcjonariusze nie mieli prawa wejścia na teren punktów wyborczych, ale obserwowali budynki z bliskiej odległości. Wokół biur wydzielono strefy bez samochodów. Wyborcy z plecakami i większymi torbami nie byli wpuszczani do środka. Obstawiono newralgiczne dla bezpieczeństwa i logistyki węzły komunikacyjne, lotniska i dworce. W gotowości czekali strażacy i personel medyczny. Tak samo będzie wyglądać druga tura.
Startujący w wyborach kandydaci są chronieni przez agentów ze specjalnych oddziałów policji przeznaczonych do ochrony osób szczególnie zagrożonych (SDLP), funkcjonariuszy RAID specjalizujących się w akcjach antyterrorystycznych oraz żandarmerii GIGN. Pod stałą obserwacją są siedziby ich sztabów, spotkania z wyborcami, prywatne domy i mieszkania polityków. François Fillonowi, konserwatyście popieranemu przez znaczną część katolików, w poniedziałek wielkanocny sugerowano założenie na wiec wyborczy kamizelki kuloodpornej. Policja, zwłaszcza po przeprowadzonych w Niedzielę Palmową zamachach na kościoły w Egipcie, obawiała się, że islamiści wykorzystają do ataku także najważniejsze święto chrześcijaństwa.