Reklama
Z prognozy Głównego Urzędu Statystycznego opublikowanej w 2004 r. wynika, że w 2021 r. Polska powinna mieć 37,1 mln mieszkańców. W rzeczywistości – według oficjalnych danych GUS na 31 grudnia 2020 r. – jest nas 38,27 mln. To jedynie nic nieznacząca pomyłka?
To bardzo duży błąd, biorąc pod uwagę, że od momentu tworzenia prognozy minęło tylko 17 lat.
Od 20 lat podkreśla się, że kraj jest w zapaści demograficznej. A nas wciąż jest ponad 38 mln, czyli tyle samo, ile 20 czy 30 lat temu. To może nie warto się aż tak przejmować prognozami? Może w 2050 r. będzie nas dużo więcej niż przewidywane 34 mln?
Przy prognozowaniu stąpamy po cienkim lodzie, bo konieczne są rzetelne dane wyjściowe, a te można pozyskać tylko dzięki spisowi powszechnemu. Sądzę, że już na tym etapie twórcy tego modelu mogli mieć problem. Ale warto dobrze też rozumieć cel, w jakim w ogóle się tworzy takie prognozy. Paradoksalnie nie zawsze mają one pokazać, co stanie się w przyszłości na 100 czy 80 proc. Przede wszystkim mają uzmysłowić, co nastąpi, jeśli w danej perspektywie nie zmienią się żadne elementy, które decydują o sytuacji demograficznej, czyli natężenie płodności, umieralności i migracji. Umożliwiają także sprawdzenie efektów działań, jeśli sami pomanipulujemy wskaźnikami, np. umożliwimy w szerszym zakresie migrację. W tym sensie prognozy mają wskazywać, co trzeba zrobić dziś, bo jeśli nic się nie zmieni, czekają nas określone konsekwencje. Nie chcę w ten sposób ograniczać naszej odpowiedzialności, czyli osób, które starają się tworzyć modele. Powinniśmy przyjmować założenia, które są najbardziej prawdopodobne.
Co poszło nie tak, jak się spodziewano, w ciągu ostatnich 17 lat?
Błąd w tej prognozie mógł wynikać z dwóch elementów. Aby ją stworzyć, potrzebna jest wartość wyjściowa, czyli rzetelna informacja o aktualnej liczbie ludności w podziale na wiek, płeć i w rozkładzie regionalnym. W 2011 r. był spis powszechny, który w znaczący sposób skorygował liczbę ludności Polski. Stąd może wynikać różnica między prognozą a rzeczywistością. Drugim źródłem błędu mogły być migracje: zarówno przyjazdy do Polski, jak i wyjazdy z kraju. Bo one nie są prawidłowo odzwierciedlone w statystyce publicznej. W rejestrze PESEL odnotowujemy jedynie osoby, które się wymeldowały ze stałego pobytu w Polsce z zamiarem wyjazdu za granicę. A wiele osób wyjeżdża przecież bez wymeldowania. Podobny problem dotyczy imigrantów. Przyjeżdżający do Polski nie zawsze muszą się meldować na pobyt stały, bo nie zawsze mają prawo stałego pobytu. Niektórzy przebywają jedynie czasowo.
Co w takim razie oznacza stwierdzenie, że ludność Polski wynosi 37 lub 38 mln? To liczba osób, które rzeczywiście przebywają na terenie kraju?
Omawiana prognoza dotyczyła kategorii „ludności faktycznie zamieszkałej”, która – wbrew nazwie – wcale nie odzwierciedla rzeczywistej liczby osób mieszkających w Polsce. Wlicza się bowiem do niej osoby przebywające długotrwale za granicą, a nie wlicza tych, którzy przyjechali z zagranicy i przebywają tu długotrwale, czyli co najmniej rok. Bardziej miarodajna jest kategoria „ludności rezydującej”, bo uwzględnia osoby długotrwale przebywające w Polsce bez względu na ich status administracyjny, a nie powinna obejmować osób, których długotrwale w kraju nie ma. GUS został zobowiązany do cyklicznego przygotowywania prognozy dla tej kategorii. Pierwsze szacunki powstały dla roku 2015 i od tego momentu urząd je aktualizuje, ale ponownie sięgając do spisu powszechnego z 2011 r., który nie odzwierciedlił migracji międzynarodowych w sposób – cytuję GUS – „zadowalający”. Czyli sam urząd statystyczny przyznaje, że migracje nie są prawidłowo monitorowane.
Ile zatem wynosi „ludność rezydująca”?
Według danych na 31 grudnia 2020 r. to 37,84 mln osób. Moim zdaniem to szacunek zawyżony. Uwzględnia bowiem duży udział emigrantów z Polski – na skutek nieprawidłowego monitorowania wyjazdów z kraju. Z moich wyliczeń wynika, że w rzeczywistości w Polsce mieszka 37 mln, może nawet nieco poniżej 37 mln osób, ale bez uwzględnienia znaczącej imigracji, która nastąpiła w trzech ostatnich latach. Chodzi o przyjazdy do Polski bez regulacji pobytu stałego.
Czy da się zatem zebrać dane na tyle wiarygodne, aby móc rzetelnie prognozować rzeczywistą liczbę ludności?
Nie bez powodu szacunki liczby ludności Polski i migracji, które tę liczbę zaburzają, są niezadowalające. Niezwykle trudno wykonać badanie, które oddałoby stan rzeczywisty. Spis z 2002 r. miał jeszcze charakter powszechny – rachmistrzowie chodzili od domu do domu i mieli obowiązek imiennego identyfikowania osób i ich spisywania. Jeśli więc ktoś był długotrwale za granicą, to nie było możliwości, aby spisać tę osobę jako obecną w kraju, o ile rachmistrzowie sumiennie realizowali swoje zadania. Taki spis to operacja długotrwała i kosztowna, więc niestety coraz częściej zarzuca się ten tryb realizacji.
Rozumiem, że spisy nie są tak rzetelne, jak mogłyby być?
Niestety tak. Oczywiście spis z 2002 r. też nie był pozbawiony wad – były małe możliwości weryfikacji tego, czy rachmistrz działał prawidłowo, a osoby, które deklarowały stan osobowy w danym gospodarstwie domowym, mówiły prawdę. Są jednak kraje, które sobie lepiej radzą z szacowaniem i prognozami. Łączą w tym celu rejestry ludności z rejestrem ubezpieczeń społecznych, co umożliwia monitorowanie wyjazdów i przyjazdów. Pamiętajmy, że większość obywateli ma uregulowany status w zakresie ubezpieczenia zdrowotnego – jako pracujący, bezrobotni, członkowie rodziny. Jeśli wyjeżdżają do pracy za granicę, to muszą zgłosić ten fakt, aby można było ustalić, w którym państwie płacą składkę. Tak nad prognozami pracują nie tylko państwa dużo bardziej zamożne od Polski, z zaawansowanym poziomem służb publicznych. Dobrym przykładem jest Litwa, w której na podstawie rejestrów szacuje się liczbę migrantów i rzeczywisty stan liczby ludności.
A to kraj mający ogromny problem demograficzny, bo w ostatnim 30-leciu odnotował ubytek jednej czwartej ludności.
Kraj ten mierzy się z emigracją w dużej skali, ale w najbliższym czasie musi liczyć się też z wzrastającą imigracją, choćby z sąsiedniej Białorusi.
Z Białorusią sąsiaduje też Polska i ostatnie wydarzenia związane z uchodźcami na granicy wskazują, że również musimy liczyć się z napływem imigrantów. Jesteśmy na to gotowi?
U nas pokutuje syndrom Polski resortowej. Część uprawnień i kompetencji w zakresie migracji jest w jednym urzędzie, pozostałe w innych, a współpraca między nimi nie zawsze się układa. Sytuacja w tym względzie się poprawia, ale powoli. Na przykład Straż Graniczna, która monitoruje przyjazdy i wyjazdy z kraju, będzie miała w najbliższym czasie dostęp do bazy danych ZUS. Czyli będzie wiedziała, czy ktoś odprowadza w Polsce składki i jak długo. Nie chodzi tu o śledzenie obywateli RP lub cudzoziemców, lecz o zdiagnozowanie sytuacji i statusu danej osoby, które jest nam potrzebne. Ale z drugiej strony w ostatnim czasie pojawiła się też zapowiedź likwidacji departamentu analiz i polityki migracyjnej w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji. To symbolizuje nasze – co najmniej ambiwalentne – podejście do kwestii migracji. Pamiętajmy, że coraz więcej cudzoziemców przebywa w Polsce na pobycie czasowym, według ostrożnych szacunków to ok. 1 mln osób. Nie zawsze ubiegają się o pobyt stały, ale pracują tu czasowo i odprowadzają składki. Z wielu powodów, choćby ekonomicznych lub bezpieczeństwa, trzeba monitorować to, co dzieje się na terytorium RP.
Ilu imigrantów jest teraz w Polsce?
450 tys. osób przebywa na pobycie stałym. To jedynie twarde statystyki. Łącznie na podstawie wielu baz danych – PESEL, ZUS, Urzędu ds. Cudzoziemców – całkowitą liczbę cudzoziemców szacowano pod koniec 2019 r. na 2,1 mln, ale w ciągu pierwszych fal pandemii spadła ona o ok. 10 proc. Moim zdaniem realnie można mówić o 1,5 mln obcokrajowców. Problem z tymi szacunkami ma nie tylko GUS, ale i analitycy. Wynika to ze strategii migracyjnych.
Czyli z charakterystyki pobytów i pracy cudzoziemców w Polsce?
Ta migracja jest płynna. Cudzoziemcy, np. Ukraińcy, przyjeżdżają do Polski na trzy miesiące, następnie na kilka miesięcy wracają do ojczyzny, po czym znów przyjeżdżają. Wynika to z bliskości geograficznej i łatwości przekraczania granicy. Migracje te miały taki wahadłowy charakter już pod koniec lat 90. i w pierwszej dekadzie XXI w. I wciąż zachowana jest ta specyfika. Z tego powodu mamy problem z rzeczywistym ustaleniem liczby osób przebywających w Polsce. Doprecyzuję, że do wspomnianego szacunku 1,5 mln cudzoziemców wlicza się osoby, które są na przemian u nas i w kraju pochodzenia.
Gdyby nie ta imigracja, to w Polsce mieszkałoby teraz te prognozowane 37 mln, a nie 38 mln osób?
Tak, możliwe że nawet mniej. Kategoria „ludności rezydującej” maleje od końca lat 90. To pewnik i warto to podkreślić, choćby w kontekście wcześniejszego pytania o to, czy aby na pewno grozi nam ubytek ludności. Niewiele się o tym mówi, bo w Polsce trzymamy się z uporem maniaka niemiarodajnej kategorii „ludności faktycznie zamieszkałej”, która nie uwzględnia emigracji z Polski i imigracji do niej, więc z „faktycznością” nie ma wiele wspólnego. Bez wątpienia można mówić o zjawisku depopulacji, które będzie się pogłębiać.
Rosnąca liczba cudzoziemców nie zneutralizuje tego procesu?
Nawet jeśli przyjazdy z Ukrainy utrzymają się na obecnym poziomie, a ich specyfika się zmieni i imigranci będą coraz częściej zostawać w Polsce na stałe, i tak nadal będziemy mieć regres demograficzny. Wynika to z innego czynnika – płodności. Aby dochodziło do pełnej zastępowalności pokoleń, czyli aby liczba ludności nie spadała, wskaźnik dzietności ogólnej powinien wynosić co najmniej 2,1 dziecka na kobietę. W Polsce wskaźnik jest poniżej tej wartości od początku lat 90. To oznacza, że w wieku reprodukcyjnym są już osoby z generacji, która jest mniej liczna od pokolenia rodziców. Czyli rodzi się jeszcze mniej dzieci, bo jest mniej osób w wieku reprodukcyjnym. Ta spirala się nakręca.
Nawet jeśli wskaźnik dzietności już nie spada, tylko utrzymuje się na niskim poziomie ok. 1,4 dziecka na kobietę, to i tak będzie się rodzić coraz mniej dzieci.
Na dodatek proces ten pogłębiła emigracja z Polski po akcesie do UE. Szacuje się, że liczba urodzeń byłaby wyższa o ok. 10–12 proc., bo za granicę wyjechały głównie osoby młode, w wieku 20–30 lat. Niezależnie, ilu byśmy sprowadzili cudzoziemców, oni nie nadrobią spadku płodności. Na dodatek obcokrajowcy też nie posiadają licznego potomstwa. Ukraina odnotowuje niski wskaźnik dzietności. To wyrwa pokoleniowa, której nie zasypiemy.
Z migracją mamy też inny problem – kulturowo-społeczny. Z jednej strony rząd chwali się, że w ostatnich latach Polska przyjęła największą liczbę imigrantów spośród wszystkich państw UE, a z drugiej – demonizuje przyjeżdżających i zapowiada, że będzie chronić przed nimi RP. Czy my w ogóle prowadzimy jakąś rozsądną politykę migracyjną?
Spójrzmy na stan faktyczny. Wobec cudzoziemców zza wschodnich granic wprowadziliśmy zasadę, że mogą przyjeżdżać na okres kilku miesięcy, np. na podstawie oświadczenia pracodawcy z Polski o chęci zatrudnienia. Przy czym pracodawcą może być każdy, choćby gospodarstwo domowe może chcieć zatrudnić gosposię lub opiekunkę. To, czy praca jest świadczona zgodnie z oświadczeniem, nie jest weryfikowane. To bardzo liberalne zasady i dzięki temu przyjechały do Polski setki tysięcy osób ze Wschodu. Wynikało to z interesu polskich pracodawców, w tym przede wszystkim z określonych sektorów, np. budownictwa, rolnictwa, sadownictwa, które by sobie nie poradziły bez taniej i elastycznej siły roboczej. Na tym polega ten fenomen, bo gdy pracownicy z zagranicy nie są potrzebni, a we wspomnianych sektorach zapotrzebowanie jest sezonowe lub zależne od koniunktury, mogą oni wrócić do ojczyzny i przyjechać do Polski, gdy znów będą potrzebni. Czyli mamy rzeszę ludzi, którzy są pracownikami na zawołanie. Dodatkowo sytuacja gospodarcza w drugiej dekadzie XXI w. była dobra i imigracja ze Wschodu stała się coraz bardziej zjawiskiem masowym, długookresowym i powszechnym. W tym znaczeniu rzeczywiście jesteśmy krajem UE, który wydaje najwięcej obecnie zezwoleń na pobyt i pracę obywatelom z państw trzecich. I na taki model w zasadzie jest ciche przyzwolenie nie tylko biznesowe, ale też społeczne.
Rozumiem jednak, że to zbyt krótkowzroczne rozwiązanie?
Problem polega na tym, że imigracja na zawołanie nie jest przedmiotem żadnej innej polityki publicznej, np. integracyjnej albo rynku pracy. Po to, aby te osoby mogły podnosić kwalifikacje zawodowe, nauczyć się lepiej języka, sprowadzić rodzinę, wysłać dzieci do szkoły. One są tu tylko po to, aby wykonywać pracę. Pozwala się im wjechać i zarabiać – najczęściej przy zajęciach, w których trudno znaleźć innych chętnych do zatrudnienia – i wyjechać, gdy nie są potrzebni.
To prowizorka.
Absolutna.
Do tej pory działała, ale jeśli w którymś momencie Ukraińcy nie będą chcieli przyjechać albo będą woleli zarabiać np. w Niemczech, to mamy problem. Nie tylko gospodarczy, ale i demograficzny.
Ponosimy takie ryzyko. Oczywiście chodzi m.in. o pieniądze, bo zrobienie dobrej, systemowej polityki integracyjnej kosztuje.
Może jeśli Ukraińcy przestaną przyjeżdżać, to rząd sięgnie po prostu dalej na Wschód i ułatwi przyjazdy np. Tadżykom lub Afgańczykom. Pytanie tylko, czy przełknęlibyśmy różnice kulturowo-religijne.
Na to nie ma już takiego prostego przyzwolenia ze strony społeczeństwa. Nasza polityka jest więc nie tylko prowizoryczna, lecz też wybiórcza. Akceptujemy Ukraińców, którzy są podobni do nas, ale już np. nie Afgańczyków. Zamiatamy problemy pod dywan, a korzystamy jedynie z rozwiązań, które są aktualnie dostępne. Problemy się pojawią. Masowa imigracja to jest kwestia, którą trzeba się zająć, nie można jej pozostawić samej sobie.
Co zatem czeka nas w przyszłości? Jak prawidłowo interpretować prognozy demograficzne?
Trzeba pamiętać, że ich sprawdzalność w dużej mierze zależy od kontekstu, w której powstają. Na przykład jeśli w ciągu ostatnich pięciu lat przed stworzeniem prognozy odnotowalibyśmy drobne drgnięcie wskaźnika płodności, to wówczas założylibyśmy, że ten trend ulegnie przedłużeniu.
Tak było z efektem 500+. Po jego wprowadzeniu wskaźnik na chwilę się podwyższył.
A potem liczba urodzeń spadła. W prognozach nie zawsze udaje się prawidłowo przewidzieć zmianę trendów. Na tym polega zapewne problem z badaniem z 2004 r. Mieliśmy ujemne saldo migracji w związku wyjazdami po akcesji do UE i uznano, że ono się utrzyma, aż w końcu wróci do poziomu zera – w momencie gdy Polacy nie będą już masowo wyjeżdżać na stałe do innych krajów UE. Nie przewidziano w niej wzrostu imigracji, a tym samym zmiany salda.
Dodajmy, że dotyczy to wszystkich prognoz, nie tylko naszych. Z opracowanego przez panią zestawienia wynika, że nie sprawdził się żaden z cyklicznych, przedstawianych od lat 50. szacunków ONZ dotyczących liczby ludności świata w 2000 r. Co więcej, te opracowywane zaledwie dekadę przed przełomem wieków zawierały większy błąd (o ok. 200 mln osób) niż te opracowywane w latach 80. (ok. 100 mln).
Dlatego tak ważne jest przyjęcie prawidłowych założeń. W przewidywaniu zmiany trendów trzeba też odwoływać się do doświadczeń innych państw. Właśnie ta przesłanka może być pomocna przy prognozowaniu sytuacji demograficznej Polski. W całej Europie Środkowej i Wschodniej od trzech dekad odnotowuje się niską płodność. W zamożniejszych krajach zachodnioeuropejskich ten wskaźnik też nie osiąga poziomu zastępowalności, ale jest wyższy. Wynosi ok. 1,7–1,8 dziecka na kobietę, a nie ok. 1,4 jak w krajach środkowoeuropejskich. Można więc przewidywać, że wraz ze wzrostem zamożności, rozwojem ekonomicznym i społecznym, wskaźnik w tych ostatnich państwach też wzrośnie do poziomu krajów zachodniej Europy.
Da się w ten sposób przewidzieć też trend w zakresie migracji?
W pewnym zakresie. W Polsce migracje międzynarodowe z przyczyn politycznych i instytucjonalnych były w przeszłości bardzo silnie reglamentowane. Aż do akcesji do UE trudno było osiąść na stałe za granicą i zalegalizować pobyt. Podobne doświadczenia, tyle że wcześniej, miała np. Hiszpania. W latach 70. i 80. nastąpił silny odpływ ludności, podobnie jak w Polsce po przystąpieniu do UE. Ale potem, przede wszystkim w latach 90., nasiliła się imigracja, zarówno ta powrotna, jak i obejmująca cudzoziemców. Dobrym przykładem zmian trendów jest też Irlandia. Przez bardzo długi czas była krajem emigracyjnym, a w okresie gwałtownego rozwoju ekonomicznego stała się państwem imigracyjnym. Takie trendy mogą się powielić w krajach Europy Środkowej. I nie chodzi tu wyłącznie o państwa, które – jak np. Czechy – zawsze były nieco zamożniejsze od sąsiadów. Dotyczy to też np. Słowacji lub Węgier, nie wspominając o Słowenii. Polska też będzie krajem o silnej imigracji.