Jacek kleyff, wolny twórca w paru dziedzinach. Współtwórca teatrzyku Salon Niezależnych i Orkiestry Na Zdrowie. W PRl-u, z powodu objęcia cenzurą, miał zakaz występowania

Z Jackiem Kleyffem rozmawia Konrad Wojciechowski
Pan chyba nie lubi określenia „bard”?
Nie bardzo. Bo to takie „przeuroczystościowane”, pompatyczne. Mam taką fraszkę, mogę?
Pewnie.
„Przepastna ballada dobiega końca / Bard artysta nylon po gitarze strąca / Nie czuje widowni, co jest wychodząca /…bo schylon”.
Czyli artysta niepomnikowy?
Nie wiem, nie znam się.
Pytam, bo pewien dziennikarz napisał po koncercie, na którym pan wystąpił („Chopin też był uchodźcą”), że „szumne autorytety są puste w środku jak sowieckie pomniki”. To o panu?
Ja tam na Nowym Świecie wystąpiłem jedynie jako akompaniator muzyczny z Nastą Niakrasavą – artystką śpiewającą po białorusku „Mury”. Jesteśmy scaleni w jednym projekcie scenicznym. Poproszono o te „Mury”, więc wykonaliśmy, ale niczego od siebie nie śpiewałem, więc jakim „autorytetem”? Aczkolwiek Chopin rzeczywiście był uchodźcą, Norwid był uchodźcą. Mnóstwo Polaków dostawało nowe miejsce do życia. Ale jednak, kiedy wielu naszych rodaków wyjeżdżało z PRL-u do Niemiec Zachodnich lub Francji, nie byli tak kulturowo i religijnie wyobcowani jak obecni uchodźcy w Polsce, którzy przybywają do nas z kompletnie innego świata. Dlatego statystyczny Polak czuje przed nimi strach, a populiści na tym żerują i podgrzewają te emocje.