To, że Partia Pracy wygra wybory parlamentarne 4 lipca, jest oczywiste. Wątpliwości dotyczą jedynie skali porażki konserwatystów oraz tego, czy Keir Starmer na pewno będzie lepszym premierem niż Rishi Sunak.

Gdy kontynentalna Europa (a przynajmniej jej polityczna elita) żyje wyborami do unijnego parlamentu, na Wyspach tempa nabiera kampania przed elekcją do Izby Gmin. O ile w wielu państwach Unii w ofensywie jest prawica, o tyle w Wielkiej Brytanii szykuje się właśnie zdecydowany zwrot w lewo.

Torysi rządzili Wielką Brytanią nieprzerwanie przez ostatnie 14 lat. W tym czasie, działając pod presją konkurencji ze strony Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa (UKIP) Nigela Farage’a oraz sporej grupy swych wewnętrznych radykałów, zafundowali krajowi brexit i w konsekwencji spore perturbacje ekonomiczne. A chwilę później bezprecedensową niestabilność polityczną. Podczas pamiętnego referendum ówczesny premier i lider partii David Cameron opowiadał się bowiem przeciw wystąpieniu z UE, stawiając na reformowanie jej od wewnątrz. Rezultat plebiscytu potraktował jak wotum nieufności dla siebie i tuż po oficjalnym ogłoszeniu wyników złożył dymisję z wszystkich funkcji, w tym z mandatu członka Izby Gmin. Do polityki powrócił dopiero w listopadzie ub.r., obejmując tekę ministra spraw zagranicznych w gabinecie Rishiego Sunaka.

Theresa May, Boris Johnson, Liz Truss… Po odejściu Camerona lokatorzy Downing Street 10 zmieniali się jak w kalejdoskopie, ministrowie kluczowych resortów i koncepcje rozwiązywania palących problemów – jeszcze częściej. Do tego dochodziły przejściowe, acz poważne problemy ze zgromadzeniem większości bezwzględnej w parlamencie, w kręgach okołorządowych skandal gonił skandal, wskaźniki gospodarcze dołowały, Szkoci uparcie wspominali o niepodległości (i ewentualnym powrocie do UE), a sama Partia Konserwatywna była szarpana wewnętrznymi konfliktami. Były też problemy natury obiektywnej – pandemia, wojna w Ukrainie (powodująca przerwanie wielu łańcuchów logistycznych i wzrost cen energii), narastająca presja migracyjna. Autorytet polityków (wszystkich opcji) spadł w tym okresie w sposób bezprecedensowy: przeprowadzone w czasie rządów Liz Truss badania Ipsos wykazały, że tylko 9 proc. respondentów wierzy w słowa ministrów i parlamentarzystów, co stanowiło najniższy wynik w 40-letniej historii tego rodzaju sondaży.

Ostatnia nadzieja torysów

W tej wyjątkowo trudnej sytuacji, w październiku 2022 r. funkcję nowego lidera partii i szefa rządu objął Rishi Sunak. Świetnie wykształcony (filozofia, ekonomia i politologia w Oxfordzie plus MBA z Uniwersytetu Stanforda) multimilioner o hinduskich korzeniach, z bogatym doświadczeniem biznesowym i menedżerskim, miał wówczas stosunkowo krótki staż polityczny, bo w Izbie Gmin po raz pierwszy zasiadł zaledwie siedem lat wcześniej. Był drugim (po Benjaminie Disraelim) premierem wywodzącym się z mniejszości etnicznej, a także najmłodszym i zarazem najbogatszym szefem brytyjskiego gabinetu w historii. Prezentował się jako twardy konserwatysta (obnosząc się np. ze swą pasją myśliwską, co doprowadzało do szału lewicę), ale zadeklarował otwartość na „pragmatyczne rozwiązania” i przede wszystkim obiecał uporządkowanie odziedziczonego po poprzednikach bałaganu. I rzeczywiście, odniósł niebagatelne sukcesy. Nastąpiła zauważalna konsolidacja wewnętrzna partii, a co najważniejsze – drgnęły wreszcie do góry kluczowe wskaźniki ekonomiczne. Wśród torysów pojawiła się nadzieja, że uda się powstrzymać polityczną ofensywę opozycyjnej Partii Pracy, która po drodze seryjnie wygrywała wybory uzupełniające na wakujące mandaty parlamentarne, nawet w okręgach tradycyjnie konserwatywnych, i coraz bardziej na serio szykowała się do przejęcia władzy w Zjednoczonym Królestwie. Od wielu miesięcy wszystkie sondaże dają bowiem laburzystom przewagę przynajmniej kilkunastu punktów procentowych.

W brytyjskim systemie politycznym obowiązuje zasada, że termin kolejnych wyborów do Izby Gmin wyznacza premier – praktycznie w dowolnym momencie, byle nie później niż w pięć lat od poprzednich. Oczekiwano więc dość powszechnie, że Sunak poczeka z wyborczą batalią przynajmniej do późnej jesieni. Gdy niedawno ogłosił, że zaprasza rodaków do urn już 4 lipca, wielu ważnych polityków konserwatywnych skrytykowało publicznie tę decyzję, wytykając swemu liderowi „niedemokratyczny” tryb jej podjęcia i brak konsultacji wewnątrzpartyjnych, a także błąd taktyczny (za mało czasu na przygotowanie skutecznej kampanii). Na znak protestu niemal 60 dotychczasowych posłów, w tym była premier Theresa May, zrezygnowało z kandydowania.

W tym pozornym szaleństwie Sunaka jest jednak metoda. Jak się wydaje, chłodny umysł finansisty skalkulował po prostu skalę możliwych strat i na podstawie tej analizy uznał, że wybory i tak są przegrane, ale urządzenie ich akurat w tym momencie da szansę na nieco lepszy wynik niż w listopadzie czy grudniu. A efekt zaskoczenia i krótki czas kampanii komplikują życie nie tylko torysom – ich konkurentom także.

Faktem jest, że gospodarka zdaje się wychodzić na prostą. Odnotowano ostatnio niższą inflację (zaledwie 2,3 proc. w kwietniu), spadły też rachunki za energię, wyższe są za to płace i sprzedaż detaliczna, poprawiają się pozycja funta (względem euro była pod koniec maja najlepsza od 2016 r.) oraz wskaźnik wzrostu PKB. Tuż przed ogłoszeniem wyborów nastroje konsumentów osiągnęły najwyższy poziom od prawie dwóch i pół roku, podobnie kształtował się optymizm gospodarstw domowych co do ich finansów osobistych. Nie bez wpływu na te wskaźniki pozostało pewnie niedawne podniesienie płacy minimalnej aż o 10 proc. i jednoczesne obniżenie o 2 pkt proc. stawki składek na ubezpieczenie społeczne.

„Plan działa i odzyskaliśmy stabilność gospodarczą” – deklarował premier, zapowiadając lipcowe wybory w starannie dobranej scenerii, mianowicie wśród pracowników wielkiego magazynu przemysłowego. Żartował z nimi, rozmawiając o amerykańskiej gwieździe pop Taylor Swift, i ewidentnie starał się robić dobrą minę do złej gry. Nie powiedział bowiem wyborcom tego, co zapewne dobrze wiedzą i on sam, i jego doradcy: że poprawa stanu pacjenta jest chwilowa, a jesień może przynieść nawrót wielu chorób jednocześnie. A wtedy (i tak spodziewane) wyborcze lanie zmieniłoby się w tragiczną klęskę, może nawet prowadzącą do rozpadu partii.

Farage, czyli kłopot

W tej skądinąd rozsądnej kalkulacji Sunaka ważny był zapewne jeszcze jeden element: ograniczenie konkurencji z prawej strony. Reform UK, relatywnie nowa partia, będąca politycznym spadkobiercą wcześniejszych ugrupowań probrexitowych, przyciągająca radykalnych wyborców ostrym stanowiskiem antymigracyjnym, miała ostatnio nieco kłopotów wewnętrznych. W tle były też prawdopodobnie jakieś ciche ustalenia z premierem dające Sunakowi nadzieję na taktyczne ograniczenie wyborczej aktywności tego ugrupowania – może nawet coś na kształt decyzji Farage’a z 2019 r., by nie wystawiać kandydatów w wielu tradycyjnie konserwatywnych okręgach w celu niedopuszczenia do sukcesu laburzystów. Ryzyko, że reformiści odbiorą torysom znaczącą część ich głosów, można więc było uznać także tym razem za relatywnie niewielkie.

Cios przyszedł jednak bardzo szybko. Oto Nigel Farage, który zapowiadał rezygnację z kandydowania w kraju oraz skupienie się na „wspomaganiu Donalda Trumpa w jego kampanii prezydenckiej”, w poniedziałek zmienił zdanie o sto osiemdziesiąt stopni. Start rozpoznawalnego, charyzmatycznego i obdarzonego ogromnym talentem do demagogii polityka pod szyldem Reform UK będzie zaś najprawdopodobniej ważnym sygnałem dla radykalnego elektoratu, że oto istnieje oferta znacznie mu bliższa niż cokolwiek rozmyty i mdły konserwatyzm w wydaniu torysowskiego mainstreamu. Dzisiejsze sondaże dają reformistom ok. 10 proc., co przy brytyjskim systemie (zwycięzca głosowania w okręgu jednomandatowym zgarnia całą pulę, czyli ów jedyny mandat) raczej minimalizuje szanse takiej partii na przebicie się do Izby Gmin, ale w wielu przypadkach wystarczy, by rozbić głosy prawicowe i zapewnić sukces kandydaturze z Partii Pracy.

Nigel Farage już wziął się ostro do pracy. Zaczęło się od zapewnień, że „nie może zawieść ludzi, którzy czują się rozczarowani polityką”. Potem padła mocna deklaracja poprowadzenia „buntu politycznego” w Wielkiej Brytanii, ponieważ „w tym kraju już nic nie działa” (tu nastąpiło wyszczególnienie wielu rzeczywiście szwankujących usług publicznych, na czele z opieką zdrowotną). „Tani populizm” – komentują torysi i wielu ekspertów, ale zwykli ludzie znowu mają polityka, który nie tylko fotografuje się (tradycyjnie) z piwem i papierosem, lecz jeszcze mówi o ich realnych bolączkach ich językiem (czego Sunak, zwany złośliwie „nababem”, zupełnie nie umie). Farage zdążył się w dodatku wykreować na ofiarę wrogich działań establishmentu: młoda kobieta parę dni temu oblała go napojem bezalkoholowym, gdy wychodził z pubu. Media akurat były na miejscu akcji. Ten numer znamy już z kampanii do europarlamentu w 2019 r., tyle że wtedy „napastnikiem” był mężczyzna, a narzędziem koktajl mleczny. Richard Tice, formalny przewodniczący ugrupowania, nazwał napastniczkę „młodocianą kretynką”, twierdząc przy okazji, że jego partia nie da się zastraszyć, a incydent pomoże jej zdobyć setki tysięcy głosów więcej. W mediach społecznościowych rezonuje to znacznie lepiej niż suche i zdawkowe potępienie ataku ze strony Jamesa Cleverly’ego, ministra spraw wewnętrznych w gabinecie Sunaka.

Ofensywa Keira Starmera

Główny problem konserwatystów to jednak nie Farage i jego partia, lecz Labour pod przywództwem Keira Starmera. Ten czystej krwi proletariusz (wychowany w wielodzietnej rodzinie w londyńskim Southwark syn ślusarza i pielęgniarki) kosztem wielu wyrzeczeń zdobył solidne wykształcenie na uniwersytetach w Leeds i Oxfordzie, a następnie spory rozgłos branżowy i medialny jako zdolny prawnik wyspecjalizowany w kwestiach karnych i ochronie praw człowieka (zajmował się m.in. kontrowersjami wokół kary śmierci na Karaibach, w Ugandzie, Kenii i Malawi). W roku 2014 zasługi na tym polu przyniosły mu prestiżową komandorię Orderu Łaźni (wraz z prawem do używania tytułu „sir” przed nazwiskiem, z czego jednak nie korzysta).

Rok później (a więc wraz z Sunakiem) po raz pierwszy został wybrany do Izby Gmin. Wkrótce został ministrem w gabinecie cieni, gdzie odpowiadał za drażliwe i nośne politycznie kwestie migracyjne. Demonstracyjnie ustąpił już po kilku miesiącach w proteście przeciw przywództwu ówczesnego lidera Partii Pracy Jeremy’ego Corbyna, by powrócić niebawem jako „cień” sekretarza stanu ds. brexitu. W kwietniu 2020 r. stanął zaś na czele partii i natychmiast zaczął ostre sprzątanie po swoim niezbyt udolnym poprzedniku. Po pierwsze, narzucił dyscyplinę wewnętrzną i ostro przeciął niejasne i kompromitujące powiązania natury personalno-nepotycznej. Po drugie, po latach flirtu ze skrajną lewicą, w czym Corbyn celował, poprowadził partię ku centrum. Zapewne to w znacznej mierze zdecydowało o dawno nieoglądanym skoku sondażowym. Brytyjczycy po prostu stopniowo przestali bać się Labour i przypisywać jej niebezpieczne skłonności radykalne. Elektorat skrajny zaś i tak nie ma realnej alternatywy, więc w większości zaciska zęby i zadowala się tym, co Starmer uzna za taktycznie dopuszczalne. Odpryski na rzecz takich ugrupowań jak Zieloni wciąż nie są groźne wyborczo.

Przede wszystkim przywódcy Partii Pracy prawidłowo odczytali sygnały z otoczenia (wojna w Ukrainie, wzrost napięć w Azji) i wycofali się rakiem z wcześniejszej retoryki pacyfistycznej. Corbyn głośno nawoływał do jądrowego rozbrojenia Wielkiej Brytanii – Starmer zapowiada nie tylko utrzymanie, lecz wręcz wzmocnienie „potrójnego mechanizmu odstraszania nuklearnego” – czyli budowę czterech nowych atomowych okrętów podwodnych, utrzymywanie „ciągłego środka odstraszania na morzu” (czyli co najmniej jednego, a docelowo nawet do trzech jednostek w rejsie bojowym, z gotowością do natychmiastowego odpalenia rakiet z głowicami nuklear nymi) oraz zapewnienie niezbędnych funduszy na wszystkie przyszłe modernizacje tego komponentu sił zbrojnych.

Bezpieczeństwo i gospodarka

Konserwatyści obiecali osiągnięcie poziomu wydatków obronnych w wysokości 2,5 proc. PKB do 2030 r. Starmer przebił ofertę, mówiąc o tym samym poziomie, ale „tak szybko, jak tylko będzie to możliwe, bo nie ma sensu czekać aż tak długo”. Znakiem rozpoznawczym torysów było w ostatnich latach stanowcze poparcie dla walczącej Ukrainy, wyrażane nie tylko w słowach i gestach, lecz także w konkretnej pomocy wojskowej i wywiadowczej (podczas gdy Labour czasów Corbyna miała zauważalny rys prorosyjski). Starmer jest jednoznacznie po stronie Kijowa, co więcej, już zgłosił gotowość, by jeszcze mocniej niż konserwatyści uderzać w rosyjskie interesy na Wyspach (a pamiętajmy, że nie tak dawno o stolicy dawnego imperium mawiano złośliwie „Londongrad”, bo związani z Kremlem oligarchowie oraz oficerowie rosyjskiego wywiadu czuli się tam jak u siebie).

Podobny zwrot, choć mniej spektakularny, dotyczy stanowiska Partii Pracy w innych wrażliwych kwestiach bezpieczeństwa – od niekontrolowanej migracji, przez przestępczość zorganizowaną, po chińskie szpiegostwo przemysłowe, problem mniejszości muzułmańskiej, a także relacje z USA i z Izraelem. Opowiadając się za rozwiązaniem dwupaństwowym na Bliskim Wschodzie, Starmer jednocześnie stłumił nawet tradycyjnie zauważalny wśród części działaczy i zwolenników partii (z samym Corbynem na czele) antysemityzm. Ostatnim akordem tej kampanii było zagrożenie niewyrażeniem zgody na kandydowanie z Partii Pracy Diane Abbott – weteranki i ciemnoskórej ikony partii (po raz pierwszy wybrano ją do Izby Gmin w roku 1987!) – z powodu jej wypowiedzi uznanych za antysemickie. Po krótkim zamieszaniu Starmer potwierdził, że Abbott ostatecznie ma prawo startować z jego listy, ale sygnał o braku tolerancji dla świętych krów został zapewne odczytany przez partyjne doły.

Odnowiona partia wyzbywa się też dawnego radykalizmu w kwestiach społeczno-ekonomicznych. We wtorek oficjalnie zadeklarowała, że po swym spodziewanym zwycięstwie priorytetowo potraktuje stabilność gospodarczą, dobry klimat inwestycyjny i wsparcie dla przedsiębiorstw. Rachel Reeves, odpowiedzialna za politykę finansową, stwierdziła nawet, że to Labour „jest naturalną partią brytyjskiego biznesu”. Wystąpiła z tą szokującą dla wielu tezą w fabryce Rolls-Royce’a, dzierżąc w dłoniach list z poparciem od ponad 100 liderów biznesu. Napisano w nim m.in.: „pilnie potrzebujemy nowego spojrzenia, aby wyrwać się ze stagnacji ostatniej dekady”. Nie da się ukryć – tajemnicą poliszynela jest na Wyspach, że zwłaszcza ekscentryczne próby reform Liz Truss mocno zdenerwowały londyńskie City, a Rishi Sunak nie do końca spełnił pokładane w nim nadzieje kręgów finansowych.

Konkretów w kwestiach gospodarczych jest jednak – przynajmniej na razie – w tej kampanii niewiele. Gdy we wtorkowej debacie telewizyjnej starli się urzędujący premier i jego prawdopodobny następca, woleli się skupić na wzajemnej krytyce i wdzięcznych bon motach. Sunak prezentował Partię Pracy jako ryzykowny wybór, bo – jego zdaniem – nie ma ona fachowców ani planu. Starmer obwiniał torysów za ich prawdziwe i wyimaginowane błędy, pytając widzów, czy chcą kontynuacji chaosu i biedy.

W opinii licznych analityków w tej mało merytorycznej przepychance minimalnie lepszy był Sunak, co nie zmieni raczej tego, że przewaga sondażowa partii Starmera przekroczyła właśnie 20 pkt proc. Jeśli przeliczyć to na mandaty: 422 dla Labour Party, torysi zaledwie 140. Byłby to ich najgorszy rezultat w historii. Sukces laburzystów zaś byłby jeszcze bardziej efektowny niż w pamiętnym roku 1997, gdy (także po długich latach dominacji konserwatystów) po raz pierwszy prowadził ich do samodzielnych rządów Tony Blair. Notabene, też tępiąc lewicowe radykalizmy i sięgając po wyborców z centrum.

Historia lubi się powtarzać. Najwyraźniej zwłaszcza na korzyść polityków, którzy umieją wyciągać z niej wnioski. ©Ⓟ