Reklama
Debata o prawach kobiet to stały element życia politycznego Zachodu – w nowym roku będziemy zapewne świadkami jej kolejnych odsłon. Tymczasem odpowiedź na skomplikowane pytania bywa prosta. Nic nie daje lepszych gwarancji od godziwych dochodów, których nikt nie może odebrać. Każda szlachcianka mogłaby to potwierdzić.
Romantyczne oświadczyny
W pamiętnikach z podróży po Polsce Chevalier de Beaujeu (historycy podejrzewają, iż pod tym pseudonimem ukrywał się sekretarz królowej Marysieńki, Franciszek Paulin Dalerac) opisał wiele egzotycznych dla Francuza zwyczajów. Jednym z nich były zaślubiny „panien zaszczytnie urodzonych i innych szlachcianek”, w których chętnie brali udział Jan III Sobieski i Maria Kazimiera.
Król i królowa asystowali przy oświadczynach jako świadkowie. „W kilka dni potem narzeczony przysyła pannie prezent oraz toaletę przez paziów lub inne przeznaczone do służenia jej osoby, ubrane tak strojnie, jak tylko można wymarzyć” – relacjonował de Beaujeu. Wreszcie nadchodził dzień ślubu. „Narzeczeni otrzymują błogosławieństwo w obecności Królewskich Mości, którzy następnie prowadzą ich do kaplicy, gdzie odbywa się uroczystość zaślubin, a po nich wszyscy znoszą ze stoicyzmem szaleństwo dwudziestu oratorów, ogłupiających zebranych własnymi hymnami wierszem i prozą, co trwa całymi godzinami” – opisywał. Potem wystawna uczta, toasty i tańce do rana. Chwila odpoczynku i „w tym samym miejscu odbywa się uroczystość podobna w każdym calu do poprzedniej, z drugą równie wspaniałą ucztą” – uzupełniał de Beaujeu. Wreszcie robiono przerwę na wręczanie przez gości prezentów młodej parze „z przepychem i ostentacyjnie”.
I w tym momencie z romantycznymi uniesieniami splatała się proza życia. „Ceremonia taka trwa również trzy do czterech godzin, ponieważ spisuje się wszystkie, przeznaczone wyłącznie dla panny młodej, dary, których wartość w biżuterii czy srebrze sięga często 10–12 tys. talarów” – informował de Beaujeu.
Listę prezentów jedynie dla panny młodej sporządzano ze szczególną starannością, bo stawały się one częścią jej majątku osobistego. On zaś był dla żony atutem, który rozumnie używany, stanowił gwarancję bezpieczeństwa, swobody, a czasami dominacji nad małżonkiem.
Panna z posagiem
W XIX w. kobiety w krajach Zachodu, zanim otrzymały prawa polityczne, toczyły boje o uzyskanie gwarancji, że po wyjściu za mąż zachowają możność posiadania odrębnego dochodu oraz majątku. Czymkolwiek dysponowały, stawało się bowiem automatycznie własnością męża. A kiedy on umierał, nie oznaczało to, że głównym spadkobiercą zostawała wdowa. Ruch sufrażystek, który narodził się w USA i Wielkiej Brytanii, swoje początki wiązał z walką o radykalną zmianę praw majątkowych, by kobiety otrzymały gwarancje do osobistej własności.
Tymczasem w Rzeczypospolitej od XV w. taki przywilej stanowił oczywistość. Rzeczą powszechną wśród szlachty było spisywanie intercyzy, będącej pakietem socjalnym, gwarantującym żonie niezależność. „Przeważającą większość zachowanych aktów przedślubnych stanowią umowy sporządzone przez rodziców bądź opiekunów panien, które zawarli oni z wybranym przez siebie kandydatem” – opisuje w książce „Panieńskie ochędóstwo” Anna Penkała. „Nadrzędnym celem było właściwe zabezpieczenie majątku panny, wyraźne określenie powinności jej przyszłego męża oraz wskazanie zasad użytkowania majątku po śmierci jednego z małżonków” – uzupełnia. Oprócz intercyzy narzeczony podpisywał też wykaz osobistej biżuterii i klejnotów przyszłej żony. Ich też nie miał prawa tknąć bez zgody zainteresowanej. W kolejnym aneksie określano wysokość wiana, czyli jaka część majątku męża przypadnie małżonce, jeśli ta go przeżyje. Tradycja nakazywała, by wiano było trzy razy większe od posagu i obejmowało dwór lub zamek, gdzie wdowa mogłaby zamieszkać.
Zabezpieczony intercyzą posag do końca życia pozostawał własnością kobiety i mąż mógł z niego skorzystać jedynie po otrzymaniu pisemnej zgody żony. Zdarzało się, że małżonkowie próbowali różnymi sposobami obchodzić zapisy, co zawsze groziło głośnym skandalem. W 1705 r. salony oburzył postępek księcia Jana Mikołaja Radziwiłła, który zaraz po ślubie z Dorotą Przebendowską podsunął jej do podpisania dokument zawierający zapis, iż przekazuje mu prawo do dysponowania jej posagiem. Książę chciał w ten chytry sposób zdobyć środki na spłacenie długów. Jednak nieufna małżonka pokazała dokument ojcu, podskarbiemu wielkiemu koronnemu Janowi Jerzemu Przebendowskiemu, który przejrzał podstęp. Po tak wielkim rozczarowaniu świeżo poślubiona żona wszczęła sprawę rozwodową (np. Brytyjki prawo do rozwodu uzyskały w 1857 r. i to jedynie z dwóch powodów: okrucieństwo małżonka oraz popełnienie przez niego bigamii). W pozwie pani Dorota oskarżyła księcia Radziwiłła nie tylko o oszustwo, lecz także o uporczywe uchylanie się od wypłacania jej zagwarantowanej intercyzą pensji.
Taki dochód gwarantowany żony nie był wówczas niczym nadzwyczajnym. W zamian za codzienne doglądanie gospodarstwa domowego szlachcic zobowiązywał się do wypłacania żonie poborów. Dokument określał ich roczną kwotę. Zazwyczaj przekazywano je w dwóch transzach: 6 stycznia, w święto Trzech Króli, oraz 24 czerwca – na św. Jana. Jeśli małżonka nie była osobą rozrzutną, mogła tak powiększać zasoby finansowe. Ewentualnie za zgromadzoną gotówkę kupić dla siebie majątek. W momencie rozwodu, czy nawet separacji, to, co posiadała, zawsze zostawało przy niej. Mąż zyskiwał prawo do własności współmałżonki jedynie w wypadku jej śmierci i to pod warunkiem zapisu w intercyzie lub posiadania wspólnych dzieci. Gdy takowych nie spłodzono, a małżonka nie uczyniła go spadkobiercą, wówczas posag wracał do rodziców lub rozdzielano go pomiędzy krewnych żony.
Małżonka aktywna społecznie
Po ślubie na kobiety spadały obowiązki związane z codziennym funkcjonowaniem domu, przy czym te zamożniejsze zajmowały się głównie zarządzaniem służbą, na którą cedowano nawet opiekę nad dziećmi. Tych zazwyczaj było sporo, bo wśród grup społecznych zamieszkujących Rzeczpospolitą szlachta wyróżniała się największą dzietnością. Statystyczna rodzina dochowywała się czwórki potomstwa, przy czym kobiety rodziły jeszcze częściej, lecz średnio ok. 25 proc. noworodków nie dożywało wieku dorosłego.
Dodatkowe zajęcia pojawiały się wówczas, gdy mąż wykazywał ambicje do robienia kariery publicznej. „Obowiązki polityczne często rozdzielały małżonków na tygodnie, a nawet miesiące. Już sam wyjazd (…) na dwór królewski czy sejm lub Trybunał Koronny wiązał się z dłuższą nieobecnością. Kobiety przejmowały wtedy obowiązki mężczyzn” – opisuje w opracowaniu „Aktywność polityczna wielkopolskich szlachcianek w XVIII wieku” Agnieszka Jakuboszczak. Panie przez długie okresy rozłąki zarządzały całym majątkiem, nabierając w tym sporego doświadczenia. Wywierało to duży wpływ na to, do kogo w domu należał głos decydujący. „Żona kroczyła ścieżką wyznaczoną przez kolejne urzędy i funkcje męża, choć trzeba przyznać, że czasem to ona określała drogę, jaką obierała głowa rodziny” – podkreśla Jakuboszczak.
Dla najbardziej ambitnych pań stawało się to przepustką do włączenia się w życie polityczne kraju. „Teoretycznie ustrój państwa uniemożliwiał kobietom czynny udział w życiu parlamentarnym. W wieku XVII coraz częściej jednak szlachcianki pojawiały się na sejmach. Początkowo w roli obserwatorek, z czasem bywało, że brały w nich czynny udział wbrew ustanowionemu prawu” – podkreśla w opracowaniu „Polskie badania nad aktywnością polityczną kobiet w epoce nowożytnej” Dorota Wiśniewska. „Były też obecne w czasie obrad trybunałów, na których rozstrzygały się spory między największymi rodami w Rzeczypospolitej” – dodaje.
Najwięcej do powiedzenia w polityce miały kobiety wywodzące się z wielkich rodów: Radziwiłłów, Potockich, Sapiehów, Zamoyskich, Czartoryskich. Ale i zwykłe szlachcianki potrafiły odcisnąć piętno na bieżących wydarzeniach. Prof. Maria Bogucka w opracowaniu „Kobiety w polityce. Przypadek Polski XVI–XVIII w.” opisała m.in. dramatyczny przebieg sejmu w marcu 1672 r. Zebrał się on dla uchwalenia podatków na wojnę z Turcją – obrady o mały włos nie zostały zerwane „przez panią Kunicką, która zażądała wyrzucenia z sali senackiej wojewody sieradzkiego Feliksa Potockiego, bo miał zatrzymać dwóch zbiegłych poddanych szlachcianki i odmówił ich zwrotu pomimo wyroku sądu”.
Rozzłoszczona kobieta wykrzyczała do króla Michała Korybuta Wiśniowieckiego: „To nie jest sprawiedliwość, którą Wasz Królewski Majestat nam obiecał”. „Jej słowa wyraźnie wskazują, że pani Kunicka uważała się za pełnoprawnego członka szlachty, i wierzyła, że polski system prawny i polityczny gwarantuje równe prawa osobom płci męskiej i żeńskiej” – pisze Bogucka. Tak przygwożdżony wojewoda usiłował chyłkiem wymknąć się z sali, kryjąc się w grupie biskupów. „Pani Kunicka dogoniła go i zażądała zawieszenia debaty, co oznacza, że chciała skorzystać z prawa liberum veto” – pisze Bogucka. Zamieszanie udało się opanować królowi i kilku senatorom. Pod ich presją Feliks Potocki zobowiązał się wypłacić pokrzywdzonej kobiecie 2 tys. zł polskich odszkodowania oraz wziąć na siebie wszystkie koszty sądowe.
„Dwa dni później pewna pani Blomberk, zachęcona przykładem Kunickiej, wystąpiła przeciwko marszałkowi (sejmu – red.) Radziwiłłowi” – kontynuuje Bogucka opis perypetii pań, które zjawiały się w polskim parlamencie, aby załatwiać tam palące dla nich sprawy.
Szczęśliwie rozwiedzione
„Rozwód nie był rzeczą obcą społeczeństwu szlacheckiemu” – zauważa Jan Bystroń w „Dziejach obyczajów w dawnej Polsce”. Gdy z powodu reformacji w XVI stuleciu pozycja Kościoła katolickiego została w Rzeczypospolitej mocno osłabiona, rozwody zdarzały się coraz częściej. Sto lat później Wacław Potocki narzekał, iż jest rzadkością „jeśli bez rozwodu stadło (rodzina – red.) ze sobą dożyje”.
Poeta przesadzał, acz kończenie z hukiem małżeństwa przez charakterną niewiastę szokowało wówczas jedynie cudzoziemców. „Udowodnienie zdrady małżeńskiej jest uznawane za prawną przyczynę rozwodu, ale w zasadzie wystarczy nie więcej niż niezgodność charakteru, niechęć czy znużenie” – opisywał, nie kryjąc zdumienia Nathaniel W. Wraxall we „Wspomnieniach z Polski”. „Wprost boję się mówić o tym, co widziałem i wiem na ten temat, tak nieprawdopodobnie to wygląda” – podkreślał Anglik.
Oto Karol Stanisław Radziwiłł, znany pod przezwiskiem „Panie Kochanku”, za sprawą licznych zajazdów urządzanych na majątki sąsiadów, zyskał sławę budzącego postrach awanturnika. Rozzuchwalony bezkarnością zadarł w końcu z żoną, Teresą Karoliną z Rzewuskich. Latem 1765 r. przestał wypłacać jej pensję, być może dlatego, że wyprowadziła się do Warszawy. Odcięcie od dochodu rozeźliło małżonkę, która zabrawszy liczną służbę Rzewuskich, wyprawiła się do Nieświeża. Książę, ostrzeżony zawczasu, ukrył się w klasztorze Franciszkanów. Nie mogąc odnaleźć małżonka, pani Teresa nakazała służbie wejście do dóbr ziemskich Radziwiłła i dokonała konfiskaty należnej jej kwoty. A po powrocie do Warszawy zaciągnęła kredyt, wystawiając weksel z zapisem na majątek Radziwiłłów. Jako że mąż nadal uparcie odmawiał wypłaty jej pensji, historia powtarzała się wielokrotnie. W końcu książę wszczął w 1782 r. sprawę rozwodową. W pozwie oskarżył małżonkę o to, że go porzuciła, zadłużyła oraz nie może mieć dzieci. „Księżna dała odpowiedź, że była zmuszona zaciągać długi, gdyż nie miała pieniędzy na życie, a z Karolem nadal pragnie w zgodzie prowadzić szczęśliwy żywot małżeński” – opisuje w opracowaniu „Rozwody w rodzinach magnackich w Polsce w XVI–XVIII wieku” Iwona Kulesza -Woroniecka. Śmiertelnie skłóceni małżonkowie procesowali się przez siedem lat, nim zawarli ugodę. Teresa Karolina zgodziła się na rozstanie w zamian za okrągły milion złotych odszkodowania.
O rozwody wnosiły również niżej urodzone panie – tak było w przypadku Teofili z Działyńskich Szołdrskiej. Gdy została wdową w wieku 23 lat, przez dekadę zajmowała się synem i odziedziczonym po mężu majątkiem. „W tym okresie działała bardzo aktywnie w obronie swojej fortuny, walcząc z zakusami krewnych męża” – opisuje Agnieszka Jakuboszczak. Ale ponowny ożenek w 1748 r. przyniósł jej rozczarowanie. Dlatego szybko złożyła pozew rozwodowy. „Również Potulicki miał być zawiedziony, gdyż oczekiwał, że przejmie kontrolę nad majątkiem właścicielki Kórnika, która nie wypuszczała jednak interesów z rąk” – wyjaśnia Jakuboszczak. Zamiast pieniędzy żona pokazała mężowi drzwi – nie dostał ani grosza. Rozwódka zaś, pozbywszy się kłopotu, kontynuowała pomnażanie posiadanej fortuny.
Nieograniczone możliwości wdów
Prawa panien, małżonek i rozwódek w Rzeczypospolitej wprawiały przybyszy z krajów zachodnich w zdumienie. Ale to, na co mogły sobie pozwolić wdowy, przechodziło zdolność pojmowania obcokrajowców. „Podstawowym gwarantem majątkowego zabezpieczenia na wypadek wdowieństwa były zapisy wiana, które potwierdzano poprzez osobny wpis do ksiąg sądowych. Po śmierci męża kobieta mogła też ubiegać się o te dobra, które zostały uzyskane w trakcie trwania małżeństwa – a więc o tak zwany stolec wdowi. Interesy majątkowe kobiet były również chronione zapisami zwalniającymi wdowę z konieczności spłacania długów małżonka” – wylicza Anna Penkała. „Najwięcej korzyści zapewniała jednak wzajemna umowa dożywocia, do której spisania wielu małżonków zobowiązywało się już w kontrakcie przedślubnym. Gwarantowała ona każdej ze stron możliwość dożywotniego użytkowania całości dóbr po śmierci współmałżonka” – dodaje. W efekcie co bardziej przedsiębiorcza żona w momencie śmierci męża przejmowała w posiadanie rodzinny majątek. A jeśli małżonkowie spłodzili dzieci, wdowa decydowała o ich uposażeniu. Tymczasem z powodu częstych wojen oraz różnicy wieku między małżonkami wdowieństwo było wówczas wśród pań stanem powszechnym.
To z kolei otwierało rozliczne możliwości. Każda majętna wdowa mogła sobie bez problemu zafundować nowego męża, nawet sporo od niej młodszego. Acz musiała pamiętać, że wybranek nie jest bezinteresowny. Należało zatem odpowiednio zabezpieczyć się prawnie, nim przed ołtarzem powiedziało się „tak”. Elżbieta Anna z Frąckiewiczów Firlejowa, dwa lata po śmieci męża w 1700 r., zdecydowała się poślubić Stanisława Władysława Potockiego. Choć narzeczony pochodził ze znakomitego rodu i tak wszczęła długie negocjacje dotyczące treści przedślubnego kontraktu. Ostatecznie w zamian za jej rękę oraz prawo do dziedziczenia majątku (w razie gdyby Elżbieta Anna umarła pierwsza) Potocki zgodził się oddać żonie w dzierżawę posiadane przez siebie starostwa hrubieszowskie i lutyńskie.
Inną drogę wybrała księżna Anna z Sapiehów Jabłonowska. Po 14 latach małżeństwa z o wiele od siebie starszym Janem Kajetanem Jabłonowskim owdowiała. Mogąc bez kłopotu wybrać sobie kolejnego męża, wolała zająć się swoim pasjami: nauką, polityką i biznesem. W Siemiatyczach otworzyła piękną oranżerię, laboratorium badawcze i wystawę historii naturalnej ze ściągniętymi z całego świata okazami fauny i flory. O jej przyjaźń zabiegali wszyscy przedstawiciele ówczesnych elit na czele z królem Stanisławem Augustem Poniatowskim. Obcokrajowców zaskakiwała oczytaniem, wiedzą oraz płynną znajomością francuskiego, niemieckiego, angielskiego i łaciny.
Jednak najbardziej imponowała ludziom interesu – tym, jak potrafiła pomnażać majątek oraz trzymać twardą ręką poddanych. Należące do niej Siemiatycze oraz okoliczne miasteczka i wsie uczyniła miejscami, w których panował porządek. Anna Jabłonowska osiągnęła to, ogłaszając kolejne uniwersały, dokładnie regulujące prawa i obowiązki poddanych, a następnie je egzekwując. Burmistrzom, wójtom i członkom rad miejskich zakazała łączenia kilku urzędów w jednym ręku, by ukrócić korupcję i lekceważenie służbowych obowiązków. Jeśli ktoś chciał się wyprowadzić z należących do niej miejscowości, musiał sprzedać posiadaną nieruchomość, a jedną szóstą uzyskanej kwoty wpłacić do specjalnej kasy. Mógł ją odebrać, jeśli wróciłby w ciągu trzech lat. Po tym terminie cała suma przechodziła do budżetu miejscowości. Wszelkie zrzeszenia handlowe zostały poddane nadzorowi urzędników księżnej, pilnujących, by ich członkowie rzetelnie wywiązywali się ze wszelkich zobowiązań. Za uchybienia groziła delikwentowi kara do trzydziestu batów.
Jeszcze mniej tolerancji wykazywała Jabłonowska dla poddanych naruszających jej prawo propinacyjne, czyli monopol na produkcję i dystrybucję alkoholi do karczm. A czynili to, kupując i konsumując piwo lub gorzałkę w miejscowościach znajdujących się poza ziemiami należącymi do księżnej. W sporządzonym przez siebie uniwersale poinformowała, że „surowym wydałam rozkaz na tych, którzyby ważyli do cudzych karczem jeździć, pić i cudze trunki podwozić, te u siebie mieć albo przechowywać”. Każdemu, kto śmiałby złamać ten zakaz, Jabłonowska gwarantowała wysoką grzywnę oraz sto batów. Równocześnie, żeby skuteczniej tropić miłośników obcych trunków, obiecywała tajnym informatorom nagrodę w wysokości 8 zł za potwierdzony donos. Żaden z wcześniejszych właścicieli dóbr Jabłonowskich nie wzbudzał tam takiego respektu, co owdowiała księżna. Ta zaś pełnymi garściami czerpała korzyści z tego, iż w Rzeczypospolitej szlacheckiej najbardziej opłacało się być majętną młodą wdową. ©℗