Dziewieniszki pierwszy raz zostały wspomniane w 1385 r. Miejscowość powstała na skrzyżowaniu dróg prowadzących do Wilna, Solecznik, Oszmiany, Trab i Gieranonów” – głosi tabliczka przed kościołem w tym liczącym 500 mieszkańców miasteczku na granicy litewsko-białoruskiej. W te wakacje Dziewieniszki ponownie znalazły się na skrzyżowaniu dróg, tym razem prowadzących – przynajmniej według obietnic bliskowschodnich mafii przemytniczych – z Bagdadu do Berlina. A tym samym w centrum kryzysu migracyjnego wywołanego z zemsty przez prezydentra Białorusi Alaksandra Łukaszenkę.
Spośród 4115 migrantów, którzy w tym roku nielegalnie przeszli zieloną granicę z Litwą, 926 zatrzymano w pobliżu Dziewieniszek. Nieoczekiwana popularność tej w większości polskiej gminy leży w geografii. Gdyby sprzed tablicy informacyjnej wyruszyć w linii prostej na południe, granicę białoruską osiągnie się po 6 km. Gdyby pójść na wschód – po 10 km, na zachód – po 4,5 km, na północ – po 13 km. Miasteczko leży w worku, z każdej strony otoczonym przez terytorium białoruskie i połączonym z resztą Litwy szerokim na 3 km korytarzem i jedną drogą, którą dwa razy dziennie (poza wakacjami częściej) kursuje autobus do Solecznik.
Gdyby ktoś chciał bez paszportu dostać się do Unii Europejskiej, najprościej zrobić to właśnie tędy. Granicy nigdy tu nie było. Przed 1991 r. była to po prostu linia odgraniczająca Białoruską i Litewską SRR. Wcześniej tereny po obu stronach granicy należały do Polski, przed I wojną światową – do Rosji, a przed rozbiorami – do Wielkiego Księstwa Litewskiego. Linia oddzieliła rodziców od ich dzieci, rolników od ich pól. Być może dlatego w Wilnie nigdy nie znaleziono dostatecznej motywacji, by na serio zabezpieczyć granicę z Białorusią. Zresztą Litwa nigdy nie znajdowała się na trasie przerzutowej; migranci z Bliskiego Wschodu i Azji Środkowej wybierali inne szlaki. W efekcie przekroczenie liczącej 678 km litewskiej granicy wymaga więcej szczęścia niż umiejętności. Wystarczy nie natknąć się na patrol.
Do granicy z Białorusią dotarłem w okolicach wsi Stoki, w najwęższym miejscu korytarza łączącego Dziewieniszki z resztą Litwy. Po tej stronie gęsty las i gruntowa droga, z której korzystają patrolujący kordon pogranicznicy. Po białoruskiej – pięciometrowy odcinek ziemi, wykarczowanej i zaoranej tak, by łatwo można było dostrzec ślady stóp, następnie droga dla pograniczników i ściana lasu. Oba kraje oddziela druciana siatka, niemająca nawet 2 m wysokości. A i tak w tym lesie pod Stokami granica nie jest wcale najgorzej chroniona. Bywają odcinki, gdzie płot jest drewniany albo oba kraje oddziela płytki rów. Miejscowi mają swoje ścieżki i znane dziury w siatce, a przecież – jak mówi jeden z nich – w niektórych miejscach co niedzielę starsi wiekiem parafianie przekraczali granicę w drodze do kościoła. Litwa dopiero teraz zaczyna rozbudowywać infrastrukturę; w ramach pomocy dostała nawet od Ukrainy kilkadziesiąt kilometrów drutu kolczastego.

Rozmaite dobrocie

Administratorzy bliskowschodnich forów internetowych, którzy naganiają chętnych do nielegalnej emigracji do Europy, mają tę granicę rozpracowaną. Jeden z nich, Jasir as-Sa’adi, który mieszka we Frankfurcie, a do Niemiec dotarł z Iraku podczas kryzysu migracyjnego w latach 2015–2016, przygotował nawet swego rodzaju Q&A, zestaw pytań i odpowiedzi ubranych w fikcyjny dialog. – Potrzebujesz kogoś na Białorusi, kto wystawi ci zaproszenie turystyczne, medyczne lub studenckie. – Nie mam nikogo takiego. – Musisz więc mieć rosyjską wizę lub kartę pobytu. – Też nie mam. – Za 300–400 dol. możesz w agencji dostać 30-dniową wizę turystyczną. – I co dalej? – Białoruś graniczy z trzema krajami UE. Najłatwiej przekroczyć granicę z Litwą. Ta z Łotwą biegnie przez otwarty, eksponowany teren, gdzie łatwo cię będzie złapać. Wreszcie Polska, ale ona jest mocno oddzielona rzeką zwaną Bug i skrupulatną kontrolą przez cały rok – tłumaczy Jasir po arabsku. „Mogę zagwarantować, że po przyjeździe ktoś się tobą zaopiekuje i przyjmie twój wniosek o azyl. Od pierwszej godziny dostaniesz dach nad głową, ubezpieczenie zdrowotne i pieniądze na życie” – pisze as-Sa’adi, który przedstawia się jako „działacz na rzecz imigrantów”. I uspokaja, że w Europie wcale nie jest tak zimno, jak w Rosji, na dowód wrzucając wykres z Wikipedii o średnich temperaturach w Niemczech. „Możecie mi wierzyć, sam tu mieszkam” – zapewnia.
Jasir as-Sa’adi regularnie publikuje też zrzuty ekranu z mapami Google’a, które pokazują bieżącą lokalizację użytkowników informujących go o swoim położeniu. Swoista reklama skuteczności szlaku. „Grupa Muhammada al-Akubiego weszła do Polski. A my działamy dalej!” – napisał 8 sierpnia późnym wieczorem. Screen sugeruje, że użytkownik telefonu, który podzielił się tą informacją, jest w podlaskim lesie za Sokółką, 7 km od białoruskiej granicy. „W imię Boga zaczynamy nową przyszłość! 22 osoby, oby Bóg poprowadził nasze kroki i chronił nasze ścieżki. Chce mi się spać. #Łotwa” – czytamy w drugiej wiadomości. I choć autor pisze o Łotwie, zrzut ekranu wskazuje, że grupa jest nadal na Białorusi, ale jeśli będzie kontynuować marsz, to dotrze do granicy z Litwą w okolicy Stoków. Tam, gdzie wystarczy przeskoczyć niezbyt wysoką siatkę, by znaleźć się w UE.
Z lektury forów oraz ustaleń litewskich i białoruskich dziennikarzy wynika, że typowa trasa wygląda tak: agencje turystyczne z Iraku, zwłaszcza zamieszkanej przez Kurdów północnej części kraju, nawiązały współpracę z białoruskimi służbami. Załatwiają chętnym białoruskie wizy turystyczne i bilety na przelot do Mińska. Na miejscu migranci spędzają dobę lub dwie w stołecznych hotelach, po czym są odwożeni do jednego z przygranicznych miasteczek. „Trzeba dojechać do Bieniakoni, to niedaleko granicy z Litwą, droga kosztuje 70 dol. Pozostaje tylko przeskoczyć płot – i tyle, jesteście na Litwie. Tam już można dojść do Wilna (droga trwa sześć dni) lub poddać się władzom i trafić do obozu dla uchodźców” – cytował Biełsat jedno z takich forów.
Łukaszenka nie ukrywa, że zorganizowanie we współpracy z bliskowschodnimi mafiami operacji przerzutowej jest elementem zemsty na Zachodzie za sankcje wprowadzane stopniowo po sfałszowaniu wyborów w 2020 r. i fali represji, która zalała białoruskie społeczeństwo. – Ostrzegałem: jeśli za daleko przejdą czerwoną linię, w ogóle nie będziemy z nimi rozmawiać. Do czego to może doprowadzić? Przykład: nielegalna migracja – mówił Łukaszenka we wtorek podczas ośmiogodzinnej rozmowy ze starannie wybranymi przedstawicielami społeczeństwa. – Nikomu nie grozimy. Po prostu stawiacie nas w takiej sytuacji, że musimy reagować i reagujemy, jak możemy i jak umiemy. Niektórzy mnie za to krytykują. Ale ja nie mam możliwości Rosji, Chin, a tym bardziej USA i UE. Znajduję się w określonym układzie współrzędnych, i moja Białoruś, i naród białoruski. Dlatego reagujemy na miarę naszych możliwości – dodawał.

Bez kropli alkoholu

Dziewieniszki są gminą wielokulturową, choć trzy czwarte mieszkańców stanowią miejscowi Polacy. Podczas pobytu słyszałem tu cztery języki: białoruski, litewski, polski i rosyjski – a także ich mieszanki. Ale ta wielokulturowość jest swojska, w gruncie rzeczy wiele się te kultury od siebie nie różnią. Jedni chodzą do cerkwi, inni do kościoła, ale wszyscy nawzajem rozumieją swoje języki. Nikt za to specjalnie nie ukrywa strachu przed przybyszami z Bliskiego Wschodu. – Przestałam chodzić na grzyby, bo się boję, kogo spotkam w lesie. A w sezonie można nawet 3 tys. euro dorobić na grzybach i jagodach – mówi mieszkanka Dziewieniszek. Trudno jej się dziwić; nieznane budzi strach. Ale spośród zaczepionych w okolicy ludzi nikt nie słyszał, by migranci kogokolwiek skrzywdzili. – We wsi Wiażykańce (Vėžiakiemis – red.) mieszka raptem 17 osób. Przyszła tam rodzina. Powtarzali tylko „Germany” i że chce im się pić. Wezwano pograniczników. Czekali na nich dwie godziny, ale wszystko było w porządku – słyszę.
Gdy liczba zatrzymanych zaczęła być liczona w setkach, a potem przekroczyła tysiąc, władze w Wilnie zdecydowały, że trzeba znaleźć dla nich kilka budynków. Tradycyjnie używany w tym celu ośrodek w Podbrodziu na północy Wileńszczyzny szybko zaczął pękać w szwach, a zatrzymani cudzoziemcy wzniecili bunt. Jednym z budynków, które miano dostosować do potrzeb migrantów, był gmach dawnej szkoły rolniczej w Dziewieniszkach. – O tym, że ma tu powstać centrum, dowiedziałam się 9 lipca, w piątek, od dziennikarki. Początkowo chciano umieścić tu półtora tysiąca osób, a w samym miasteczku mieszka nas 500. To kto miałby się do kogo dostować: oni do nas czy my do nich? – pyta Czesława Marcinkiewicz, starosta Dziewieniszek. Rozmawiamy w jej gabinecie w siedzibie gminy. Jest z niej dumna i ma powody – miejscowość jest zadbana. Pomalowane na stonowane kolory, drewniane domy, dużo kwiatów. Trochę jak na Podlasiu.
W salce konferencyjnej hierarchię wartości wyznacza rozmiar obrazów na ścianie. Największy przedstawia Chrystusa Króla, mniejszy pośrodku – herb miasteczka, czyli dwie podkowy, symbolizujące pokojowe współistnienie Litwinów i Polaków. Najmniejsza jest Pogoń, godło państwowe. Pod obrazami – paprotki. Czesława Marcinkiewicz, energiczna i szanowana przez mieszkańców urzędniczka, wcześniej przez dwie dekady pracowała tu jako nauczycielka. Politycznie najbliżej jej do Akcji Wyborczej Polaków na Litwie (AWPL) i jej lidera Waldemara Tomaszewskiego. Jak mówi, to człowiek z ludu, który najlepiej rozumie miejscowych. Starosta najbardziej skarży się na brak komunikacji ze strony rządu. – Zdecydowali o nas bez nas. Na sesję rady w Solecznikach przyjechał wiceminister. Zapewniał, że uwzględnią nasze obawy, ale dziennikarzom powiedział, że centrum i tak powstanie. Był też w Dziewieniszkach. Ludzi zdenerwowała ta demonstracja siły, bo przyjechało z nim mnóstwo radiowozów. Kogo się tak bali? – pyta.
– Podczas sytuacji nadzwyczajnych trzeba działać szybko. Rząd stara się komunikować swoje decyzje tak, jak to możliwe. Jeśli chodzi o Dziewieniszki, jasno oświadczyliśmy, że potrzebujemy należącego do rządu budynku do wykorzystania tylko do 1 września, wyłącznie dla rodzin z dziećmi. Mówiliśmy o 500 osobach, potem obniżyliśmy tę liczbę do 250, wreszcie do 100. Teraz te rodziny mieszkają w strażnicach Straży Granicznej, która musi pilnować ich zamiast granicy – mówi DGP minister spraw zagranicznych Litwy Gabrielius Landsbergis. Rzeczywiście, dziewieniscy pogranicznicy musieli się przenieść do pokojów gościnnych w gminnym pensjonacie, bo w ich strażnicy przebywają migranci. Miasteczko tonie w spokoju, a jedyną oznaką, że coś się dzieje, są jeżdżące bezustannie auta Straży Granicznej. – Oni zawsze używają tego samego argumentu o braku komunikacji. Jeśli naprawdę nie chcesz czegoś zrobić i masz opozycyjne siły polityczne, które cię wspierają, zawsze możesz powiedzieć, że szwankowała komunikacja – dodaje minister. – Oskarża pan AWPL o wykorzystywanie kryzysu w celach politycznych? – dopytuję. – Oczywiście.
Największe obawy mieszkańców wzbudza to, że ośrodek dla migrantów miał powstać – jak wyliczyli – 24 m od szkoły, która we wrześniu zapełni się dziećmi. – Nie wiemy, kto do nas idzie ani skąd. Ludzie się zaniepokoili. W niedzielę 150 osób wyszło na pikietę na plac pod kościołem. Zebraliśmy 400 podpisów i wysłaliśmy petycję do minister spraw wewnętrznych – opowiada Marcinkiewicz. – Powołano też komitet samoobrony, 30 młodych ludzi. Postanowili zablokować szkołę rolniczą, bo już zaczęto tam zwozić materace. Trochę się obawiałam o dyscyplinę, czy młodzież nie wykorzysta okazji, żeby sobie szaszłyki przy okazji urządzić, ale nie było powodu. Wszystko spokojnie, bez kropli alkoholu. Jestem z nich dumna. Dyżurowali w namiotach od 24 do 30 lipca. A kiedy o piątej nad ranem akurat trafiła na nich grupa migrantów, to ich napoili i nakarmili kanapkami. Bez żadnej agresji z niczyjej strony – opowiada.
Władze w Wilnie w zderzeniu ze zdeterminowaną społecznością lokalną wycofały się z pomysłu i wpisały gmach w Dziewieniszkach na listę rezerwową. – Przyjechał prezydent Gitanas Nausėda. Rozmawiał z młodymi przez 45 minut. To był dla nas ważny gest, że prezydent przerwał obowiązki i do nas przyjechał. Odniosłam wrażenie, że był zdziwiony, gdy się dowiedział, że centrum ma powstać tak blisko szkoły – mówi starosta. Marcinkiewicz odżegnuje się przy tym od haseł politycznych. – Naszą blokadę wsparł Litewski Ruch Rodzin (LŠS). To dobrze, ale my nie chcieliśmy się podłączać pod niektóre ich hasła. Byli też u nas ludzie z AWPL, posłowie z Polski (m.in. Anna Maria Siarkowska z PiS, w Polsce znana ostatnio z wystąpień antyszczepionkowych – red.). Jesteśmy wdzięczni za ich wsparcie – dodaje.
LŠS do altprawicowa organizacja walcząca na Litwie z „ideologią LGBT”. AWPL postrzega ją jako potencjalnego sojusznika, który mógłby pozwolić Polakom mocniej zakotwiczyć się na litewskiej scenie politycznej. Akcja pomogła też dziewieniszczanom zorganizować wiec w Wilnie. – Tylko pod tym krzyżem, tylko pod tym znakiem, Litwa jest Litwą, a nie kalifatem – parafrazował Adama Mickiewicza ksiądz Józef Aszkiełowicz, proboszcz z Butrymańców. – Wygrywamy bitwę, ale nie walkę. Bo tu chodzi nie tylko o migrantów. To jest pretekst, żeby narzucać nam różne decyzje. I w tej sytuacji ważne jest, ażeby wzmacniać jedność, ale też wzmacniać swoje organizacje, żeby tworzyć samoobrony – mówił Tomaszewski do 1,5 tys. zgromadzonych. Litwinom te samoobrony źle się kojarzą. Słychać oskarżenia, że Polacy próbują budować pospolite ruszenie, niczym rosyjskie służby na Donbasie w 2014 r. Biorąc pod uwagę, jak blisko Tomaszewski współpracuje z Rosjanami, takie obawy trafiają do przekonania części Litwinów.
Z drugiej strony także miejscowi Polacy czują nieufność w stosunku do władz w Wilnie. Propozycje wprowadzenia stanu wyjątkowego, które pojawiły się na początku kryzysu migracyjnego, wywołały obawy, że Wilno użyje go jako pretekst do zawieszenia działalności samorządów na Wileńszczyznie, jak to już miało miejsce w 1994 r. Polacy stanowią większość mieszkańców wzdłuż granicy z Białorusią, więc i władze lokalne są przeważnie polskie etnicznie. Na tej wzajemnej nieufności grają i Tomaszewski, i litewscy nacjonaliści z nadzieją na sukcesy sondażowe. Wywołany przez Łukaszenkę kryzys migracyjny może więc doprowadzić do wzrostu napięć między litewską a polską częścią obywateli Litwy. Dla Mińska byłby to sukces, zwłaszcza gdyby po stronie Polaków stanął rząd w Warszawie, który w ostatnich latach ograniczył wsparcie dla AWPL ze względu na prorosyjskie nastroje i wątpliwości związane z finansami w Akcji i związanych z nią organizacjach.

Zjednoczeni, więc silni

Na razie Warszawa i Wilno deklarują jedność. – Wspieramy Litwinów, jak tylko możemy. Już przekazaliśmy część pomocy i będziemy to kontynuować. Ale niezbędna jest tu też solidarność unijna. Kolejne sankcje? Nie można tego wykluczyć. Nie wiadomo, jak długo ten proceder będzie kontynuowany, ale Litwę trzeba tu wesprzeć – mówił wiceminister spraw zagranicznych Paweł Jabłoński w niedawnej rozmowie z Magdaleną Cedro. Landsbergis potwierdza, że czuje silne wsparcie Warszawy. Dyplomaci, z którymi rozmawialiśmy, zastanawiają się jednak, co będzie, jeśli Litwinom nie uda się ograniczyć kryzysu migracyjnego i kraj przed zimą stanie w obliczu konieczności zaopiekowania się kilkudziesięcioma tysiącami ludzi. A co, jeśli Wilno oficjalnie wyjdzie z pomysłem, by wrócić do przyjętego w 2015 r. pomysłu relokacji migrantów do innych krajów unijnych? Rząd PiS odmówił wtedy wykonania decyzji o relokacji. Jeśli tak by się stało i tym razem, Litwini znaleźliby się po drugiej stronie barykady. Dla Landsbergisa to na razie problem czysto hipotetyczny.
Tymczasem pod szkołą w Dziewieniszkach pozostały przywiązane między drzewami plakaty. „Dlaczego Litwy nie chroni mur?” – głosi jeden. „Dziewieniszki są zjednoczone, więc silne!” – czytamy na drugim. Jest też jeden po polsku, z Maryją: „Ja daję wam tę broń przeciw Goliatowi. To jest moich pięć kamieni: Różaniec, Eucharystia, Biblia, Post, Spowiedź”. – Najbardziej szkoda tych ludzi, których ktoś oszukał, że dostaną się do Niemiec – mówi Czesława Marcinkiewicz. I dodaje, że ośrodki dla cudzoziemców powinno się umieszczać z dala od centrów miejscowości. Jej zdaniem tak będzie bezpieczniej, a i ludzie będą spokojniejsi. A ponieważ Dziewieniszki faktycznie okazały się „zjednoczone, więc silne”, władze w Wilnie postanowiły zastąpić dawną szkołę rolniczą w Dziewieniszkach poligonem, leżącym na obrzeżach Puszczy Rudnickiej, jakieś 3 km od miejscowości Rudniki.
Po Rudnikach – również liczących 500 mieszkańców, ale wyglądających na biedniejsze niż Dziewieniszki – nie widać, by odległość od ośrodka jakoś mieszkańców uspokajała. Na środku wsi stoi betonowy przystanek pomalowany sprejem na biało-czerwono. Chłopaki w ortalionowych dresach, popularnych od Warszawy po Władywostok, ale raczej w latach 90., czekają na kolegę, który przyjechał autobusem z oddalonego o 30 km Wilna. Na głównym skrzyżowaniu wisi plakat po litewsku z prostym przekazem: „Nelegalams sakome – ne!”, nielegałom mówimy nie. Instytucje unijne i naukowcy zajmujący się migracjami apelują, by nie używać sformułowania „nielegalni imigranci”, bo nielegalny nie może być żaden człowiek, a jedynie sposób, w jaki przekracza granicę. Zamiast tego mówi się raczej o migracjach nieregularnych bądź nieudokumentowanych. W niektórych językach ukuto jednak potoczne terminy, które brzmią jeszcze bardziej pejoratywnie. Stąd rosyjski „nielegał” albo litewski „nelegalas”. Od jednego z rozmówców usłyszałem nawet określenie „nielegalni ludzie”.
Tuż za domem z płotem obwieszonym plakatami zaczyna się Bažnyčios gatvė, ulica Kościelna, pokryta kocimi łbami i prowadząca, zgodnie z nazwą, do świątyni. Kościół stoi zamknięty, msze codziennie poza czwartkiem. W niedzielę dwie – po jednej litewskiej i polskiej. Dalej mostek przez krętą Mereczankę, cmentarz i las. A w nim po półgodzinnym marszu poligon chroniony przez młodych pograniczników. Chłopaki są stąd, niektórzy mówią po polsku, ale nie pozwalają mi wejść do obozu ani porozmawiać z migrantami. – Jedź do Wilna, tam ci wszystko powiedzą – słyszę. W Wilnie już o to pytałem, gdy chciałem wejść do ośrodka w Podbrodziu. – Nielegalni imigranci mogą rozmawiać z mediami tylko, jeśli mają zgodę na opuszczenie ośrodka rejestracji cudzoziemców. Straż Graniczna nie organizuje takich spotkań – podał rzecznik pograniczników Rokas Pukinskas. Mogę najwyżej z kilkunastu metrów poobserwować, co się dzieje za płotem. A tam w rządkach stoją blisko siebie duże, wojskowe namioty w błotnistym kolorze. Słychać arabskojęzyczne rozmowy z charakterystycznymi gardłowymi spółgłoskami. Wokół namiotów grupki mężczyzn. Jedni stoją, inni kucają, następni siedzą na krawężnikach.
Na ogrodzeniu suszą się ubrania. Sierpień na Litwie jest deszczowy. Po jednej z poprzednich nocy, gdy niektóre namioty przeciekły, cudzoziemcy podnieśli bunt. Funkcjonariusze użyli gazu łzawiącego. – Zastanawiamy się, co będzie dalej. Nie mamy możliwości zapewnienia migrantom namiotów na najwyższym poziomie. Coś otrzymujemy z zagranicy, coś z rezerw. Szkoda, że mamy taką pogodę – tłumaczyła Lina Laurinaitytė-Grigienė z MSW. Ale niespokojnie bywa też po drugiej stronie szlabanu. Kilka dni wcześniej drogę dojazdową na poligon zablokowali mieszkańcy wsparci przez aktywistów LŠS. Doszło do przepychanek z policją, osiem osób zatrzymano. LŠS oskarżyło policjantów o prowokację, ale to był moment, po którym Tomaszewski uznał, że powinien odciąć się od przemocy. I że potencjalna współpraca z LŠS – który co i rusz wszczyna burdy, a niedawno szturmował Sejm w ramach sprzeciwu wobec obostrzeń covidowych – rodzi też zagrożenia wizerunkowe.

Odpowiedni motywator

Litwini postanowili zmienić prawo, żeby ułatwić sobie „walkę z nielegalną migracją”. Władze przyznały służbom mundurowym prawo do wypychania cudzoziemców z powrotem na Białoruś, w razie potrzeby z użyciem siły, co budzi wątpliwości prawników z punktu widzenia ratyfikowanego przez Litwę prawa międzynarodowego, nakazującego przyjmowanie wniosków o ochronę także od cudzoziemców, którzy nielegalnie znaleźli się na terenie danego kraju. Tymczasem nowe przepisy dopuściły deportację jeszcze w trakcie rozpatrywania odwołania od decyzji o odrzuceniu wniosku o azyl, wreszcie wydłużyły do sześciu miesięcy czas, przez jaki można trzymać cudzoziemca w zamkniętym ośrodku. Chciałem zapytać MSW, jak te przepisy mają się do zobowiązań międzynarodowych Wilna, ale resort nie odpowiedział.
Kontrowersyjne praktyki dały za to asumpt rosyjskiej i białoruskiej propagandzie do oskarżenia Litwinów o praktyki faszystowskie. Pojawiają się nieweryfikowalne, działające na emocje historie. – Jeden przewrócił się bezpośrednio na granicy. Pokazał na brzuch i mówi: „insulina” – opowiadał szef białoruskich pograniczników Anatol Łapo podczas wtorkowej przemowy Łukaszenki. Opowieść kontynuował główny bohater dnia. – Upadł na samej granicy. Nogi na Litwie, głowa na Białorusi. Co robić? Sytuacja patowa. Granicy nie wolno naruszyć. Ale Łapo, zuch, podjął decyzję. Dał rozkaz wyciągnąć chłopaka. 10 minut i by zginął. Wzięliśmy go za ręce i wyciągnęliśmy. Co za łajdacy! Co to ma być, że na twoich oczach umiera człowiek i prosi o pomoc? – oburzał się Łukaszenka. Nikt nie zwrócił uwagi, że ta opowieść potwierdziła, iż białoruscy pogranicznicy obserwują migrantów przekraczających zieloną granicę i nie reagują. Niejasna jest też historia domniemanej śmierci. Litwini mówią o prowokacji i kłamstwie, ale źródła irackie podają, że faktycznie do kraju wróciło z Białorusi ciało mężczyzny. Jasir as-Sa’adi twierdzi, że pochodził z An-Nadżafu, choć zaznacza, że nie wiadomo, jak zginął, i apeluje, by nie szafować ślepymi oskarżeniami.
Także obrońcy praw człowieka kręcą głowami, bo chodzi o kraj, który latami budował wizerunek „mocarstwa humanitarnego”. Za dyżurny przykład służyło schronienie udzielone liderce białoruskiej opozycji Swiatłanie Cichanouskiej. – Litwa może nie zdołać zagwarantować całkowitego przestrzegania praw migrantów – mówiła tymczasem premier Ingrida Šimonytė, a policja wzywała mieszkańców do zgłaszania „ludzi o nieeuropejskim wyglądzie”. – Nie ma wątpliwości, że trzeba zrobić wszystko, by trzymać migrantów w izolacji przed społeczeństwem. To da im do zrozumienia, że będzie im trudno przejść przez Litwę – dodawał szef sejmowej komisji obrony Laurynas Kasčiūnas. Rekordy nieprzemyślanych wypowiedzi biła szefowa też MSW Agnė Bilotaitė. Potrafiła w jednym zdaniu bronić procederu siłowego wypychania przybyszy z powrotem na Białoruś, by w drugim zdaniu dodawać, że w tamtym kraju nie mogą liczyć na przestrzeganie żadnych praw.
Ale wielu mieszkańców Litwy, wystraszonych widmem niekontrolowanej imigracji, popiera takie nadzwyczajne działania. – Nie mówię, żeby do nich strzelać, ale demonstracyjne odbezpieczenie broni na ich widok byłoby odpowiednim motywatorem, żeby wrócili, skąd przyszli – mówi Dzmitryj (imię zmienione). Pikanterii jego słowom dodaje to, że sam przed ledwie trzema miesiącami nielegalnie przybył na Litwę z Białorusi przez zieloną granicę, pokonując szlak, którym dzisiaj kroczą Irakijczycy. Mimo to bardziej utożsamia się z pogranicznikami niż z migrantami, zdawałoby się, takimi jak on sam. Dzmitryj, z którym spotykam się w Wilnie, nie mógł legalnie opuścić Białorusi jako mundurowy. Nie chce powiedzieć, gdzie służył. Mówi tylko, że miał dosyć.
Na razie wydaje się, że Litwa, sięgnąwszy po kontrowersyjne narzędzia, ograniczyła kryzys. W mijającym tygodniu zatrzymywano już tylko pojedyncze grupy; w czwartek – nikogo. Landsbergis przyznaje: władzom zależy na stworzeniu przekazu, że nikt nie może liczyć na przejazd na gapę do Europy. I że nadciągająca zima pomoże migrantom podjąć decyzję o dobrowolnym powrocie do domu. Według ostatnich danych wśród 4115 nieregularnych migrantów, których udało się Litwinom zatrzymać, 2797 pochodzi z Iraku, 200 z Konga, 131 z Kamerunu i 130 z Syrii. – Informujemy ich o warunkach pogodowych w tym pod innymi względami czarującym kraju, jakim jest Litwa. Pogoda tutaj nie wybacza. Nie dojedziecie do Niemiec. Obóz to ostatnie miejsce, do którego możecie trafić. Powrót to najlepsza opcja. I prosta; są różne instytucje, organizacje międzynarodowe, które w tym pomagają. Jest nawet oferowana pewna kwota pieniędzy. To nie jest idealne wyjście, ale optymalne. Chcielibyśmy odesłać migrantów z powrotem i liczymy w tej kwestii na europejskie wsparcie – dodaje szef MSZ. ©℗
Nie mówię, żeby do nich strzelać, ale demonstracyjne odbezpieczenie broni na ich widok byłoby odpowiednim motywatorem, żeby wrócili, skąd przyszli – mówi Dzmitryj (imię zmienione). Choć sam przed ledwie trzema miesiącami nielegalnie przybył na Litwę z Białorusi przez zieloną granicę, pokonując szlak, którym dzisiaj kroczą Irakijczycy
Całość rozmowy z ministrem spraw zagranicznych Litwy Gabrieliusem Landsbergisem w poniedziałkowym numerze DGP