Niedzielne wybory prawdopodobnie wygra centroprawicowa Partia Ludowa, po czym wejdzie w koalicję z radykalnie prawicowym ugrupowaniem Vox. I zapewne będzie to dopiero początek prawdziwej politycznej korridy.

Prognozowany podział miejsc w Congreso de Diputados / Dziennik Gazeta Prawna - wydanie cyfrowe

Gdy premier Pedro Sánchez Pérez-Castejón ogłosił przeprowadzenie przedterminowych wyborów do parlamentu 23 lipca, natychmiast stało się jasne, że to będzie wyjątkowa kampania. Po pierwsze dlatego, że szef rządu zaprosił rodaków do głosowania w czasie wakacyjnych urlopów – co już samo w sobie było decyzją bezprecedensową. Po drugie, wiadomo było, że spodziewane upały bardzo skomplikują zarówno techniczną stronę samego głosowania, jak i prowadzenie agitacji. Po trzecie – najważniejsze – dla rządzących socjalistów od początku była to niemal gra o życie, bowiem dzień wcześniej z kretesem przegrali wybory lokalne i było dość oczywiste, że lepiej już w tej kadencji nie będzie. Konieczna stała się ucieczka do przodu.

Kilka tygodni później wygląda jednak na to, że ryzykowny plan Sáncheza zawodzi. Lewica nie tylko nie obroni władzy, a w konsekwencji swego niezwykle odważnego planu reform społecznych i obyczajowych, lecz także po raz pierwszy od czasów generała Franco w rządzie znajdą się przedstawiciele skrajnej prawicy. Sondaże nie pozostawiają złudzeń: arytmetycznym zwycięzcą będzie chadecko-konserwatywna Partia Ludowa (Partido Popular – PP). Nie ma jednak szans na samodzielne rządzenie. Będzie więc skazana na trudną koalicję z radykałami z Vox.

Suma grzechów

Hiszpańska Socjalistyczna Partia Robotnicza (PSOE) płaci wyborczy rachunek za własne błędy i zaniedbania. W poprzednich wyborach w roku 2019 (podwójnych zresztą, bo po pierwszych nie udało się powołać rządu) Sánchez obiecywał obywatelom gruszki na wierzbie, czyli rzeczy, które pod względem ekonomicznym byłyby trudne do osiągnięcia nawet w czasach prosperity. Tymczasem wkrótce nadeszła pandemia i mocno przeczołgała poważnie uzależnioną od wpływów z turystyki gospodarkę kraju. Z tym socjaliści poradzili sobie kiepsko – co prawda po początkowych, dramatycznych spadkach PKB teraz znów rośnie, ale bardzo powoli. W rezultacie Hiszpania jest jedyną dużą gospodarką strefy euro, która nie wróciła jeszcze do poziomu sprzed COVID-19. Owszem, rekordowa inflacja ostatnio zmalała, ale nadal jest spora i dotkliwie odczuwana. No i bodaj najważniejsze wyborczo: bardzo trudna jest wciąż sytuacja na rynku pracy, wskaźnik bezrobocia pozostaje dwucyfrowy. Maleją dochody realne, a starzenie się społeczeństwa sygnalizuje konieczność trudnych reform systemu zabezpieczeń społecznych i ochrony zdrowia, na które lewicowa koalicja – mimo coraz głośniejszych apeli ekspertów – nie miała ani ochoty, ani pomysłu.

W tej sytuacji Sánchez próbował przykryć gospodarcze niepowodzenia ukłonami w stronę radykalnej lewicy kulturowej, do czego zresztą prowokowała obecność w koalicji rządzącej ugrupowania Unidas Podemos, co tylko wpakowało premiera w kolejne kłopoty. Pomysły, takie jak: aktywne zwalczanie prywatnych samochodów na rzecz rowerów oraz komunikacji zbiorowej, zakaz działalności sklepów zoologicznych czy daleko idące ułatwienia w formalnej korekcie płci małoletnich, wzbudziły niepokój elektoratu centrowego i sporej części starszych wiekiem zwolenników PSOE. Na dokładkę politycy Podemos potrafili publicznie stawiać za wzór skompromitowany reżim wenezuelski (biorąc przy tym, jak się okazało, spore pieniądze z Caracas za taką „reklamę”). Symboliczny dla niskiej jakości politycznej i personalnej tego ugrupowania stał się przypadek Ireny Montero Gil, która objęła urząd ministra ds. równości, legitymując się wcześniejszym doświadczeniem zawodowym… kasjerki, ale za to będąc towarzyszką życia byłego lidera partii. Jako członkini rządu zasłynęła m.in. przygotowaniem i przeforsowaniem fatalnie napisanej ustawy, która – wbrew intencjom – spowodowała masowe wypuszczanie zza krat gwałcicieli. A na głowę premiera Sáncheza posypały się kolejne fale krytyki.

Swoje dołożyła wyraźnie rosnąca przestępczość, problemy z niekontrolowaną migracją, a także niekonsekwencja rządu w sprawach licznych separatyzmów, co zawsze jest w Hiszpanii tematem trudnym. Tymczasem Sánchez był cały czas uzależniony od płynnego poparcia drobnych ugrupowań regionalnych lub nawet ich pojedynczych posłów.

Czara goryczy przelała się w majowych wyborach lokalnych, gdy współpracująca z PSOE baskijska partia Euskal Herria Bildu wstawiła na listy ludzi skazywanych w przeszłości za przestępstwa terrorystyczne, całkowicie lekceważąc protesty swych socjalistycznych partnerów. Zaledwie 28 proc. uzyskanych głosów – wobec 31 proc. dla PP – spowodowało utratę przez lewicę wielu przyczółków na prowincji i panikę w szeregach. I wtedy Sánchez sięgnął po plan awaryjny, czyli przyspieszone wybory w środku wakacji. Ewidentnie kalkulując, że generalnie zamożniejszy elektorat rywali będzie wtedy daleko od domu i nie będzie mu się chciało męczyć ze skomplikowanymi procedurami głosowania z oddali. A że możliwe głosowanie korespondencyjne jest de facto kontrolowane przez pocztę, którą rządzi polityczny i prywatny przyjaciel premiera, liczne media – i to nie tylko prawicowe – wietrzą tu możliwość pewnych nadużyć.

Możliwe, że premier przedobrzył. Ten plan wygrania walki ewidentnie poza regułami fair play oburzył sporą część niezdecydowanych oraz zmobilizował aktyw i wyborców partii prawicowych. Lider Partii Ludowej Alberto Núñez Feijóo w kilku gromkich wystąpieniach wprost wezwał do walki „z oszustami” w imię reguł demokracji, po czym – mimo upałów i urlopów – ostro pogonił swój aparat do przedwyborczej roboty. Podobnie zachował się charyzmatyczny szef Vox Santiago Abascal Conde. Obaj zastosowali przy tym sprytne metody, przenosząc ciężar kampanii na media tradycyjne i społecznościowe, a spotkania bezpośrednie w terenie – w imię komfortu i bezpieczeństwa uczestników – organizując niemal wyłącznie w salach z klimatyzacją lub przynajmniej przesuwając na późne godziny wieczorne.

Zaproszenie na korridę

Sánchez liczył prawdopodobnie na jeszcze jedno – Partia Ludowa, żeby móc przejąć władzę w regionach po wygranych wyborach w maju, musiała tam budować trudne koalicje z Vox. A to partner bardzo niewygodny, bo w wielu Hiszpanach budzi lęk przed prawicowym radykalizmem. Faktycznie partia Abascala otwarcie zrywa z polityczną poprawnością, zapowiada powrót do tradycyjnego modelu rodziny i obyczajów (co oznacza zarówno regres praw kobiet, jak i poparcie dla kontrowersyjnych rozrywek w rodzaju korridy), cofnięcie praw osób LGBT, ograniczenie edukacji seksualnej w szkołach, odwrót od polityk klimatycznych), a przy tym promuje dość liberalny program ekonomiczny – włącznie z odejściem od progresywnych podatków i ograniczeniem hojnych programów socjalnych. Jest więc czym straszyć wyborców centrum i lewicy, a nawet częściowo prounijnej centroprawicy. Tym bardziej że faktycznie w kilku miejscach, gdzie Vox wszedł do lokalnych koalicji, np. w Gijon, doszło już do „odwracania” lewicowych reform i np. wycofywania się z programów rozbudowy ścieżek rowerowych na rzecz przywracania „prosamochodowych” rozwiązań komunikacyjnych. Podobnie było w Castello, Elche i Valladolid. A w Valdemorillo, małym miasteczku pod Madrytem, nowa rada gminy złożona głównie z członków PP i Vox wymusiła odwołanie przedstawienia teatralnego będącego adaptacją powieści „Orlando” Virginii Woolf, której bohaterka zmienia płeć.

Nieśmiałe próby niektórych ludowców, by nadążać za radykalizmem potencjalnego partnera, już spotkały się z wewnętrzną krytyką. Spadła ona m.in. na byłego premiera Mariana Rajoya Breya, który na wiecu w piątek tydzień temu powiedział, że „nikogo nie obchodzi prawo dotyczące dobrostanu zwierząt ani transseksualistów”, zaś partie powinny zamiast tego rozmawiać o „kwestiach, które naprawdę dotyczą ludzi”. Feijóo musiał się ostro tłumaczyć, że jego eksmentor i szef nie miał na myśli tego, co faktycznie powiedział.

Zmasowana kampania medialna lewicy, oparta na straszeniu Hiszpanów „powrotem do średniowiecza”, przyniosła jednak tylko częściowy efekt. Ostatnie sondaże, których wynik można było opublikować – czyli poniedziałkowe – wskazywały na zdecydowaną przewagę i niemal pewne zwycięstwo Partii Ludowej. PP miała w niektórych z nich nawet ponad 37 proc. głosów, co przy 28 proc. dla PSOE dawałoby im odpowiednio 152 i 115 mandatów. To co prawda wyniki z badania opinii przeprowadzonego przez GAD3 dla prawicowej gazety „ABC”, ale zgodnie z przyzwoitą metodologią obejmującą wywiady telefoniczne z 6,5 tys. wyborców, gwarantującą margines błędu nieznacznie przekraczający 1 proc. Jednocześnie centrolewicowy „El Pais” publikował wyniki (badanie telefoniczne na próbie 2 tys. osób, zakładany margines błędu 2,2 proc.) dające ludowcom 32 proc. i 133 miejsca w izbie niższej Kortezów, a socjalistom 28 proc. (109 mandatów). Co istotne, prawie wszystkie sondaże na finiszu pokazywały względną stabilizację poziomu poparcia dla lewicy, zarówno tej umiarkowanej, czyli PSOE, jak i radykalnej – startującej tym razem pod szyldem Sumar (Podemos stał się po drodze częścią tego bloku). Równocześnie w ostatnim tygodniu minimalnie spadało poparcie dla PP i Vox. Możliwe, że właśnie z powodu strachu przed radykalizmem i pod wpływem szybkich porządków, do jakich przystąpiły nowe prawicowe władze lokalne.

Zwycięstwo Partido Popular w niedzielnym głosowaniu wydaje się mimo to niezagrożone, podobnie jak królewska nominacja do tworzenia nowego rządu dla Fejióo. Żeby jednak uzyskać ponad połowę głosów w liczącym 350 miejsc Congreso de Diputados, czyli móc utworzyć stabilny rząd większościowy, nowy premier będzie musiał dogadywać się z Vox, któremu sondaże dają 11–15 proc. głosów i odpowiednio 29–39 mandatów. Da się jeszcze trochę dobrać, przynajmniej przelotnie, z puli ok. 30 mandatów, które wedle sondaży przypadną małym ugrupowaniom regionalnym (katalońskim, baskijskim, nawarskim, azorskim), ale to będzie chwiejne poparcie, bo prawica jest generalnie niechętna decentralizacji, a tym bardziej separatyzmom. Deputowani tych partii mają więc mocno związane ręce, nawet jeśli niektórzy z nich prezentują konserwatywno-liberalne poglądy i programy. Fejióo musi się więc liczyć z tym, że w krytycznym momencie chętniej poprą opozycję, której trzonem będzie PSOE, a uzupełnieniem Sumar (mogące liczyć na nieco ponad 30 miejsc w izbie niższej parlamentu).

Proporcje w izbie wyższej Kortezów, czyli senacie (z dość skomplikowaną ordynacją i relatywnie małymi uprawnieniami), rozłożą się zapewne dosyć podobnie.

Chmury na horyzoncie

Santiago Abascal spełnia w tych wyborach rolę tarana i przez swój radykalizm ułatwia Partii Ludowej pozycjonowanie się jako ugrupowanie umiarkowane oraz docieranie do wyborców centrum. Założony i kierowany przez niego Vox wprost nazywa rządzących socjalistów „wrogami Hiszpanii” i obiecuje powrót do „starych dobrych czasów”, kiedy gospodarka kwitła, a rodzina była chroniona. Sáncheza oskarża o wprowadzenie do Hiszpanii „wokizmu, czyli patologii, która traktuje „dorosłych jak nieletnich, a dzieci jak zdegenerowanych dorosłych”. Gra na nutach nacjonalistycznych, antyfeministycznych i antyunijnych, trzeba jednak przyznać, że – w przeciwieństwie do wielu podobnych programowo partii populistycznej prawicy w Europie – opowiada się twardo za aktywnym udziałem w NATO. Pewnie dlatego, że w Hiszpanii oczywistością są już wpływy rosyjskich służb specjalnych w środowiskach separatystów oraz w najpotężniejszych grupach mafijnych zajmujących się szmuglem nielegalnych imigrantów i narkotyków, a także odpowiadających za liczne patologie m.in. rynku nieruchomości czy obsługi turystów. Długie ręce Kremla wspierają więc to, z czym hiszpańska prawica chce walczyć. W tej sytuacji postawienie na sojusz kraju ze Stanami Zjednoczonymi jest dość naturalnym wyborem.

Bez wątpienia rozluźnia to więzy z prorosyjską częścią europejskiej rodziny partii konserwatywnych i radykalnych w rodzaju partii Marine Le Pen czy Viktora Orbána (w Parlamencie Europejskim Vox należy, wraz z PiS, do grupy Konserwatystów i Reformatorów). Ułatwia natomiast polityczne zbliżenie z prawicą włoską, którą premier Giorgia Meloni także prowadzi w coraz bardziej proatlantyckim kierunku. Włoszka aktywnie wspierała zresztą podczas tej kampanii Abascala, wyraźnie stawiając na wzmocnienie prawicowego trendu w rozstrzygnięciach wyborczych na Starym Kontynencie (przypomnijmy, że niedawno także w Finlandii władzę objęła koalicja z grubsza przypominająca ideowo włoską i przyszłą hiszpańską). Ze swej strony Abascal wielokrotnie wskazywał na sukces Meloni na stanowisku premiera Włoch, który „udowodnił, że skrajna prawica nie ma rogów ani ogona i nie gryzie”.

To na razie całkiem wygodne dla Fejióo, bo kto inny „domyka scenę od prawej strony”. Ale gdy skończą się wybory, prawdopodobnie zaczną się kłopoty. Abascal będzie dla chadeckiego premiera trudnym partnerem, tak ze względów ideowych, jak i charakterologicznych. A przede wszystkim dlatego, że mimo znacznej przewagi liczebnej PP, to mały Vox stanie się „ogonem, który kręci psem” – bez niego po prostu nie będzie rządu.

To wróży kłopoty. Tym bardziej że spora część postulatów Vox wymusi na rządzie kurs kolizyjny z Brukselą (na co umiarkowana i lubiąca płynąć w „głównym nurcie” Partia Ludowa wcale nie ma ochoty). W skrajnych przypadkach – może nawet konieczność zwracania części już pozyskanych funduszy europejskich lub rezygnacji z nowych (szczególnie w zakresie polityki klimatycznej). W czerwcu przyszłego roku mamy zaś wybory do Parlamentu Europejskiego – grupy polityczne, do których należą potencjalni współwładcy Hiszpanii, zetrą się ze sobą bardzo brutalnie, m.in. w sprawach odmiennych koncepcji polityki migracyjnej, socjalnej, a także ochrony środowiska. Wysoce prawdopodobne, że spowoduje to też odmienne kalkulacje taktyczne Vox i PP w polityce wewnętrznej.

Zanim jednak do tego dojdzie, hiszpańscy politycy i ich kibice wypruwają sobie żyły na ostatnich metrach kampanijnej prostej. Ważny jest każdy głos i każdy mandat, bo jeśli potwierdzą się spekulacje o spadku poparcia dla prawicy, to Fejióo – nawet do spółki z Abascalem – może nie uzyskać większości w parlamencie. Wtedy może albo zdecydować się na gabinet mniejszościowy (precedensy są, Sánchez de facto rządził tak szmat czasu), albo zagrać na nowe, powtórzone niebawem wybory (podobnie jak miało to miejsce w roku 2019, gdy większości nie zdołali uciułać zwycięscy wówczas socjaliści). Oba scenariusze gwarantują jedno – rosnącą niestabilność Hiszpanii, bądź co bądź jednego z większych i bardziej znaczących państw unijnych. I pewnie rosnącą polaryzację, bo to dość naturalny skutek permanentnej kampanii wyborczej opartej w znacznej mierze na emocjach i resentymentach. ©Ⓟ