O wybitnym polskim socjaliście, Ignacym Daszyńskim, mawiało się ongiś, że doskonale zna Marksa – ze swoich własnych przemówień. Tak i z tekstem pana doktora Piotra Kendziorka, który – ogniście ze mną polemizując („Igranie z ogniem, czyli prowokacje intelektualne prof. Zbigniewa Mikołejki”, DGP, nr 29) – zna mój wywiad, przeprowadzony przez panią redaktor Magdalenę Rigamonti (DGP, 20 stycznia br.), najwyraźniej ze swoich o nim wyobrażeń.

I gorzej jeszcze: ze swoich na jego temat uczuciowych uniesień.

Czytamy tam zatem m.in., że ów nieszczęsny wywiad „zawiera tyleż błędne tezy ogólne, ile całą serię nieprawdziwych stwierdzeń przedstawianych przez Mikołejkę jako fakty i niekontestowanych przez rozmawiającą z nim dziennikarkę”. Że tenże Mikołejko „powtarza i uwiarygodnia swoim autorytetem intelektualnym twierdzenia, które są kompletnie niewiarygodne i których wydźwięk jest jednoznacznie antysemicki”. Że ówże M., idąc „w ślady” intelektualistów prawicy, „kolportuje” – jak byle goniec – „różne teorie spiskowe”. Że w rozmaitych sprawach M. ma „przekonania błędne”, zaś „gest demonstracyjnego odrzucenia” przez niego tzw. politycznej poprawności „jest równoznaczny z rezygnacją z elementarnych standardów intelektualnej rzetelności”.