Osoby śledzące polskie życie publiczne z pewnością pamiętają, że przed ponad dekadą popularność zdobyło inne motto: „Budapeszt w Warszawie”. Przed wyborami prezydenckimi w 2015 r. obóz prawicowy upatrywał nadziei na powrót do rządzenia w historii Viktora Orbána, który w 2010 r. wygrał wybory parlamentarne po ośmiu latach w opozycji. Fidesz nie tylko odzyskał władzę, lecz zdobył większość konstytucyjną, dzięki której mógł przemeblować państwo zgodnie z zamysłem swojego lidera.

Trwające od 15 lat rządy Orbána gruntownie przeobraziły kraj. Do tego stopnia, że niektórym trudno dziś sobie wyobrazić, by Fidesz mógł przegrać wybory. Węgry stały się „republiką patrymonialną”, w której premier rozdziela polityczne frukta (łącznie z europejskimi dotacjami) i w ten sposób kontroluje niemal całe życie publiczne.

Orbán, który długo był autorytetem i wzorem do naśladowania dla wielu polityków prawicy nad Wisłą, ostatnio stracił urok – przede wszystkim za sprawą sprzecznego z polskim interesem podejścia do rosyjskiej napaści na Ukrainę. Ale nie był to jedyny powód. Nawet najzagorzalsi zwolennicy Orbána w naszym kraju zaczęli dostrzegać, że system korupcji politycznej nad Balatonem przekroczył wszelkie granice. Hasło „Budapeszt w Warszawie”, które ochoczo forsowali 10 lat wcześniej, przestało brzmieć atrakcyjnie. Fenomenu węgierskiego premiera nie należy jednak ignorować. Zwłaszcza teraz, kiedy w wielu krajach dochodzi do władzy nowa prawica. Nie jest przypadkiem, że Orbán był jednym z pierwszych zagranicznych przywódców, którzy gościli w Mar-a-Lago po wyborze Donalda Trumpa na prezydenta USA.

Na szarym końcu

Zgodnie z obiegową opinią politycy kupują sobie wyborców socjalnymi transferami. Tak przez lata budował sobie poparcie Jarosław Kaczyński, którego często porównywano do Viktora Orbána. Sęk w tym, że Fidesz wcale nie był hojny wobec klasy ludowej – zwłaszcza w porównaniu z PiS. Węgierski premier wyszedł z założenia, że mieszkańcy prowincji będą na niego głosować, dopóki będą uważać, że druga strona traktuje ich jak podludzi. Dlatego niczego im nie dawał ani specjalnie nie obiecywał. W każdej kampanii przed wyborami parlamentarnymi straszył za to liberalnymi elitami, przypominając wyborcom, że jeśli nie postawią na Fidesz, to do władzy wrócą politycy, którzy nimi gardzą. W ostatnich latach opowieść tę wzmacniano jeszcze wzbudzaniem lęku przed migrantami i wciągnięciem kraju w wojnę z Rosją.

Prawdziwy „Budapeszt w Warszawie” będziemy mieć dopiero w 2027 r. O ile rząd Koalicji 15 października nie rozpadnie się wcześniej

Efekt jest zdumiewający. Węgry uchodziły obok Czechosłowacji za oazę dobrobytu wśród tzw. demoludów. W czasach PRL wakacje nad Balatonem były dla wielu Polaków jak wyjazd do lepszego świata. Podróżując dziś przez węgierskie wsie i miasteczka, można odnieść wrażenie, jakbyśmy się cofnęli ze 30 lat. Polska prowincja, zwłaszcza na południu, na ich tle może się wydawać krainą zamożności. Obraz ten potwierdzają dane. O ile w 2015 r. mediana wynagrodzeń (mierzona parytetem siły nabywczej) wynosiła w Polsce 9957 euro, a na Węgrzech – 7938 euro, o tyle w 2024 r. sięgnęła ona odpowiednio 18 136 euro (wzrost o 82 proc.) i 11 628 euro (wzrost o 46 proc.). W tym samym okresie mediana wynagrodzeń w Rumunii – w oczach przeciętnego Węgra: ubogiego sąsiada ze wschodu – poszybowała z 4357 do 13 033 euro. Jeśli weźmiemy pod uwagę medianę całkowitego dochodu rozporządzalnego (z transferami społecznymi, według parytetu siły nabywczej), to w 2023 r. Węgry wraz ze Słowacją znalazły się na szarym końcu w Unii Europejskiej – nie tylko za Rumunią, lecz także za Bułgarią, w której dochody są wprawdzie niższe, ale państwo jest dużo bardziej hojne.

Można by sądzić, że lud wywiezie Orbána na taczkach. Nic bardziej błędnego. Poparcie Fideszu utrzymuje się na stabilnym, wysokim poziomie. Dopiero niedawno, po 15 latach, rząd uznał, że musi wreszcie zaoferować coś konkretnego klasie ludowej. Uchwalony pod koniec 2024 r. tzw. budżet pokoju (nazwany tak ze względu na obiecywane przez Donalda Trumpa zakończenie wojny w Ukrainie) przewiduje m.in. podwyżki dla emerytów, solidny wzrost płacy minimalnej i podwojenie ulgi rodzinnej.

Od początku celem Orbána było stworzenie nowej, konserwatywnej i zależnej od Fideszu klasy średniej. W praktyce ta niewielka grupa miała się stać nową elitą, która zastąpi liberałów. To z myślą o niej powstał zarówno bezprecedensowy system państwowego klientelizmu, jak i szeroki zestaw instrumentów wsparcia, m.in. w polityce mieszkaniowej i demograficznej. Sztandarową inicjatywą rządu był program CSOK (Családi Otthonteremtési Kedvezmény), czyli rodzinna ulga mieszkaniowa. O ile w Polsce w ramach programu „Mieszkanie dla Młodych” rodzina z trójką dzieci mogła liczyć maksymalnie na dopłatę w wysokości niespełna 100 tys. zł, o tyle na Węgrzech wsparcie wynosiło pięciokrotnie więcej.

Co prawda wbrew zapowiedziom CSOK nie doprowadził do zwiększenia dzietności, a jedynie wywindował ceny nieruchomości, ale wraz z innymi programami pomógł Orbánowi osiągnąć cel: stworzyć nową klasę średnią. A grupa ta odwdzięczała mu się w kolejnych wyborach parlamentarnych.

Bezwzględni gracze

Wbrew dominującym opiniom uważam, że naszym rodzimym odpowiednikiem Viktora Orbána był nie Jarosław Kaczyński, lecz Donald Tusk. Obu przywódców łączyło dużo więcej, niż się wydaje. Po pierwsze, cynizm i doprowadzenie do perfekcji polityki rozumianej jako bezwzględna gra o władzę, w której nie ma miejsca dla żadnych wewnętrznych konkurentów. Dziś widać tego efekty: mimo despotycznych rządów Kaczyńskiego, w PiS o wiele łatwiej wytypować potencjalnych następców prezesa. Do walki o schedę przymierza się co najmniej kilku 40- i 50-latków – z Przemysławem Czarnkiem na czele. To Kaczyński „stworzył” Andrzeja Dudę, a ostatnio Karola Nawrockiego. W Platformie Obywatelskiej próżno szukać potencjalnych kandydatów do przejęcia władzy. Rafał Trzaskowski – wieczna, niespełniona nadzieja PO – chyba nigdy nie miał zamiaru toczyć boju o przywództwo. Gdyby partia rządząca chciała wymienić premiera, aby uciec od aktualnych kłopotów, to ciężko byłoby jej znaleźć sensownego następcę. Jedyną osobą z potencjałem do przejęcia sterów jest Radosław Sikorski, ale nie jest on politykiem młodym ani szczególnie lubianym przez działaczy.

Po drugie, PO zawsze uważała za swoją bazę wyborczą małych i średnich przedsiębiorców oraz młodych pracowników zagranicznych korporacji, którzy u progu XXI w. przyjechali z prowincji na studia do dużych miast. Nigdy nie miała oferty skierowanej do ludu. Co więcej, Tusk, podobnie jak Orbán, stworzył klasę polityków-menedżerów, która miała zarządzać publicznym majątkiem (w tym unijnymi pieniędzmi). Skalę powiązań polityczno-biznesowych doskonale odsłoniła afera taśmowa, choć premier przezornie nie angażował się w nie bezpośrednio (stąd nie był kluczowym bohaterem nagrań).

Po trzecie, zarówno Tusk, jak i Orbán chcieli płynąć w głównym nurcie unijnej polityki, który przed dekadą reprezentowała Angela Merkel. Współtworzyli Europejską Partię Ludową, największą i najbardziej wpływową frakcję polityczną na Starym Kontynencie (w przeciwieństwie do PiS, który skazał się na marginalizację, działając w mniejszej frakcji Europejskich Konserwatystów i Reformatorów). Nie bez powodu obaj liderzy uchodzili przez lata za sojuszników. Kiedy unijne elity zaczęły dyscyplinować rząd Orbána za prowadzoną politykę, jego pierwszym obrońcą na europejskich salonach został właśnie Tusk. Były przewodniczący Rady Europejskiej przez długi czas zapewniał węgierskiemu premierowi swoisty parasol ochronny. Ich nieformalny sojusz skończył się dopiero pod koniec drugiej dekady XXI w., kiedy Angela Merkel wyraźnie osłabła zarówno na niemieckiej scenie partyjnej, jak i na forum Unii. Symbolicznym końcem była zdrada Orbána, który w lipcu 2019 r., w trakcie negocjacji dotyczących kluczowych stanowisk unijnych, dogadał się z Emmanuelem Macronem, a tym samym storpedował strategię Merkel (notabene za Orbánem poszedł wówczas PiS).

Pokpiona sprawa

Uciekając w 2014 r. do Brukseli, Tusk porzucił sporą część swojego zaplecza, które po dojściu do władzy Zjednoczonej Prawicy przeniosło się do biznesu. Kiedy w 2023 r. Platforma odzyskała władzę, związani z nią wcześniej menedżerowie nie byli specjalnie zainteresowani powrotem na gorące polityczne krzesła. Zwłaszcza że szybko pojawiło się widmo powrotu PiS. Decyzja biznesowo-partyjnego zaplecza PO wydaje się o tyle racjonalna, że partia Kaczyńskiego nie będzie miała skrupułów w odwecie na przeciwnikach. Stawiam dolary przeciw orzechom, że nie będzie żadnej taryfy ulgowej, paktów o nieagresji czy dżentelmeńskich umów. Z tego powodu nie widać dziś rzeszy polityków chętnych wejść do rządu. Dotyczy to także koalicjantów. Dynamika polityczna stała się dla Tuska wyjątkowo nieprzychylna. Jeśli obóz rządzący zaczyna grać na scenariusz utraty władzy, to możemy mieć do czynienia z samospełniającą się przepowiednią.

Szef rządu ponosi za to dużą odpowiedzialność. Po wygraniu wyborów nie złożył żadnej oferty klasie średniej na prowincji. Tak jak Orbán nie musi się martwić o poparcie ludu, tak Tusk nie musi się martwić o poparcie szeroko rozumianych liberalnych elit, do których obok wielkomiejskich profesjonalistów zaliczyć można również takie grupy zawodowe jak nauczyciele czy urzędnicy. Niezależnie od wydarzeń, oni i tak nie zagłosują na PiS. Platforma powinna więc skupić się na próbie pozyskania mieszkańców mniejszych miast i miasteczek. Tu jednak Tusk pokpił sprawę – w przeciwieństwie do swojego głównego wroga. Patrząc na kampanijne propozycje Karola Nawrockiego, można odnieść wrażenie, że ten czerpie pełnymi garściami z ideologii politycznej Viktora Orbána. Dobrym przykładem jest postulat wprowadzenia zerowego PIT dla rodziców co najmniej dwójki dzieci. Według wyliczeń Centrum Analiz Ekonomicznych (CenEA), na propozycjach zmian podatkowych prezydenta elekta najwięcej skorzystaliby najbogatsi – nawet tysiąc złotych miesięcznie. Najbiedniejsi zaoszczędziliby średnio… 6 zł. Gdyby reforma podatkowa lansowana w kampanii przez Nawrockiego weszła w życie, budżet państwa straciłby niemal 20 mld zł, co prawdopodobnie przełożyłoby się na uszczuplenie publicznych nakładów na edukację i ochronę zdrowia.

Jeśli moja obserwacja jest trafna, to dopiero w 2027 r. będziemy mieć prawdziwy „Budapeszt w Warszawie” (o ile rząd Koalicji 15 października nie rozpadnie się wcześniej). Zwłaszcza że międzynarodowy klimat jest obecnie wyraźnie korzystniejszy dla prawicy niż dekadę temu. ©Ⓟ

Autor jest publicystą, doktorem nauk ekonomicznych, adiunktem w Katedrze Stosunków Międzynarodowych UEK, członkiem Polskiej Sieci Ekonomii i ekspertem Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego