W tym przypadku już jest. Kolejne branże – głównie motoryzacja – cierpią z powodu problemów niemieckich kontrahentów. Na szczęście jesteśmy zbyt duzi, by odczuwać kłopoty Berlina tak dojmująco, jak pogrążające się również w recesji Węgry. Naszą ekonomię ciągnie w górę obecnie przede wszystkim napływ pieniędzy z KPO. Trzeba je rozliczyć do końca przyszłego roku, więc rząd wydaje je naprędce (czego efektem niedawna rozbuchana przesadnie afera).

Powinniśmy otrzymać z KPO 60 mld euro, z czego 25 mld dotacji. Znacznej części nie dostaniemy, gdyż nie spełnimy wszystkich warunków. Dopiero co prezydent Karol Nawrocki zawetował ustawę wiatrakową, która jest jednym z nich; innym jest pełne oskładkowanie umów cywilnoprawnych, na co alergicznie reaguje rząd. Nawet jeśli dostaniemy połowę tej sumy, to mowa jest o 30 mld euro (128 mld zł). Ponieważ trzeba je będzie wydać w dwa lata, mówimy o napływie 64 mld zł rocznie (ponad 1,5 proc. polskiego PKB). Wiele przedsiębiorstw, które skorzystają z unijnych Funduszu Odbudowy, mogłoby podjąć inwestycje z własnych środków, które zalegają na firmowych kontach. Niewątpliwie KPO będą miały jednak ogromne znaczenie dla wyników Polski w tym i przyszłym roku.

Ale w kolejnych latach gospodarka zacznie hamować. Według prognozy MFW już w 2027 r. wzrost PKB Polski spadnie z tegorocznych 3,5 proc. do 3,1 proc. Dwa lata później będzie to 2,7 proc. Przy czym fundusz nie zakłada recesji. Bezrobocie w tym czasie wzrośnie z 3,1 do 3,5 proc. i to pomimo kurczenia się liczby ludności. Obie liczby nie są szczególnie zatrważające, nie zmienia to jednak faktu, że dla Polski są zdecydowanie niezadowalające.

Potrzebujemy bowiem pieniędzy na zbrojenia, na które chcemy przeznaczać 5 proc. PKB. Poza tym na bezpieczeństwo składa się nie tylko armia, ale wszystkie instytucje w państwie – policja, ochrona zdrowia, pożarnictwo, siły specjalne, energetyka, administracja i wiele przedsiębiorstw prywatnych (m.in. transport i logistyka czy usługi cyfrowe i komunikacyjne). Znacznie łatwiej się bronić mając zamożne i dobrze działające państwo, niezależnie od jakości sił zbrojnych, które w czasie wojny byłyby oczywiście kluczowe. Na regularny konflikt na szczęście raczej się nie zanosi, ale na incydenty czy wojnę hybrydową jak najbardziej.

I została tylko chmura

Hamowanie gospodarki widać od kilku lat. Według danych Eurostatu, w latach 2016–2020 nadgoniliśmy poziom PKB per capita liczony według parytetu siły nabywczej z 69 proc. do 79 proc. średniej UE. I od tej pory się nie zmienił.

Tymczasem coraz słabszym elementem polskiej konkurencyjności będzie złoty, który w ostatnim czasie silnie się umacnia (dolar kosztuje już 3,64 zł). Oczywiście, sytuacja dolara to specyficzna sprawa, gdyż administracja Donalda Trumpa robi wiele, żeby go osłabić. Względem euro właściwie nie widać zmiany. Ale dla większości inwestorów odnośnikiem jest dolar, bo to pieniądz globalny, w którym rozlicza się większość transakcji. Poza tym inne ważne waluty też się w tym roku osłabiły do złotego: funt spadł z 5,15 zł do 4,92 zł, a jen z 0,27 zł do 0,25 zł. Jeśli tak dalej pójdzie, inwestorzy z Wielkiej Brytanii czy Japonii zaczną spoglądać na Polskę jako na mniej atrakcyjną do lokowania zakładów produkcyjnych.

Polska potrzebuje więc jak najszybciej przemyślanej polityki przemysłowej, która nie tylko pozwoliłaby na utrzymanie poziomu wzrostu PKB, lecz także przesunęła kraj w globalnym łańcuchu produkcji i pozwoliła na kolejny skok technologiczny i modernizacyjny. Wiele wiodących obecnie branż w Polsce co najwyżej raczkuje – mowa chociażby o branży półprzewodników.

Nie mamy ani jednej fabryki produkcji układów scalonych. W ubiegłym roku z planów inwestycji wycofał się Intel, który chciał pod Wrocławiem zbudować fabrykę chipów. Amerykański gigant przechodzi największe w swojej historii problemy i może nawet zostać wypchnięty z rynku mikroprocesorów przez AMD i Nvidię. Po rezygnacji Intela, by załatać „dziurę”, rząd naprędce stworzył „Politykę dla sektora półprzewodników”, którą przyjęto w czerwcu tego roku. „Przyjęta” jest określeniem umownym, gdyż dokument nie ma umocowania prawnego. Nie został opatrzony rozporządzeniem, więc jego znaczenie jest mniej więcej takie, jak raportu dowolnego think tanku. Nikt nie będzie także rozliczany z jego wdrażania. Odpowiedzialność polityczną mogliby wyciągnąć wyborcy, ale przecież przytłaczająca większość z nich tego nie przeczyta.

Gdy w 2023 r. rząd Mateusza Morawieckiego publikował „Krajowe ramy wspierania strategicznych inwestycji półprzewodnikowych”, wydał do nich rozporządzenie. To również nie była prawdziwa strategia, gdyż jej celem było zalegalizowanie dotacji przewidzianej dla Intela na budowę fabryki. Mowa była o zarezerwowaniu na ten cel 1,5 mld dol. w latach 2024–2026. Niewielkim zaskoczeniem jest, że niemal dokładnie tę samą kwotę – 1,5 mld, tyle że euro – wpisano do tegorocznej „Polityki dla sektora półprzewodników”. Przynajmniej wiadomo, skąd się wzięły te pieniądze – zostały „w spadku” po Intelu. Jakby tego było mało, autorzy przez przypadek wpisali nawet te same daty, gdyż te środki według nich mają zostać wydane w latach 2024–2026, choć mowa jest o dokumencie, w którego podtytule widnieje „2025+”. Już nie mówiąc o tym, że to kwota śmieszna – inwestycje w tym sektorze liczone są w bilionach dolarów. Ona mogła być sensowna jako dotacja do budowy jednej fabryki. W swojej „strategii” rząd zauważył, że polska szeroko rozumiana branża produkcji chipów wciąż ma skalę, nomen omen, mikro. W 2023 r. import układów scalonych do Polski wyniósł 3,9 mld euro, tymczasem eksport 0,4 mld. Nawet ta ostatnia kwota jest przesadzona, gdyż mowa jest o drobnych urządzeniach wyposażonych w układy scalone lub mikroprocesory, ewentualnie niszowe rozwiązania i projekty. Polska nie eksportuje układów scalonych sensu stricto, gdyż ich nie produkuje. Według raportu „Branża półprzewodników w Polsce 2025” łączne obroty tej branży to ledwie 3 mld zł. Odpowiadają za to nieduże firmy zajmujące się projektowaniem, oprogramowaniem, produkcją niezbędnych materiałów i substancji chemicznych oraz maszyn.

Na szczęście znacznie poważniej wygląda polska branża usług chmurowych. Zajmuje się ona produkcją i tworzeniem infrastruktury (serwery i serwerownie), produkcją oprogramowania i obsługą usług świadczonych zewnętrznym hardware'em. Główne polskie przedsiębiorstwa zrzeszone są w związku Polska Chmura, która może się pochwalić obrotami rzędu 20 mld zł rocznie. Ta kwota obejmuje tylko 10 zrzeszonych firm, a przecież przedsiębiorstw z tej branży jest więcej. Do Polskiej Chmury nie należy np. Microsoft, który już w 2023 r. uruchomił „Polski region przetwarzania danych w chmurze”. Prawdopodobnie będzie on odpowiedzialny za strumieniowanie danych w całej lub dużej części Europy Środkowo-Wschodniej, gdyż to pierwsza tego typu inwestycja w regionie. W tym roku do Warszawy zawitał wiceprezes Microsoftu Brad Smith, który w obecności premiera Tuska zapowiedział rozbudowę inwestycji o niemal 3 mld zł do połowy przyszłego roku. Inaczej mówiąc, jeden gigant zamierza wydać na chmurę w Polsce w ponad rok niemal połowę tego, co polski rząd zamierza włożyć w szeroko rozumianą branżę półprzewodnikową w ciągu trzech lat.

Tak czy inaczej, za dopięcie inwestycji Microsoftu należy rząd pochwalić. Dobrze by było, żeby nie osiadł na laurach i stworzył krajowe ramy wspierania branży usług chmurowych, gdyż w nadchodzących latach ich rola będzie rosnąć. Nie tylko w sektorze przedsiębiorstw, ale też wśród gospodarstw domowych. Już teraz usługi chmurowe zdobywają ogromną popularność w rozrywce. Chociażby w gamingu, czyli zdecydowanie największej branży sektora rozrywkowego. Nie chodzi tylko o gry online, które są popularne od lat, ale też strumieniowanie gier na różne sprzęty. Zajmuje się tym m.in. Microsoft właśnie poprzez usługę Game Pass. Microsoft w przyszłości zamierza zrezygnować z produkcji konsol Xbox, by strumieniować gry na telewizory, laptopy, a nawet tablety i telefony. W wielu innych obszarach rozwiązania oparte na podobnej logice będą dokonywać ekspansji, gdyż ceny zaawansowanych sprzętów elektronicznych będą rosnąć. Obecnie mocny komputer gamingowy potrafi kosztować sporo ponad 15 tys. zł.

To norma

Wsparcia na pewno będzie potrzebować branża produkcji baterii litowo-jonowych. Do niedawna to ona była perłą w koronie polskiego przemysłu wysokich technologii. Niestety w ostatnich latach złapała zadyszkę – m.in. przez problemy niemieckich kontrahentów właśnie. Według danych z analizy Polskiego Instytutu Ekonomicznego w pierwszej połowie 2023 r. wyeksportowaliśmy ogniwa warte przeszło 6 mld euro. W analogicznym okresie 2024 r. było to niespełna 3 mld, a więc zanotowano spadek o ponad połowę. Nawet w stosunku do pierwszej połowy 2022 r. było to mniej o jedną trzecią. Według analityków PIE, główną przyczyną jest załamanie się o jedną trzecią sprzedaży samochodów elektrycznych (EV) w Niemczech. Według danych GUS, w całym zeszłym roku polski eksport tej branży sięgnął 5,9 mld euro, co finalnie dało spadek o 43 proc. rok do roku.

Jedną z przyczyn jest też dyrektywa unijna, która nakłada na ceny eksportowanych ogniw koszt związany ze śladem węglowym, czyli emisją CO2 w kraju producenta. U nas jest on wysoki, więc produkcja stała się mniej atrakcyjna. I nie chodzi tu o chęć zatrzymania polskiego rozwoju, lecz o oczywistą kwestię tego, że hojnie dotowane samochody EV mają być receptą na osiągnięcie zeroemisyjności, więc masowe produkowanie ich kluczowych podzespołów w krajach z wysokim śladem węglowym jest umiarkowanie logiczne. Rząd powinien w takiej sytuacji reagować i wprowadzić możliwe rozwiązania wspierające producentów. Poza tym głównym winowajcą jest polski model energetyczny, więc trzeba go jak najszybciej zmienić, co również powinno być fundamentem polityki przemysłowej. Należy chociażby inwestować w atom. Oczywiście na dużą elektrownię będziemy musieli poczekać jeszcze lata, ale już teraz należy wspierać rozwój małych reaktorów SMR, który zapewniałby energię dla pojedynczych przedsiębiorstw czy ciepłownictwa.

Integralną częścią polskiej polityki przemysłowej winna być też intensywna polityka zagraniczna. Między innymi po to, żeby wesprzeć produkcję broni i amunicji. Polska buduje obecnie największe siły artyleryjskie w Europie, tymczasem nasze zdolności produkcji pocisków są mizerne, a w niektórych przypadkach żadne. Polska Grupa Zbrojeniowa produkuje ok. 40 tys. pocisków 155 mm rocznie, tymczasem Rosja od rozpoczęcia inwazji na Ukrainę wystrzeliwuje tyle amunicji w parę dni, zaś sama produkuje jej każdego roku kilka milionów. Rząd zamierza wesprzeć PGZ kwotą 2,5 mld zł, by Grupa do 2028 r. zwiększyła moce produkcyjne do ok. 180 tys. rocznie. Amunicja 155 mm będzie się nadawać do masowo kupowanych koreańskich samobieżnych armatohaubic K9A1 (i także rodzimych krabów), tymczasem polska obrona podobno błyszczeć ma przede wszystkim amerykańskimi wyrzutniami HIMARS. A te ostatnie wystrzeliwują pociski GMLRS lub ATACMS o kalibrze 227 mm, których nawet nie potrafilibyśmy wyprodukować.

Choć polska kohabitacja polityczna jak na razie przynosi koszmarne rezultaty – mowa o braku Polski podczas poświęconego Ukrainie niedawnego szczytu w Białym Domu – to teoretycznie mogłaby ona być wręcz idealna dla skutecznej polityki zagranicznej. Polityka globalna jest spolaryzowana, więc posiadanie dwóch organów władzy wykonawczej z odmiennych obozów powinno sprzyjać. Odpowiedzialni politycy powinni się podzielić kompetencjami – Nawrocki prowadziłby relacje z państwami rządzonymi przez prawicę, a Tusk odpowiadałby za relacje z krajami rządzonymi przez liberałów. Skoro prezydent ma podobnież świetne relacje z Trumpem, to może niech załatwi przekazanie technologii niezbędnej do produkcji amunicji do HIMARS-ów? Przecież załatwił już połowie świata zniesienie ograniczeń dostaw chipów AI – to nieprawda, ale tak przekonywał w swojej kampanii wyborczej. Mógłby też zaprosić do Polski czołowego producenta układów scalonych, Nvidię, prezentując jej gotowy biznesplan wraz z przygotowanym wsparciem państwa. Nie musiałby go pisać, wystarczy, żeby go przedstawił. Nvidia to spółka Tajwańczyków z USA, więc nie są to typowi biznesmeni z Doliny Krzemowej – prawicowiec powinien się z nimi dogadać, szczególnie jeśli zapewniłby takiej inwestycji odpowiednie otoczenie polityczne.

Tusk mógłby z kolei zająć się kontaktami z Europą, Wielką Brytanią oraz oczywiście Japonią i Koreą Południową – zarówno z politykami, jak i inwestorami. Właśnie inwestycje z tych dwóch azjatyckich krajów będą dla Polski kluczowe w kontekście rozwoju technologicznego. Przodują one w produkcji układów scalonych, urządzeń elektronicznych czy energetyki jądrowej. To nie powinno być poza zasięgiem rządu, szczególnie że z oboma państwami Polskę łączy strategiczne partnerstwo. Może czas więc przygotować biznesplany dla odpowiednich inwestycji oraz formy finansowania i zorganizować spotkanie polityczno-biznesowe w Tokio i Seulu? Dla Polaków to musi brzmieć jak political-fiction, ale w państwach rządzonych przez elity z prawdziwego zdarzenia takie zachowania są normą. ©Ⓟ