Amerykanie znów są przywódcami Zachodu, pokazując Rosjanom ich miejsce. Chińczycy to rozumieją. I żeby była jasność: Tajwan jest ważniejszy dla USA niż Ukraina. Jeśli tak mocno wspierają Kijów, tym bardziej pomogą Tajpej - uważa prof. Michał Lubina z Uniwersytetu Jagiellońskiego, politolog, specjalista ds. Dalekiego Wschodu i Rosji.

prof. Michał Lubina z Uniwersytetu Jagiellońskiego, politolog, specjalista ds. Dalekiego Wschodu i Rosji / Materiały prasowe
Z Michałem Lubiną rozmawia Sebastian Stodolak
Czy Tajwańczycy obawiają się chińskiej inwazji?
Nie. Najwyraźniej nie słuchali naszych ekspertów i się nie przestraszyli. (śmiech) Ale prawdę mówiąc, sam byłem zaskoczony ich postawą. Przyleciałem na Tajwan w dniu, w którym Nancy Pelosi, spikerka amerykańskiej Izby Reprezentantów, odlatywała, i sam miałem obawy, co się może wydarzyć. Spodziewałem się, że napięcia z Chinami będą tam tematem numerem jeden. Ale będąc już na miejscu, mógłbym - gdybym nie śledził mediów - w ogóle nie zauważyć, że coś się dzieje. Ludzie żyją normalnie, nie ma paniki, nikt nie wykupuje cukru i nikt w popłochu nie zamawia biletów lotniczych, żeby wydostać się z wyspy.
W Ukrainie też do ostatniego dnia nie wierzono, że Putin zdecyduje się na inwazję.
Zgadza się. Ten argument bardzo często słyszę, gdy mówię o tym, jak spokojnie jest w Tajpej. Niektórzy nasi eksperci wskazują także na sierpień 1939 r. I takie skojarzenia są naturalne dla naszego kręgu geograficzno-kulturowego. Natomiast to, co działa w jednej części świata, nie musi działać w innych. Chiny to nie Rosja - a gdyby tak było, Tajwańczycy faktycznie mieliby powody do obaw. Ale Chińczycy i Tajwańczycy należą do wspólnego obszaru kulturowego, znają się, wiedzą, że nie będzie zaskoczenia. Dowodem na to, że nikt się na poważnie nie obawia wojny, jest turystyka militarna, która zaczęła się podczas chińskich manewrów. Odbywały się one tak blisko Tajwanu, że mieszkańcy wyspy jeździli na plaże oglądać chińskie statki i robić im zdjęcia.
Mieszkańcy wyspy mówią o sobie, że są Tajwańczykami czy Chińczykami?
Chińczycy podkreślają, że oni i Tajwańczycy są jednym narodem, z kolei Tajwańczycy w większości twierdzą, że są osobną nacją. Kiedyś proporcje na wyspie rozkładały się pół na pół, lecz według badań z 2020 r. aż 64 proc. Tajwańczyków uważa się tylko za Tajwańczyków, 29 proc. jednocześnie za Tajwańczyków i Chińczyków, a tylko 2,6 proc. wyłącznie za Chińczyków. Ale trzeba koniecznie podkreślić, że te kategorie etniczne są zamazane. Tajwańczycy czują przynależność do czegoś, co można określić jako cywilizacja chińska, ale nie chcą używać tej nazwy.
Nie lubią przymiotnika „chiński”?
Po chińsku jest słowo „zhonghua”, które oznacza chińskość w sensie kulturowym, i „zhongguo”, które oznacza Chiny w sensie państwowym. Tego drugiego Tajwańczycy unikają. Chiny kojarzą im się z tym, co w rządach komunistów najgorsze. Dzieje się tak, choć Chińczycy i Tajwańczycy mówią tym samym językiem - po mandaryńsku, choć Tajwańczycy używają tradycyjnych znaków chińskich, a Chińczycy uproszczonych.
Są na Tajwanie osoby chcące przyłączenia wyspy do ChRL?
Bardzo mało. Tajwańczycy głupi nie są, widzą, co Pekin zrobił z autonomią Hongkongu - i to dla nich odstraszający kazus. Gdy Chiny przejmowały Hongkong w 1997 r., robiły to pod hasłem „jeden kraj, dwa systemy”. Obiecały uszanowanie jego autonomii przez 50 lat, a wytrzymały 23 lata. Zresztą takie samo rozwiązanie Pekin zaproponował Tajwanowi w latach 80. XX w., ale Tajpej nie było zainteresowane. Mieszkańcy wyspy wiedzą, że podporządkowanie się Pekinowi oznacza koniec tego, co obecnie mają i z czego są zadowoleni. To jeden z najbogatszych krajów na świecie. Jeden z pierwszych azjatyckich tygrysów. Kiedyś ubogi jak Bangladesz, dzisiaj wysoko rozwinięty, uprzemysłowiony, kluczowy - ze względu na produkcję komputerowych chipów - dla gospodarki światowej. I pamiętajmy, że swój sukces gospodarczy osiągnął na długo przed Chinami.
Z tego cudu gospodarczego korzysta 24 mln ludzi.
Tak. A ponieważ Tajwan jest wyspą górzystą, to ma niewiele przestrzeni do życia, więc też jest jednym z najgęściej zaludnionych obszarów na świecie.
Wyklucza pan całkowicie możliwość inwazji Chin na Tajwan?
Na 99 proc., chociaż oczywiście zawsze może wydarzyć się coś nieoczekiwanego, np. przywódca KPCh oszaleje. Pracuję obecnie na tajwańskim uniwersytecie w ośrodku bezpieczeństwa, rozmawiam z analitykami i czytam raporty - według najbardziej optymistycznych dla Pekinu przewidywań Chiny będą gotowe do inwazji dopiero za dwa lata.
A więc nie jest tak, że nigdy nie dojdzie do inwazji, tylko że nie dojdzie do niej teraz?
Dokładnie. Obecnie inwazja jest wykluczona, gdyż Chiny nie są gotowe militarnie. Część ekspertów przewiduje, że będą właśnie w 2024 r. Ale inni wskazują, że może się to stać w 2027 r., w 2035, a nawet w 2049 r.
Na czym polega ten brak gotowości? Potężne Chiny mają wielką armię, zaś Tajwan to wysepka.
To wyspa trudna do zaatakowania: jej obronie sprzyja geografia i pogoda. Tylko przez trzy miesiące w roku panuje względna pewność dobrej aury. Przez resztę roku mamy mgły, tajfuny, burze, zmienne morskie oraz oceaniczne prądy - a to wszystko mocno utrudnia desant. Już u samych wybrzeży Tajwanu jest sporo raf koralowych, także niesprzyjających ewentualnemu podbojowi. Na dodatek na wyspie jest niewiele plaż, na których wojska mogą wylądować, nie jest tu jak w Normandii. Ale żeby była jasność - nie jest tak, że nie da się przeprowadzić inwazji, bo istnieją technologie i sprzęt, które pozwalają na dokonanie desantu nawet podczas tajfunu. A swoją drogą, dobrym przykładem na trudne warunki naturalne dla potencjalnej inwazji są ostatnie wielkie chińskie manewry wojenne. Gdy je rozpoczęto, to nad Tajwanem rozszalała się potężna burza, jakby sama przyroda przypominała, że sierpień nie jest dobrym miesiącem na wojnę.
Czy Tajwan w wypadku inwazji może liczyć na pomoc Amerykanów?
I to nie tylko na dostawy wyposażenia, broni i informacji wywiadowczych, ale też na pomoc militarną. Ta obietnica ma bardzo silnie odstraszające działanie. Amerykanie z Instytutu Amerykańskiego na Tajwanie, a więc z kryptoambasady USA, mówili mi, że przez najbliższe dwa lata będzie spokojnie. Natomiast przed niedawnymi manewrami zarządzonymi przez Pekin Pentagon podał, że nie zaobserwował żadnych ruchów chińskich wojsk. A żeby zaatakować Tajwan, Chiny musiałyby skoncentrować oddziały w prowincji Fujian, znajdującej się najbliżej wyspy. Tego nie da się zrobić w sposób niezauważalny, takie przygotowania pewnie zajęłyby co najmniej miesiąc. Chińczycy po prostu wypuścili propagandowe filmiki z czołgami, lecz nie podjęli realnych działań.
Chiny mają chyba niewielkie doświadczenie w prowadzeniu wojen?
Owszem. Nie prowadziły żadnej od 1979 r., z Wietnamem - to starcie trwało ledwie miesiąc. I, co więcej, ten ich pierwszy raz od bardzo dawna nie byłby potyczką, tylko wojną ze zdeterminowanym przeciwnikiem, który walczy u siebie oraz o wszystko. Generalnie Chińczycy nie są tak głupi jak Rosjanie, którzy zrzucali spadochroniarzy pod Kijowem, planując zajęcie stolicy w trzy dni - na pewno nie będą zakładać, że równie szybko zdobędą Tajpej. Doskonale wiedzą, że jeśli dojdzie do wojny, będzie to starcie na wyniszczenie.
No i na Tajwanie nie ma stepów, z których można spokojnie dokonywać ostrzałów artyleryjskich. Agresor właściwie natychmiast skazany jest na walkę miejską.
Zgadza się. A do pogodowo-geograficznych czynników utrudniających inwazję dochodzą jeszcze elementy kulturowo-strategiczne.
A jednak Pekin robi wszystko, by w końcu zająć Tajwan.
Bo taki jest jego cel polityczny, także element kształtujący dumę narodową. Ale nie oznacza to automatycznie podboju. Pekin zdecyduje się na opcję militarną dopiero wtedy, gdy już wyczerpie inne możliwości. A najchętniej zaanektowałby Tajwan tak, jak kiedyś Hongkong - na zasadzie „jeden kraj, dwa systemy”.
Ale to chyba coraz mniej możliwe.
Chińczycy wierzyli dotąd, że jeśli relacje społeczno-gospodarcze z Tajwanem będą się wzmacniać, to Tajpej będzie naturalnie grawitował w ich stronę i nastąpi „reunifikacja”. Jedna tajwańska dziennikarka zauważyła kilka tygodni temu, że to podejście opierało się na podobnym złudzeniu, jakie USA miały względem Chin. Spójrzmy na to, co się działo na początku XXI w.: Waszyngton wierzył, że jeśli będzie zacieśniać współpracę z Chinami, to te zaczną się demokratyzować. Nic takiego się nie zdarzyło. Za to Pekin stał się potężny i rzucił wyzwanie Ameryce. Chińczycy mieli podobne złudzenia - lecz teraz Tajwan zamiast być coraz bliżej „macierzy”, oddala się od niej. Badania opinii wskazują, że przełom nastąpił w 2019 r.: do tego czasu dla Tajwańczyków ważniejsza była gospodarka niż niezależność, po tym roku sytuacja się odwróciła, co jest efektem wydarzeń w Hongkongu.
Pewnie też na Tajwanie zdają sobie sprawę, że chiński model gospodarczy nie jest pozbawiony wad…
Tak. Z drugiej strony ostatnie 30 lat było bardzo wygodne dla Tajpej, jeśli idzie o relacje ekonomiczne z Chinami - więc zerwanie stosunków byłoby bardzo bolesne. Tajwańczycy potężnie zarabiali na inwestowaniu w Chinach. Kolejna rzecz, że spora część Tajwańczyków ma rodziny w prowincji Fujian, te kontakty nie są zerwane jak między dwiema Koreami. Ale teraz już się tak prosto nie da kontynuować tej współpracy.
Skoro polityczne metody aneksji się wyczerpują, to do ataku militarnego na Tajwan w końcu dojdzie. Pytanie tylko czy prędzej, czy później?
Decyzja w Pekinie jeszcze nie zapadła - to zależy również od politycznego pejzażu na Tajwanie. Mamy na wyspie dwie duże partie, odpowiadające głównemu podziałowi społecznemu. Najstarszą jest Kuomintang, który z czasem zatracił mocny antychiński pazur i stał się ugrupowaniem bliższym Pekinowi. Nikt, rzecz jasna, w tej partii nie pała miłością do komunizmu, ale uważa się w nim, że kulturowo i historycznie Tajwan jest częścią Chin. Druga siła - DPP, Demokratyczna Partia Postępu - uważa, że Tajwan nie ma nic wspólnego z kontynentalną „macierzą”. Baza wyborcza tego ugrupowania to potomkowie ludzi, którzy mieszkali na wyspie przed przyjazdem Czang Kaj-szeka i jego zwolenników, oraz ludzie młodzi. Z perspektywy Pekinu rządząca obecnie DPP to bardzo niewygodny układ. W Chinach uważa się, że jeśli Demokratyczna Partia Postępu pozostanie u władzy, to inwazja będzie koniecznością.
Jak w grę o Tajwan wpisać wojnę w Ukrainie? Czy Rosji potrzebne są Chiny na Tajwanie, czy Chinom Rosja w Ukrainie?
Gdy ponad 15 lat temu byłem studentem, to przyjechał na wydział znany politolog i twierdził, że wkrótce wybuchnie wojna między Chinami a Tajwanem. Uważał to za pewnik. To oddaje rosyjskie myślenie w tej kwestii. Kreml marzy o takiej wojnie, bo to daje dużą szansę na włączenie się w nią USA. Wtedy Ameryka musiałaby odpuścić Europę, co Moskwa mogłaby wykorzystać. Dzisiaj w mediach rosyjskich też pisze się o takim wariancie z nadzieją. Jeśli chodzi o rosyjsko-chińską współpracę, to z jednej strony mamy koordynację poczynań, a z drugiej - ograniczone zaufanie. Koordynacja polega na tym, że jednym i drugim odpowiada wiązanie sił Amerykanów z dwóch stron Eurazji - dzięki temu USA muszą grać na dwa fronty. Nie znaczy to, że Rosja będzie za Chiny umierać czy odwrotnie. Pekin nie wspiera szczególnie mocno Moskwy w wojnie z Ukrainą, a Rosja nie wspierałaby jakoś istotnie Chin po zaatakowaniu Tajwanu.
Co będzie dla Chin oznaczać przegrana Rosji?
Tajwan będzie bezpieczniejszy. Już w obliczu tej nieporadnej rosyjskiej inwazji tak jest. Najważniejszym wnioskiem dla Chińczyków z wojny w Ukrainie jest ten, że Amerykanie wciąż są silni, że w razie niebezpieczeństwa świat od nich oczekuje pomocy, a oni ją mogą dostarczyć. Jak trwoga, to do Pentagonu. Amerykanie znów są przywódcami Zachodu, pokazując Rosjanom ich miejsce. Chińczycy to rozumieją. I żeby była jasność: Tajwan jest ważniejszy dla USA niż Ukraina. Jeśli Ukrainie pomagają tak aktywnie, to tym bardziej pomogą Tajpej. Wsparcie militarne dla Tajwanu już jest na poziomie wymiany kadr bardzo duże. Co roku przyjeżdża tu 4 tys. amerykańskich urzędników wyższego szczebla. Odkąd Rosja zaatakowała Ukrainę, wśród elit tajwańskich wzrosła świadomość, że jednak jakieś zagrożenie istnieje. Dotąd Rosja i Chiny wpływały na globalny porządek na miękko, wojując w cyberprzestrzeni czy za pomocą narzędzi ekonomicznych, ale nie przekraczano granicy między wojną a pokojem, a jeśli już, to hybrydowo. Wojna w Ukrainie to zmieniła.
Jaki wpływ na obecną sytuację na Tajwanie mają tegoroczne „wybory” w partii komunistycznej w Chinach?
Wyborczo ten rok jest szczególnie niefortunny. W USA mamy jesienią połówkowe wybory do Kongresu, również jesienią na Tajwanie mamy wybory lokalne i w końcu mamy zjazd Komunistycznej Partii Chin. Walki o władzę na pewno wpływają na zaognienie sytuacji wokół Tajwanu. Nancy Pelosi przyleciała na wyspę po to, by zademonstrować polityczny kierunek, jaki przyjmuje jej partia, czyli demokraci. Dla DPP jej wizyta to duży sukces propagandowy, utrwalający poparcie. Z kolei w Chinach Xi Jinping musiał pokazać, że jest twardy, i zarządził w północno koreańskim stylu testy rakiet, które dodatkowo spadły na japońską strefę ekonomiczna na morzu - a nic tak nie cieszy Chińczyków jak symboliczne dogryzienie Tokio. Ale pamiętajmy, że to wszystko jest teatrem politycznym, który dotąd nie przełożył się na zagrożenie wojną.
W Polsce wszyscy byli przekonani, że jednak się przekłada.
Proszę zwrócić uwagę na istotną różnicę między Ukrainą a Tajwanem. Większość Ukraińców nie wiedziała, że dojdzie do wojny, i dlatego zachowywała spokój. Tymczasem na Tajwanie wszyscy wiedzą, że tym razem wojny nie będzie - dlatego żyją normalnie, bo przywykli do zagrożenia. Tajwańczycy mają też nieformalne kanały komunikacji z Chinami, wiedzą, że ich odpowiedź na wizytę Pelosi była pokazówką.
Czy gdyby Xi Jinpinga zastąpił ktoś bardziej liberalny, Chiny mogłyby odpuścić Tajwan?
Xi Jinping jest dla Tajwanu dużym zagrożeniem. Cały czas w swoich przemówieniach zwraca uwagę na konieczność zdobycia wyspy. To dla Xi kwestia w pewnym sensie personalna. Jego ojciec był w latach 80. odpowiedzialny za rozmowy z Tajwanem i był blisko dogadania się. A sam Xi był przez 17 lat związany z prowincją Fujian. Więc tak - wymiana Xi Jinpinga na innego przywódcę mogłaby osłabić koncentrację Chin na Tajwanie, zwłaszcza że mają wiele problemów wewnętrznych. Jednak bez względu na to, kto będzie gensekiem KPCh, nie porzucą one myśli o odzyskaniu wyspy.
Czy uprawnione jest mówienie, że gdyby Chiny zaatakowały Tajwan, byłby to początek III wojny światowej?
Tajwan geograficznie zamyka linię amerykańską blokującą Chiny - gdyby USA straciły tę wyspę, Chiny zdominowałyby Morze Południowochińskie. Amerykanie zostaliby w efekcie wypchnięci z Azji Wschodniej, co byłoby bardzo złą wiadomością dla Korei Południowej oraz Japonii, na której Pekin chce wziąć historyczny odwet. Dodatkowo Chiny, zajmując Tajwan, przejmują też rządy w branży półprzewodników - dałoby im to olbrzymią przewagę gospodarczą. W takiej sytuacji byłyby w stanie walczyć o dominację globalną z USA, na co Waszyngton nie może pozwolić. Zwłaszcza że dominacja Chin to także zwycięstwo modelu autorytarnego nad demokracjami.
Z punktu widzenia prawa międzynarodowego, gdyby Chiny zaatakowały Tajwan, to nie byłaby to klasyczna wojna. Bo Pekin nie atakowałyby innego państwa.
Tajwan w praktyce ma wszystkie atrybuty, żeby być państwem - poza uznaniem międzynarodowym. Na tyle, na ile znam prawo międzynarodowe, ta sytuacja raczej sprzyjałaby Chinom, ale oczywiście każdy ma swoich prawników i pewnie możliwa jest także inna interpretacja.
Właśnie. Uderzający i wymagający wyjaśnienia fakt dotyczący Tajwanu jest taki, że III wojna światowa może wybuchnąć z powodu konfliktu o terytorium, którego nikt - poza nielicznymi wyjątkami - nie uznaje za suwerenne państwo. Nie robią tego Stany Zjednoczone, które jednocześnie uznają państwowość Chin, z którymi są w konflikcie.
Gdy w 1949 r. Kuomintang przegrał wojnę domową z wojskami Mao Zedonga, jego zwolennicy uciekli na Tajwan. Dzięki poparciu USA zachował jednak miejsce w Radzie Bezpieczeństwa ONZ jako rząd chiński. Tak było do początku lat 70. - Republika Chińska na Tajwanie reprezentowała Chiny, a Chińska Republika Ludowa była nieuznawana. To się zmieniło w wyniku działań Kissingera i Nixona, a potem Cartera, których ostatecznym rezultatem było nawiązanie relacji USA z Chinami w 1979 r. Amerykanie wystawili Tajwańczyków do wiatru, lecz nie do końca. Zgodzili się, że ChRL przejmie ich miejsce w ONZ, ale jednocześnie nie do końca zaakceptowali narrację Pekinu.
Rozumiem, że Amerykanie celowo utrzymują ten ambiwalentny stosunek do Tajwanu, żeby trzymać Chiny w szachu?
Tak to jest w Chinach odbierane i to wyprowadza komunistów z równowagi. Ta ambiwalencja dyplomatyczna znalazła formalny wyraz w komunikacie szang hajskim z 1972 r. Chiny oficjalnie opisały w nim politykę jednych Chin, a USA stwierdziły, że przyjmują to do wiadomości. Nie akceptują, ale przyjmują do wiadomości. Amerykanie zostawili sobie furtkę pozwalającą na utrzymanie nieformalnych kontaktów z Tajwanem i udzielanie mu wsparcia w razie ataku. Nie ma zobowiązania do pomocy po stronie USA, ale jest deklaracja, że taka pomoc jest możliwa. To kolejny wymiar tej ambiwalencji. Celem Waszyngtonu jest utrzymanie status quo, w którym Chiny nie anektują Tajwanu, a Tajpej nie ogłasza niepodległości. Inne państwa świata poszły tropem Waszyngtonu: przyjęły do wiadomości politykę Chin, ale utrzymują quasi-formalne relacje z Tajwanem. W związku z tym Tajwan nie ma ambasad w innych krajach, ale przedstawicielstwa nazywane Biurami Tajpej - także w Warszawie. A my mamy Biuro Polskie w Tajpej. I choć biurami kierują dyrektorzy, to de facto są oni ambasadorami.
Chiny przymykają na to oczy?
Coraz mniej chętnie. Co ciekawe, jest kilkanaście państw, które uznają państwowość Tajwanu: to niektóre państwa Afryki i Oceanii. O te państwa toczy się dyplomatyczna walka między Tajpej a Pekinem. Zwykle narzędziem tej walki jest przekupstwo. Jedno z państw afrykańskich pewnego roku aż trzykrotnie zmieniało front w zależności od tego, która delegacja przyjeżdżała z dolarami. Ale koniec końców grupa państw uznających Tajwan zmniejsza się. Obecnie jest ich 14, w tym Watykan i Paragwaj.
Tajwańczycy to naród o ustalonej tożsamości? Do wybuchu wojny w Ukrainie rosyjska propaganda kwestionowała istnienie narodu ukraińskiego. Czy Chińczycy mogą to samo robić z Tajwańczykami?
Ostatnie lata to czas kształtowania się tożsamości narodowej Tajwańczyków. Wyrośli z pnia cywilizacji chińskiej, ale są już Tajwańczykami. Oni sami często dają przykład Singapuru, zamieszkanego przez etnicznych Chińczyków, a jednak uznających się za Singapurczyków.
Czy Tajwańczycy walczyliby za swój kraj z takim oddaniem, jak Ukraińcy?
Sądzę, że tak. Myślę, że traktowaliby Chińczyków jako najeźdźców. Trudno byłoby więc opisać taki konflikt jako wojnę domową. Element narodowotwórczy sprzyja Tajwańczykom i utrzymuje morale armii. Jednocześnie trzeba przyznać, że jednak wysoki komfort życia te morale będzie osłabiał - bo jak się ma wygodne życie, to nie myśli się o walce. Tajwańskie wojsko ma np. problemy kadrowe, brakuje im choćby pilotów. Ci, którzy szliby walczyć, walczyliby z pewnością dzielnie, ale jak wielu poszłoby walczyć?
A morale chińskiej armii jest wyższe niż rosyjskiej?
Brakuje twardych danych, ale raczej tak. Z pewnością mielibyśmy kilka Buczy i Irpieniów, gdyby Pekin dokonał inwazji na wyspę. Chińczycy uważają, że Tajwańczycy to Chińczycy omotani przez garstkę nacjonalistów, od których trzeba ich uwolnić. Tych, którzy będą przeciw nim walczyć, Chińczycy traktowaliby jak renegatów.
Jak w tej układance odnaleźć ma się Polska? Powinna wspierać Tajwan tak jednoznacznie, jak Ukrainę?
Nasza część Europy nieoczekiwanie weszła do gry o Tajwan w zaskakujący sposób. Zaczęła Litwa, doprowadzając do furii Pekin, gdy zmieniła nazwę Biura Tajpej na Biuro Tajwańskie. To było naruszenie status quo. Chińczycy zareagowali, wydalając ambasadora i personel ambasady Litwy. Wilno zagrało ostro, sądząc, że Chiny, jako nieznaczący dla niego partner gospodarczy, niewiele mogą mu zrobić. A okazało się, że mogą, gdyż zaczęły naciskać na niemieckie firmy mające kontakty z Litwą, by te relacje ograniczyły. Blisko z Tajwanem są też Czechy i Słowacja. Kraje naszej części Europy robią się antychińskie, bo Pekin jest prorosyjski. Polska jest tutaj wyjątkiem. Jesteśmy antyrosyjscy, lecz w relacjach z Chinami nie robimy niczego agresywnego. Jesteśmy przykładem państwa próbującego balansować w relacjach dyplomatycznych. Z naszej perspektywy Tajwan jest mniej istotny niż Ukraina. Nasz interes narodowy polega na tym, żeby Chiny nie wspierały Rosji. ©℗
Jesteśmy państwem, które balansuje w relacjach dyplomatycznych. Z naszej perspektywy Tajwan jest mniej istotny niż Ukraina. Nasz interes narodowy polega na tym, by Chiny nie wspierały Rosji