Z Tomaszem Rawskim rozmawia Dorota Kalinowska
Tomasz Rawski, politolog i filolog. Doktorant na Wydziale Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego. Wykładowca Uniwersytetu SWPS i Uniwersytetu Otwartego UW. Zajmuje się językiem polityki, negocjacjami, wizerunkiem i komunikacją społeczną. Autor książki „Między śmiechem a mową nienawiści. Meandry języka polityki”
Reklama
Poproszę o przykład politycznej mowy nienawiści z ostatniego miesiąca.
A bo to jeden? Marszałek Sejmu Elżbieta Witek podczas niedawnego wiecu w Otyniu rzuciła w kierunku protestujących, którzy skandowali „Wolne sądy!” i „Konstytucja!”: „Tu jest Polska, a nie Unia!”. Słowa wprawdzie nie nienawistne, lecz uruchomiły one w sieci potężną falę hejtu. Kilka dni wcześniej mieliśmy do czynienia ze słowną oraz fizyczną napaścią. Podczas spotkania Borysa Budki z mieszkańcami Nowego Targu jeden z przeciwników opozycji rzucił w kierunku wiceszefa PO: „Przyjdzie taki dzień, że was zapierdolimy”, i popchnął jednego z lokalnych dziennikarzy. Na początku lipca aktywiści Młodzieży Wszechpolskiej, po tym jak USA i Izrael oprotestowały reprywatyzacyjne rozwiązania zawarte w projekcie nowelizacji kodeksu postępowania administracyjnego, wysypali przed ambasadą Izraela w Warszawie gruz, który okraszał napis: „Oto wasze mienie”. Nie muszę mówić, jakie nastroje i jakie słowa wyzwoliło to działanie. Niestety, nie ma tygodnia, byśmy nie byli świadkami spektaklu nienawiści, hejtu, agresji.

Reklama
A inne przykłady, skoro jest ich co niemiara?
Układający się teraz z PiS Paweł Kukiz jest wyzywany od sprzedawczyków i politycznych prostytutek. O, albo Donald Tusk i nieustannie powtarzany w publicznych mediach fragment jego wystąpienia ze słowami „für Deutschland”, który ma pokazywać, że służy obcym interesom. Szczuje się na polityka, używając konotacji, jakoby to był Niemiec.
Wcześniej były kanalie, zdradzieckie mordy, moherowe berety, esbecy, zdrajcy, pedaliada…
A także „Można być prezydentem, ale można być też chamem” i „Dorżnięcie watahy” Radosława Sikorskiego czy „Kaczka po smoleńsku” oraz „Zastrzelimy Jarosława Kaczyńskiego, wypatroszymy i skórę wystawimy na sprzedaż w Europie” Janusza Palikota. Te słowa też już weszły do żelaznego kanonu politycznej mowy nienawiści.
Kto obrywa najczęściej?
Wszyscy po równo. Bo trwa wojna wszystkich ze wszystkimi. Przy czym w tej wojnie akcentowanych jest osiem głównych cech. To wiek – czego przykładami są „leśne dziadki”, „dziadersy”, „dinozaury”, ale także „Janusz” i „Grażyna”, bo granica między humorem szydzącym a mową nienawiści jest cienka. Dalej: tożsamość płciowa i orientacja seksualna – „zakaz pedałowania”, „sodomici”, „tęczowcy”, „żonomąż”, „dewianci”, „kolorowe literki”. Także religia – „katole”, „krzyżowcy”, „ciemnogród”, „żydokomuna”, „żydostwo”, „zawodowy żyd”. Podobnie jest zresztą w kontekście braku wyznania – ateiści określani są jako „odszczepieńcy”, „nienormalni”, „świry”, „bezbożnicy”.
A pozostałe cechy?
Przynależność polityczna – „POpaprańcy”, „Pełowce”, „PO-jeby”, „PiS-dzielce”, „PiS-lamiści”, „PiS-uary”, „PiS-dy”. Wyznawane poglądy – „eurokołchoz”, „eurokomuna”, „zakon brukselski”, „rzesza europejska”. Mamy też oczywiście „lewaków” i „prawaków”; zresztą już Lech Wałęsa mówił o „oszołomach”, a Stefan Niesiołowski o „PiS-owskim paskudztwie”, zaś Samoobronę nazywał „żulią”. Dalej: płeć – tu przykładem mogą być typowo nienawistne określenia Janusza Korwin-Mikkego. W jednej z dyskusji z posłanką Joanną Scheuring-Wielgus rzucił w jej kierunku: „Ale proszę mnie szanować, że mam mały biust”. O posłance Annie Grodzkiej powiedział z kolei, że „miejsce Grodzkiego jest w cyrku obok kobiety z brodą”.
Ale ofiarami politycznej mowy nienawiści, wytykającej płeć, padają także mężczyźni.
Oczywiście. O Krzysztofie Bosaku u początków jego politycznej kariery mówiło się: „Taka uroda bardziej delikatna”. Kuba Wojewódzki pytał go w swoim show, czy chodzi do „takich” klubów. Z wyraźną sugestią, jakie to kluby. Ostatnio w mediach społecznościowych Robert Biedroń opublikował wideo zaczepiające polityka Konfederacji. Biedroń pyta: „Czy mogę odzyskać swój sweter?”, zaś pod Bosaka jest podłożony damski głos: „Czy mogę odzyskać swoje dziewictwo?”. W kontekście stygmatyzacji mężczyzn wiele wyrażeń pochodzi z młodzieżowego języka: „rurkowiec”, „księcioseksualny”, „dziadzia-dzidzia”. A wracając do pozostałych cech, są to: narodowość i pochodzenie etniczne – tu mamy „szwabów”, „ruskich”, „helmutów”, „żabojady”, „UPA-dlinę”. Ostatnio na Twitterze Krystyna Pawłowicz rzuciła w kierunku jednego z anglojęzycznych użytkowników: „Kolejny bezczelny Amerykanin. Ban, jankesie”. Dalej: uchodźcy, o których politycy mówili, że to „śmieci ludzkie”, „szambo”, „nachodźcy”, że „roznoszą pasożyty i pierwotniaki”. Poza tym, co wielu może zaskakiwać, niepełnosprawność – znów wypowiedzi Korwin-Mikkego: „Można się tylko cieszyć, że inwalidzi też organizują zawody. Ze sportem nie ma to jednak wiele wspólnego. Równie dobrze można by organizować zawody w szachy dla debili lub turnieje brydżowe dla ludzi z zespołem Downa”. To też przejaw politycznej mowy nienawiści.
Jak w ogóle należałoby ją zdefiniować?
To osobliwy wariant mowy nienawiści, jej funkcjonalna odmiana. Taka, która w przestrzeni politycznej spełnia jakieś zadanie, jest za coś odpowiedzialna. Celem jest zmanipulowanie wizerunku przeciwnika i przestraszenie elektoratu co do intencji i zamiarów kogoś, kto jest naszym rywalem czy wrogiem.
Tyle teoria, a w praktyce?
W praktyce chodzi o uwypuklenie pewnych cech konkurenta tak, by się go bać. Ale ten strach nie ma wywoływać reakcji obronnej, lecz zachęcać do tego, by drugą stronę zaciekle atakować i wykluczać ją z życia, a przez to także wspierać zastany ład polityczny. Innymi słowy: mowa nienawiści jest tym, co figurę „rywala” poddaje narracji. Wprowadza, umożliwia ciągłą reprodukcję. Po to, by było kogo zwalczać, bo wtedy utrzymuje się mobilizacja. To mówienie do swoich zwolenników: „Wróg u bram, trzeba działać!”.
Czemu jeszcze może służyć polityczna mowa nienawiści?
Wskazaniu odpowiedzialnych za kryzys – jak połączenie styczniowych demonstracji przeciwko decyzji TK o zniesieniu legalności aborcji ze wzrostem zakażeń koronawirusem, wówczas protestujący dla władzy i TVP byli „siewcami śmierci”. Czy wyszydzaniu grupy, jak było chociażby w kontekście Ruchu Ośmiu Gwiazdek. Przecież te wszystkie hasła: „Jebać PiS” czy „Wypierdalać” są formą mowy nienawiści – i z czasem zostały wykorzystane w kampanii politycznej. Swego czasu królowało na Twitterze zdjęcie młodego człowieka w koszulce z ośmioma gwiazdkami, który zrobił sobie selfie z prezydentem Andrzejem Dudą. To przecież wyraz upokorzenia głowy państwa.
Inna rzecz, że polityczna mowa nienawiści to też sposób na zaistnienie.
Korwin-Mikke – by długo nie szukać – często z tego korzysta; jego są słowa, że „Europę zalewa afrykańskie szambo”. Ale tę strategię wykorzystywała też na początku Liga Polskich Rodzin Romana Giertycha, który skandował „Zakaz pedałowania!”. Mało znany poseł Twojego Ruchu Armand Ryfiński krzyczał w Sejmie do Jarosława Kaczyńskiego „Siadaj, kurduplu!”. Klaudia Jachira zyskała happeningami rozpoznawalność i mandat posłanki. Podczas spotkań, szydząc z programu TVP, mówiła że wkrótce będzie tam emitowana „telenowela smoleńska” czy quiz „czyja to kończyna”.
Coś się jednak ostatnio zmieniło – pisze pan w książce, że „teraz nie chodzi już o zdyskredytowanie politycznych symboli jak np. Lech Wałęsa, ale…”
Chodzi o podważanie znaczenia danej idei, jak np. lewicy i liberalizmu.
Dlaczego?
Bo hasła, które były nośnikiem idei, są wyświechtane. Nie są już generatorem emocji, zużyły się. Dlatego przeszliśmy na poziom ideologiczny. I stąd mamy przeciwstawienie: UE – eurokołchoz, wspólnota międzynarodowa – globalna komuna, Polski Ład – Polski Wał/Ruski Ład itd. Dziś liczą się tylko hasła.
Na ile polityczna mowa nienawiści przybrała ostatnio na sile?
Nikt tego u nas nie bada. Są jedynie eksperymenty społeczne, które pokazują zaostrzenia sposobu komunikowania się. To już nie tylko słowa, ale zapowiedzi czynów. Pogróżki, groźby, wezwania do mordu, nawoływanie do przemocy, brutalne gry, które mogą się przełożyć na agresję fizyczną. Najgorsze jest to, że politycy, którzy powinni świecić przykładem, swoimi zachowaniami pokazują: OK, agresja nie jest zła. Korwin-Mikke, policzkując Michała Boniego, twierdził, że zachował się honorowo. Poseł PO Sławomir Nitras, zarzucając PiS z sejmowej mównicy opieszałość w walce z pedofilią, postawił przed Jarosławem Kaczyńskim dziecięce buciki, a potem tymi bucikami cisnął w Nitrasa Ryszard Terlecki. Stefan Niesiołowski próbował wyrwać kamerę Ewie Stankiewicz i krzyczał do niej „Won stąd!”. Dlatego nie dziwmy się, że lokalni aktywiści organizują akcje jak ta z 2017 r., kiedy środowiska narodowe przedstawiły zdjęcia polityków PO na szubienicach.
Co jeszcze może świadczyć o radykalizacji nastrojów?
Kultura wieców. Choć z kulturą nie ma to dziś wiele wspólnego. Nie ma przecież politycznej demonstracji, której nie próbowałaby zdominować przeciwna strona. I w efekcie mamy pojedynek na okrzyki. Rok 2015, wybory, ówczesny prezydent Bronisław Komorowski wiecował według zasady: przekrzycz protestujących. Hasła „Komor”, „Komoruski”, „Wypad na Mazury macać kury” uniemożliwiały uprawianie polityki. W 2020 r. z tym samym oporem zmierzył się Andrzej Duda, choć okrzyki i hasła były już o wiele bardziej wulgarne i radykalne.
Mówi pan, że nikt nie bada zjawiska politycznej mowy nienawiści. A ta cała masa opracowań o charakterze ilościowym – choćby analizy hejtu?
Owszem, są, ale wszystkie raporty mają jedną wadę – są osadzone w obecnym kontekście. A to oznacza, że patrzymy na mowę nienawiści ostatniego okresu, stawiając diagnozę: „To PiS odpowiada za radykalizację postaw”. A to nie jest prawda, to zjawisko, które nie pojawiło się teraz. Mieliśmy przecież „przemysł pogardy”, którego to PiS był ofiarą. Wcześniej też mieliśmy mowę nienawiści – chociażby „warchoły”, określenie mocno stygmatyzujące. Najpierw warchołami byli studenci, potem robotnicy, ostatnio ci, którzy blokowali mównicę sejmową. Sam termin „polityczna mowa nienawiści” – naukowo – na dobre pojawił się w kontekście polskim w latach 80., choć już w latach 60., szczególnie podczas wydarzeń marcowych, zaczęto patrzeć na mowę jak na potężną siłę, która potrafi skutecznie wykluczać. Na świecie szybciej to dostrzeżono. W Stanach Zjednoczonych już w 1942 r. Sąd Najwyższy, orzekając w sprawie Chaplinsky vs New Hampshire, zaznaczył, że mowa może krzywdzić.
Wiadomo, skąd się w nas w ogóle bierze to upodobanie do mowy nienawiści?
Odpowiedzi może dostarczyć książka „O dogmatycznych narracjach. Studium nienawiści” prof. Iwony Jakubowskiej-Branickiej. Jej diagnoza jest krótka: swoje robi nasz dogmatyzm. Ów dogmatyzm to postawa polityczna, wzór zachowania cechujący się bezwarunkowym i bezkrytycznym stosunkiem do ideologii, tez, poglądów czy wierzeń. A za tymi stoją autorytety, m.in. politycy, instytucje, tradycja, Kościół. To sposób myślenia, który zakłada, że autorytety czy idee, które tworzą naszą rzeczywistość, nie mogą mieć wad. Stąd bierze się bezkrytyczna wiara, a co za tym idzie – brak skłonności do powątpiewania, zastanawiania się. Współczynnik dogmatyzmu w naszym społeczeństwie utrzymuje się na tym samym poziomie nieprzerwanie od 1989 r. A to oznacza, że nadal mamy 65 proc. dogmatyków i 35 proc. zwolenników myślenia liberalno-wolnościowego.
To nadal nie wyjaśnia, dlaczego doszło do radykalizacji języka debaty publicznej.
Ciekawy trop możemy odnaleźć w eseju „Gniew i czas” Petera Sloterdijka. Ten niemiecki filozof wprowadza pojęcie banku gniewu – o jego zasilanie dbają podmioty zainteresowane pomnażaniem wściekłości społeczeństwa. Sloterdijk pisze o „świeckich duchownych gniewu”, którymi są politycy, ideologowie, autorytety umiejętnie wzbudzające złe emocje wśród ludzi, by następnie instrumentalnie wykorzystać je do realizacji politycznych celów. A to oznacza, że wzbudza się gniew, nienawiść, agresję, żeby później z tego banku gniewu wypłacić stosowną dywidendę. Mówiliśmy, że demokracja potrzebuje figury wroga. Ale potrzebuje też figury ofiary. Dziś bycie ofiarą agresji dobrze się sprzedaje – to wypłata z banku gniewu.
A jakie zjawiska dodatkowo sprzyjają nienawistnej mowie?
Nasilenie napięć społecznych, to raz. Rozwarstwienie między klasami pracującymi, bogatymi a wyzyskiwanymi spowodowało gwałtowny przyrost frustracji i niemocy. Podobnie opisuje to teoria frustracji amerykańskiego psychologa Johna Dollarda. Osobiście rozszerzyłbym to w ogóle na dysfunkcję systemu. Świat, który nas otacza, jest nieefektywny. Denerwują nas opieszałość biurokracji, niewydolność służby zdrowia, zakłamanie polityków… Musimy dać upust tym odczuciom, a te łatwo są zagospodarowane przez polityków. Radykalizacja postaw, to dwa. Nie możemy się dogadać jako społeczność. Nie mamy podstaw, by wznieść się ponad podziały. Ostatni moment, kiedy byliśmy jak brat z siostrą, to pandemia. Ubiegły rok. Puste ulice. Wszyscy widzieliśmy, że musimy się zjednoczyć. Ale to trwało krótko. Potem znowu społeczeństwo dostrzegło, że są uprzywilejowani, którzy mogą pójść np. na cmentarz, gdy dla innych jest on zamknięty. I zaczęło się sypać. Pojawiły się wzajemne oskarżenia…
Jest jeszcze trzeci powód?
Zacięta walka o władzę, która przekroczyła granice wszelkich zasad moralnych, co również znajduje przełożenie na język debaty publicznej. Dwie główne partie polityczne do tego stopnia zafiksowały się na rywalizacji ze sobą, że nie są w stanie dać dobrego przykładu. „Bo skoro politycy mogą sobie ubliżać, to ja też!”, „Skoro ci, którzy są elitą i sprawują najważniejsze funkcje, mogą mówić językiem ulicy, to dlaczego my na dole też nie możemy tak mówić!” – tak myśli wielu. Trwa więc walka, kto komu mocniej dołoży – przy ogromnym aplauzie i euforii mas. Bo ludziom się to podoba. „Dobrze pojechał komuchowi”, „Pięknie zaorał PiS-owca”, „Ale masakra lewaka”. Zmieniły się style, poczucie komunikacyjnego smaku. W cenie nie są argumenty czy wyważone przekazy, lecz komunikaty, które śmiało możemy zakwalifikować do mowy nienawiści.
Innymi słowy, jak pisał Julian Tuwim, ma być: „hucznie, tłusto, płciowo, krwawo”.
Pełna zgoda. Tym bardziej że z mową nienawiści mamy podstawowy problem: nie ma jej jednej spójnej definicji. Są za to różne wykładnie prawa, definicje organizacji międzynarodowych, chociażby Rady Europy. Ta ostatnia stanowi, że mowa nienawiści to osobliwy rodzaj komunikatu dyskryminującego ze względu na cechy przyrodzone, np. kolor skóry. A przecież przejawem mowy nienawiści nie jest tylko rasizm. Możemy też kogoś stygmatyzować ze względu na sposób życia, aktywność, pasję, dietę, sposób wysławiania się…
Nawet językoznawcy spierają się, czy lepiej mówić „przemoc werbalna”, czy „hejt”.
Zdaniem prof. Jerzego Bralczyka „hejt” jest nam łatwiej zaakceptować, bo to słowo nie ma takiego ciężaru gatunkowego jak mowa nienawiści. „Hejt”, tłumaczy, jest lekki. A przecież są też inne określenia: „przemysł pogardy”, „dyskryminacja”…
„Niebezpieczna mowa”, „mowa strachu”…
„Agresja werbalna” i „przemoc językowa”. Co ciekawe, w niektórych środowiskach prawicowych uznaje się mowę nienawiści za „lewacki wymysł”, służący blokowaniu dyskursu demokratycznego, wolności słowa i sprzeciwu wobec prób promowania rewolucji obyczajowej czy też rewolucji „zboczeń”. Czytaj: nierzadko wykorzystywana jest ona jako kaganiec, pęta dla wszelkiego rodzaju wypowiedzi niepoprawnych politycznie. I od razu nasuwa się pytanie: czy prezydent USA Donald Trump, mówiąc, że uchodźcy z Meksyku zagrażają interesowi Ameryki, powiedział coś niepoprawnego polityczne? Tak właśnie ten przekaz został zakwalifikowany przez mniejszości w Stanach. Albo poseł Grzegorz Braun, który nazwał ministra zdrowia Adama Niedzielskiego „szkolnym psychopatą”? Użył mowy nienawiści czy nie? Według kryterium nietolerancji mniejszości – nie. Ale według kryteriów wrażliwości komunikacyjnej i etyki słowa – tak.
Na pewno nie byłaby to mowa nienawiści w rozumieniu kodeksu karnego.
A dokładnie art. 257, który stanowi, że: „Kto publicznie znieważa grupę ludności albo poszczególną osobę z powodu jej przynależności narodowej, etnicznej, rasowej, wyznaniowej albo z powodu jej bezwyznaniowości lub z takich powodów narusza nietykalność cielesną innej osoby, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3”.
Mamy też konstytucję, która zakazuje promocji ruchów totalitarnych, faszystowskich.
Ale to są tylko słowa. Nie mamy ustawy o przeciwdziałaniu przemocy językowej. A szkoda.
I jak ten problem rozwiązać, choćby w sferze politycznej?
Powinna być komisja etyki parlamentarnej.
Przecież jest.
Oficjalnie tak, lecz dysfunkcyjna. Jarosław Kaczyński za „zdradzieckie mordy” został zaledwie przez nią upomniany. Dlaczego? Bo to rządzący mają potencjał wytyczania ram oraz kreowania aktów prawnych, wprowadzania rozporządzeń, powoływania instytucji. Innymi słowy: jedni mają bardziej uprzywilejowany dostęp do wolności wypowiedzi i krytyki, nawet ostrej, od innych. I zaczyna się wojna: co komu wolno i dlaczego.
Nadal się pan upiera, że to komisja etyki ma się zajmować walką z mową nienawiści i karaniem za nią?
Nie, bo wiadomo, że się tym nie zajmie, skoro nie ma nawet normatywnych wytycznych co do mowy nienawiści. Problemem nie jest to, jak z nią walczyć, ale to, kto i w jaki sposób ją zdefiniuje. Dziś o definicji nienawiści decydują osoby, które, mówiąc delikatnie, niekoniecznie się do tego nadają.
To co trzeba zrobić, by już teraz skutecznie z nią walczyć?
Nie ma innej drogi jak stygmatyzowanie tych polityków, którzy jej używają. To może zrobić każdy z nas, każdy. Nie wyobrażam sobie, żeby posłowie, którzy zasłynęli z nienawistnego języka, jak np. Niesiołowski, zyskiwali lukratywne stanowiska w polityce. A przecież ktoś ich wybiera. Tym samym daje przyzwolenie na mowę nienawiści na górze, a ci na górze dają z kolei przyzwolenie na mowę nienawiści na dole. Przecież to nic innego jak sojusz nienawiści, wspólnota nienawiści, powodujące krążenie nienawistnych treści w przestrzeni publicznej.
A nie można pójść dalej niż stygmatyzowanie polityków?
Tym bardziej że aż 70 proc. Polaków jest zdania, że powinny istnieć ograniczenia wolności słowa. Wolność słowa to wielka rzecz. Prezydent USA Thomas Jefferson mówił: „To wielka zdobycz, za tę cenę jesteśmy w stanie słuchać głupich i radykalnych wypowiedzi”. Ale...
Dlaczego pan nagle zamilkł?
(po chwili) Ale może warto zamiast wprowadzania definicji i kar iść w drugą stronę – przyjąć podobne rozwiązania, które są w USA. Mieć u nas coś na wzór ichniejszej pierwszej poprawki do konstytucji. W ogóle nie zaprzątać sobie głowy, czy mamy mowę nienawiści, czy nie. Za to budować świadomość językową. Tym bardziej że systemy: polityczny, społeczny, edukacyjny, sądowy – są mocno niewydolne. Ba, sami eksperci sobie z mową nienawiści nie radzą – nie jesteśmy zgodni co do tego, co tak naprawdę nią jest. Jak założę koszulkę „Zakaz pedałowania” – czy to jest mowa nienawiści, czy nie? A może tylko opinia? Nie mogę jej wyrazić? A może mogę?
To pytanie o to, co jest nadrzędne: moje prawo do ekspresji i wolność wypowiedzi czy konieczność obrony słabszych?
Nie sposób na nie odpowiedzieć, ale blisko mi do stwierdzenia: wolność mojej pięści kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność twojego nosa. Ale mamy jeszcze jedną wartość, moim zdaniem nadrzędną. Wolność myśli. Regulacje mowy, orzekanie, co wolno, a czego nie wolno powiedzieć czy napisać, mogą otworzyć drogę do ograniczania naszej swobody wypowiedzi, a zatem myśli. W sprawie Ashcroft vs Free Speech Coalition z 2001 r. Anthony Kennedy, sędzia amerykańskiego Sądu Najwyższego, stwierdził: „Prawo do myślenia jest początkiem wolności i mowa musi być chroniona przed rządem, gdyż mowa jest początkiem myśli”. I trudno się z nim nie zgodzić.
To nie prościej w tej sytuacji byłoby przyjąć już decyzję ramową Rady Europy?
Można, tylko byłaby to znów decyzja polityczna. A te albo stoją w interesie grupy rządzącej, albo nie. Dodatkowo w tym przypadku u nas rzecz rozchodzi się o LGBT. Dokładnie o to, jakie zmiany pociągną za sobą nowe przepisy. „Nie możemy tego przyjąć, bo to zaproszenie grup postępowych do eksperymentów na tkance narodu. Na rodzinie. To seksualizacja dzieci” – to argumenty podnoszone przez większość rządzącą. Podobnie jak: „Jeśli dopuścimy swobodę zachowań, obyczajowości, to za chwilę trzeba będzie zgodzić się na związki jednopłciowe, potem małżeństwa, a na koniec adopcje dzieci przez pary homoseksualne”.
Innymi słowy: nie możemy chronić grup przed mową nienawiści, bo…
Jak będziemy chronić, to one wejdą nam na głowę. Tak. Argument absurdalny, ale wielu przekonuje. A efekt jest taki, że pozwalamy okładać ich po głowie, ile wlezie. Dlatego apeluję, by oznaczać hejt. Nie być biernym. Zgłaszać wszelkie naruszenia, także fundacjom, które się tym zajmują. Najważniejsze jest to, by zbudować świadomość językową – od tego trzeba zacząć. To podstawa.