Z Natalią Romik i Aleksandrą Janus rozmawia Magdalena Rigamonti
Jeszcze można się w nich ukryć?
NATALIA ROMIK: Wszystkie prezentowane na wystawie kryjówki jeszcze istnieją. Są w różnym stadium erozji.
Reklama
ALEKSANDRA JANUS: Część z nich jest na terenach dzisiejszej Ukrainy.
N.R.: Nasza wystawa nabrała teraz nowego kontekstu. To opowieść o tym, gdzie w czasie wojny szukano schronienia, jak budowano skrytki, bunkry i schrony.

Reklama
A.J.: Punktem wyjścia była materialność tych miejsc. Siłą rzeczy opowiadamy o kryjówkach, do których można jeszcze wejść, a nie o tych, o których pozostały jedynie relacje, historie i opowieści.
N.R.: Zaczęłyśmy się zajmować kryjówkami na długo przed wojną w Ukrainie, choć od samego początku współpracowałyśmy z Centrum Historii Miejskiej we Lwowie i z ukraińskimi artystami, choćby z Oleksiim Konoshenką, który pomagał nam wykonywać rzeźby. A teraz walczy na wojnie. Razem ze speleologami, historyczkami docieraliśmy do miejsc ukrytych. Nie spodziewałyśmy się, że będziemy otwierać wystawę w takich okolicznościach. Dopiero co byłyśmy w Ukrainie, a teraz nasi tamtejsi koledzy nie mogą przyjechać zobaczyć naszej pracy, bo walczą. To jest wystawa kolektywna, która jest pomnikiem pamięci, ale też krzykiem „nigdy więcej wojny”.
A.J.: Kiedy ją przygotowywałyśmy, miałyśmy przekonanie, że to poszukiwania bardziej uniwersalne niż tylko doświadczenie Zagłady. Dziś miejsca, które służyły za skrytki np. we Lwowie, znów są przygotowywane do tego, żeby służyć ludziom za schronienie.
Jesteście panie trzecim powojennym pokoleniem.
N.R.: Pokoleniem urodzonym w latach 80.
Co pań pradziadkowie, dziadkowie robili w czasie wojny?
A.J.: Mnie inspiruje podejście nazywane „środowiskową historią Zagłady”. Dla nas punktem wyjścia nie jest historia naszych rodzin, lecz materialność miejsc, ich fizyczność, pozostałości Zagłady w naszym krajobrazie. Ta materialność pozwala trzymać się w ryzach. Oczywiście analizujemy losy ludzi, którzy się ukrywali, ich pamiętniki, historie. Jednak skupienie się na materialności pozwala inaczej opowiedzieć historie - na pewno odsunąć własne emocje.
N.R.: Architektura w tym pomaga. Pamiętam rozmowę z Janem Grossem, który mówił, że to, czym się zajmujemy, należy do najczarniejszych historii Holokaustu. Radził: analizuj dokumenty rano, żeby można było spać spokojnie. Architektura pozwala nałożyć na siebie ochronne bandaże. Jesteśmy przy rysunkach Edmunda Schoenberga, ocalonego z Zagłady inżyniera, który stworzył kilkustronicowy dokument znajdujący się dziś w Żydowskim Instytucie Historycznym. Opisuje w nim kryjówki - ślepe szafy, bunkry, przejścia, dostawiane części poddasza.
A.J.: Historie ukrywania są badane od dawna. I opracowując ten projekt, zaciągnęłyśmy dług u wielu wspaniałych badaczy. Ale zajęłyśmy się architekturą również po to, by złożyć hołd kreatywności tych, którzy kryjówki konstruowali i w strasznych warunkach próbowali przetrwać.
Tu jest kryjówka w drzewie.
N.R.: To drzewo Józef, drzewo kominowe (puste w środku), które ma ponad 650 lat. Znajduje się w majątku Mycielskich w Wiśniowej na Podkarpaciu. Teraz jest to teren Powiatowego Centrum Kultury i Turystyki. Widzimy mniej więcej jedną dziesiątą po jego obrębie.
To odlew?
N.R.: Tak. Na początku silikonowy. A widzimy akryl z ziemią i z różnymi domieszkami.
Stamtąd ta ziemia?
A.J.: Nie. Przód każdej z tych rzeźb, w tym drzewa Józef, jest pokryty płatkami srebra najwyższej próby. Zostało to wykonane w Pracowni Konserwacji Piotra Pelca we Wrocławiu.
Dlaczego zdecydowałyście się pokryć je płatkami srebra?
N.R.: W srebrze wszystko się dobrze odbija, również duchy przeszłości. Poza tym wygląda trochę jak powłoka lustrzana, choć nakładana jest milimetr po milimetrze. Ta skrupulatność to też hołd dla inżynierów, architektów, wszystkich, którzy konstruowali kryjówki. Czym one się różnią od pałaców? Jeden z ukrywających się nazwał je „pałacami przeżycia”. Piotr Pelc, który srebrzył te obiekty, opowiadał, że było to trudniejsze niż srebrzenie kościelnych ambon czy aniołów: trzeba było dotrzeć do zakamarków kory drzewa Józef, do każdego wyłomku w murze, do każdej szczelinki jaskini, kryjówki w piwnicy. Srebro matowieje, utlenia się. Przez kilka miesięcy robiliśmy próby, by srebro jak najlepiej odbijało światło. Te powierzchnie nie są polerowane, a więc trudne. Trudniejsze niż ołtarze.
A.J.: Kryjówki powstawały z myślą, że muszą być niewidzialne. I większość z nich nie doczeka się upamiętnienia w przestrzeni właśnie dlatego, że są ukryte, trudno dostępne. Natomiast te srebrne rzeźby są rodzajem pomnika dla determinacji tych, którzy w nich przetrwali. Zarówno kryjówki, jak i obiekty, które z nich wyciągnęliśmy, to są takie liche przedmioty. Mam poczucie, że obłożenie ich srebrem jest takim gestem wyniesienia, potęguje ich znaczenie.
Kto się ukrywał w tym drzewie?
N.R.: Dwóch mężczyzn, braci, którzy w lokalnej pamięci zapisali się jako Hymi. To drzewo zostało Europejskim Drzewem Roku. Tu widzimy nagranie wideo z procesu badania wnętrza drzewa kamerą endoskopową wprowadzoną do środka z wysokości mniej więcej siedmiu metrów. Udało nam się umieścić kamerę w Józefie wraz z dendrologiem. Ku naszemu zdziwieniu zobaczyliśmy w środku system schodów zbudowanych z desek, po których bracia się wspinali. Mamy tu, w Zachęcie, jedną z 14 desek. Mamy też ekspertyzy określające ich wiek oraz wiek metalowych klamer, na których się opierały.
A.J.: To bardzo skomplikowana technologia. Dzięki niej wiemy, że deski pochodzą z okresu nie późniejszego niż początek lat 40. W drzewie jest też kilkanaście klamer ciesielskich, na których schody są zamocowane. Odkryli to ludzie, którzy montowali tam kamerę.
N.R.: Wiedziałyśmy, że Hymi to nie jest żydowskie nazwisko. Dzięki lokalnej pamięci, lokalnym badaczom, archiwistom udało nam się ustalić, że bracia naprawdę nazywali się Denholzowie. Odnalazłyśmy córki jednego z nich, Dawida. Mieszkają w Nowym Jorku.
Zadzwoniłyście i co?
A.J.: Wielkie emocje.
N.R.: Przez pierwsze dwie minuty krzyczałyśmy ze szczęścia. One też. Starsza córka, Mania, mówi też w jidisz, Helen tylko po angielsku.
A.J.: Tu są skany dokumentów, które od nich otrzymałyśmy. Sprawdziłyśmy też, co się stało z rodzeństwem ich ojca i stryjka oraz ich rodzicami. Starałyśmy się zrekonstruować relacje rodzinne. Pokazałyśmy siostrom film z wnętrza drzewa. Chcą przyjechać do Wiśniowej, zobaczyć drzewo, które uratowało ich bliskich.
Dzięki temu drzewu one są, żyją.
A.J.: I one to wiedzą. Udostępniły nam potężne archiwa rodzinne. Również po polsku, w języku, którego nie rozumieją. My natomiast mamy wiedzę i pamięć lokalną ludzi, którzy dobrze pamiętają ich ojca i stryjka. Wysłały nam skany listów, zdjęć, dokumentów. Dzięki temu ta historia się dopełnia. Prawie wszystkie nasze kryjówki mają swoje cyfrowe zapisy, skany 3D. Wszystko dzięki współpracy z firmą Architube z Częstochowy, z geodetą Przymysławem Kluźniakiem. Każda z tych kryjówek została też przebadana geodezyjnie.
W jaskini Ozerna w obwodzie tarnopolskim ukrywało się kilkanaście osób.
N.R.: Rodzina Stermerów. Przemieścili się tam z jaskini Werteba, bo zostali zadenuncjowani. Musieli opuścić Wertebę, rozproszyli się i tylko część trafiła do Ozernej oddalonej o 10 km. Po drodze część zginęła.
A.J.: To jest skan 3D Ozernej. Sześć pięter w dół i 9 st. C. Stała temperatura.
N.R.: Zdecydowałyśmy, że te zapisy 3D zostaną udostępnione w domenie publicznej.
Jak zdjęcia z getta.
N.R.: Tak. Natomiast to są miejsca, które istnieją, ale do których bardzo ciężko wejść, a nawet tam trafić. Dzięki zapisom 3D ludzie mogą się o nich dowiedzieć. Proszę sobie wyobrazić te 9 st. C. To temperatura, która pozwala przeżyć, ale żyć w takim zimnie jest bardzo trudno. Ludzie, którzy się tam ukrywali, spali bardzo blisko siebie. Speleolog pokazywał nam przestrzenie, które były funkcjonalnie przypisane: miejsce, gdzie rodzina gotowała, w którym postawiono ściankę, by dym nie przedostawał się do innych pomieszczeń. Jeszcze widać sadzę. Dalej miejsce, gdzie spali, jedli. Ozerna, czyli Jeziorna, ma w sobie małe jeziorko - stąd nazwa. Dzięki temu był dostęp do wody pitnej. Tu mamy skan żarna, na którym rozgniatano zboże. Ono nadal tam jest i pozostanie, bo co jest w jaskimi, pozostaje w jaskini. Niczego nie można wynosić.
Mówicie o tym panie na chłodno, bez emocji. Ale przecież tam byłyście.
N.R.: Próbowałyśmy odseparować emocje. Byliśmy tam całą ekipą, mieliśmy rozdzielone zadania. Zejście do tej jaskini było bardzo trudne. Udało nam się dzięki miejscowym speleologom. Wycieczka zajęła prawie 11 godz. Odlew części jaskini musiał być zrobiony na miejscu.
Wojenna historia jaskini była znana.
N.R.: Rodzina Stermerów chroniła się w wapienno-gipsowej jaskini przez rok. Ta historia została już opowiedziana. Podobnie jak historia rodziny Chigerów, która ukrywała się we lwowskiej kanalizacji miejskiej.
Opowiedziana w filmie „W ciemności” Agnieszki Holland.
A.J.: A tu jest kryjówka, która mieści się na Cmentarzu Żydowskim przy ul. Okopowej w Warszawie. Tuż przed pandemią pojechałyśmy do Izraela. Udało nam się spotkać z Abrahamem Carmim, który przetrwał w tej cmentarnej skrytce. Opowiedział, jak to jest żyć we wnętrzu takiego miejsca. Ma ponad 90 lat i był w świetnej formie. Nagrałyśmy z nim rozmowę, która stanowi fragment naszej wystawy. Z tej kryjówki przeżyły dwie osoby. Zrekonstruowałyśmy, kto tam dokładnie był i kim byli ci ludzie. Stworzyłyśmy też projekt upamiętnienia tego miejsca zgodnie z życzeniami pana Carmiego.
N.R.: Każda z kryjówek, o której opowiadamy, jest pewnego rodzaju upamiętnieniem.
Ciężko jest materialnie upamiętnić jaskinię czy kanalizację.
N.R.: Ale kryjówkę na cmentarzu Żydowskim już można. Dlatego chcemy upamiętnić to miejsce trochę jak stanowisko archeologiczne. Idea jest taka, by przykryć ją grubą szybą i wypisać na jej krawędziach nazwiska osób, które w niej się ukrywały i przeżyły bądź zginęły.
A.J.: Głównie zginęły.
Będzie można na tej szybie stać?
N.R.: Tak. I zaglądać do środka. To skomplikowany, a zarazem piękny projekt inżynieryjny stworzony przez Kolektyw SENNA. Abraham Carmi nie chce żadnych gloryfikacji.
A.J.: Już zrobiłyśmy zabezpieczenie tego miejsca, żeby ziemia się nie osuwała.
Kiedy szłam do Zachęty, to myślałam, że będziecie kryjówki interpretować poprzez sztukę.
N.R.: Tak, ale to także projekt badawczy i naukowy. Sztuka jest tu dodatkową narracją, która go wspiera, wzmacnia. Ważna jest tu dla nas wiedza i jej zdobywanie. A rzeźby są komponentami całości. Wiele kryjówek jest jeszcze nieodnalezionych. Nie tak dawno Oleh Rybchynskyi z Wydziału Architektury Politechniki Lwowskiej odkrył miejsce w jednej z lwowskich kamienic. Znalezione tam obiekty są prawdopodobnie z końca lat 30. i początku 40. Oleh zauważył, że tę kryjówkę - małą wnękę w piwnicy - musiał wybudować ktoś, kto dobrze znał budynek. I że była budowana naprędce: zamurowano przejście, które historycznie prowadziło do innej kamienicy. Do ostatniej chwili przed otwarciem wystawy trwały prace z geologiem oraz z historykiem z Żydowskiego Instytutu Historycznego Matanem Shefim, które miały pomóc ustalić, kto w tej krajówce się chował. Dzięki liście mieszkańców kamienicy trafiłyśmy na ślad rodziny, która mieszkała w niej przed wojną i ukrywała się tam w czasie wojny. I wszystko wskazuje na to, że pan urodzony w 1941 r. chował się tam ze swoimi mamą i babcią. Ten człowiek żyje dziś w Izraelu. Był za mały, by pamiętać szczegóły. Natomiast na pewno pamięta samo ukrywanie się, strach. Jego rodzina nazywała się Backfeinowie.
A.J.: Tu prezentujemy znaleziska archeologiczne z tego miejsca. Przyjechały do nas, kiedy już trwała wojna w Ukrainie. Ważne jest dla nas, by pokazać, że ludzie ukrywali się zarówno przed Niemcami, jak i przed szmalcownikami i granatową policją. Te kryjówki dobrze pokazują skomplikowanie i złożoność losu Żydów w czasie II wojny światowej. Tu jest np. fragment nadproża z sekretnej obrotowej szafy w klasztorze w Jarosławiu. Siostry niepokalanki przechowywały dzieci żydowskie w różnych lokalizacjach w Polsce. Ale nie było wiadomo, jak te skrytki dokładnie wyglądały. W Jarosławiu siostry na początku wojny zbudowały schron. Są drzwi, za nimi szafa z półkami. Jak się pchnie tylną ścianę tej szafy, to widać zejście do piwniczki. I właśnie tam chowano żydowskie dziewczęta.
Siostry niepokalanki chętnie z paniami współpracowały?
N.R.: Po wielu próbach zgodziły się nam udostępnić kroniki klasztorne. Znalazłyśmy w nich nazwiska kilku dziewcząt. Nie wiemy jednak, jaką tożsamość wybrały w dalszym życiu, więc sprawa jest delikatna. Będziemy chciały badać ją dalej. Wiadomo, że był to tylko schron, w którym się ukrywano, kiedy przychodzili Niemcy albo ktoś postronny.
A.J.: Tu mamy szafę. Została znaleziona w prywatnym domu w Hucie Zaborowskiej pod Gostyninem. Widać napis: „Ta szafa jest moim mieszkaniem od dnia 21 lutego 1943 do dnia 25 kwietnia 1943”. Tu rysunek Żyda ciągnącego konia, drogowskaz do Palestyny i liczba kilometrów, która zgadza się z rzeczywistą odległością. Tu jest zamazana scena seksu, dalej są rozmaite rysunki, częściowo baśniowe. Tu jeszcze jakieś rzeczy do rozszyfrowania, zinterpretowania, ekspertyzy.
N.R.: Może zwiedzający natrafią na jakiś ślad, ktoś coś rozpozna. Tu jest do góry nogami napisane: „Przygody Tomcia Paluszki”. Prawdopodobnie w tej szafie ukrywał się kilkunastoletni chłopiec.
A.J.: W gospodarstwie, z którego pochodzi szafa, miała przebywać dwójka dzieci, w tym chłopiec o imieniu Jakub. Jesteśmy w procesie badań, próbujemy scalić i opowiedzieć tę historię.
Czyli przywracacie również pamięć, nie tylko opowiadacie o architekturze?
A.J.: Takie jest również nasze zadanie.
N.R.: Kiedy wojna się skończy, planujemy przenieść naszą wystawę do Lwowa. ©℗
Natalia Romik, badaczka, designerka i artystka. Obroniła doktorat z architektury na Bartlett School of Architecture UCL. Jej wystawę „Kryjówki. Architektura przetrwania” można oglądać w warszawskiej Zachęcie do 17 lipca Aleksandra Janus, muzeolożka, badaczka, antropolożka, doktor nauk humanistycznych, dyrektorka Centrum Cyfrowego. Wraz z Natalią Romik bada żydowskie kryjówki.

Przeczytałeś ten artykuł, zapraszamy do udziału w badaniu

Podziel się opinią na temat tekstów z Dziennika Gazety Prawnej. Wypełnij ankietę i odbierz prezent e-book: Kodeks Kierowcy. Zmiany 2022