16-letnia Cindy Sohappy-Gilbert przez dwie godziny leżała nieruchomo w celi wielkości szafy, zanim ktoś przyszedł sprawdzić, czy oddycha. Dziewczyna była uczennicą Chemawa Indian Boarding School, działającej od ponad 140 lat szkoły z internatem dla Indian na obrzeżach Salem, stolicy stanu Oregon. Regulamin liceum stanowił, że personel powinien co 15 minut kontrolować stan nastolatka, którego zamknięto za karę w izolatce. Administracja służącego za szkolny ośrodek detencyjny budynku miała też stały podgląd z monitoringu na to, co się dzieje wewnątrz pomieszczeń. Strażnicy zeznają później, że Cindy wyglądała, jakby spała.
Dziewczyna trafiła do zakratowanej klitki wieczorem 6 grudnia 2003 r., krótko po tym, jak opiekun bursy zauważył, że jest bardzo pijana. Ledwie trzymając się na nogach, na przemian cedziła bełkotliwe frazy i śmiała się tak kompulsywnie, że pracownicy kampusu mieli problem z włożeniem jej do ust alkomatu. Nikt nie wezwał do niej lekarza ani nie zaalarmował rodziny mieszkającej w rezerwacie Warm Springs, ok. 210 km na wschód od Salem. Postąpiono tak, jak zazwyczaj załatwiano incydenty z uczniami, którzy łamali obowiązujące w kampusie rygory.
Raport z dochodzenia, które zakończy się dwa lata później, odnotuje, że tylko w roku szkolnym 2002/2003 w celach umieszczono 822 nastolatków. Najczęściej za alkohol lub narkotyki. W zależności od kalibru przewinienia lub widzimisię wychowawcy delikwenci siedzieli w odosobnieniu od 1 godz. do trzech dni. Dyrektor szkoły zezna, że zakratowane klitki nigdy nie kojarzyły mu się z celami więziennymi i że traktował je jako „społeczny oddział detoksykacyjny”.
Reklama
Gdy pracownicy szkoły zadzwonili po pogotowie, Cindy już nie żyła. W raporcie z sekcji zwłok jako przyczynę zgonu wskazano ostre zatrucie alkoholowe. Prokuratorzy z Oregonu nie znaleźli zaś wystarczających dowodów, aby postawić personelowi Chemawa zarzut nieumyślnego spowodowania śmierci. Jedyną bezpośrednią konsekwencją tragedii było to, że placówka zaprzestała używania izolatek do dyscyplinowania krnąbrnych podopiecznych. Rodzina nastolatki pozwała więc Urząd ds. Indian – agencję Departamentu Spraw Wewnętrznych, która nadzoruje szkoły kierowane przez rdzenne wspólnoty. Za tortury i zaniedbania, w następstwie których zmarła ich córka, zażądała 24 mln dol. odszkodowania. Tak jak gros powództw cywilnych związanych z doprowadzeniem do śmierci osoby bliskiej (tzw. wrongful death claims), spór zakończył się ugodą: w 2006 r. rodzina Cindy zgodziła się na rekompensatę w wysokości 1,8 mln dol. i zrezygnowała z roszczeń wobec państwa.
Bez konsekwencji

Reklama
Nieprawidłowościami w Chemawa zainteresował się za to urząd inspektora generalnego, instytucja kontrolująca wydatkowanie pieniędzy publicznych i legalność działań rządowych agencji. Jej dochodzenie wykaże w 2005 r., że administracja szkoły wykorzystywała ośrodek detencyjny niezgodnie z prawem i z naruszeniem standardów dotyczących pozbawienia wolności. Izolowani uczniowie nie popełnili żadnego przestępstwa, a traktowano ich gorzej niż skazanych: nie robiono im badań medycznych, brakowało jasnych procedur bezpieczeństwa albo ich nie przestrzegano; pilnujący nastolatków strażnicy nie wiedzieli, jak postępować w nagłych wypadkach ani nie umieli rozpoznać pogorszenia stanu zdrowia. Niektórych nie przeszkolono nawet w zakresie pierwszej pomocy.
Nadzorujący placówkę urzędnicy od dekad wysłuchiwali ostrzeżeń niezależnych inspektorów o zagrożeniach, jakie stwarzało miejsce detencji. Wielokrotnie sygnalizowano im również ryzyko odpowiedzialności prawnej. Mimo to, podobnie jak dyrekcja Chemawy, nie zrobili nic, aby uzdrowić sytuację w szkole. Raport z dochodzenia federalnego stwierdzał, że zaniechania urzędników „przyczyniły się do śmierci Cindy Sohappy-Gilbert i naraziły na niebezpieczeństwo wielu innych uczniów”. Jednak nikt nie zapłacił za to stanowiskiem.
Prawda dobrze schowana
Tragedia w Salem na nowo roznieciła w rdzennych społecznościach dyskusję o instytucjonalnej przemocy oddziedziczonej po czasach, kiedy szkoły z internatem, jak Chemawa, służyły do „cywilizowania” indiańskich dzieci przez władzę federalną i Kościoły. Niemniej prawda o systemie wymazywania kultury i języka pierwszych Amerykanów, która rzadko bywała tematem dla mediów głównego nurtu, nie stała się nim również wtedy. Trauma – opisywana przez indiańskie rodziny jako ból promieniujący na kolejne pokolenia – do tej pory nie przeniknęła do narodowego imaginarium. A historyczne rozliczenia nie zajmowały kolejnych ekip rządzących w Waszyngtonie. Wprawdzie w 2009 r. prezydent Barack Obama złożył podpis pod przeprosinami adresowanymi do Indian, ale wyglądały one tak, jak gdyby chciano uniknąć ich nagłośnienia. Nie dość, że kluczowy tekst został dobrze ukryty w ustawie o wydatkach obronnych, to jeszcze przyjęto go w mocno rozwodnionej wersji. Ostatecznie za „grabieże” i „błędne polityki” przepraszał nie rząd USA, lecz „naród”. O szkołach z internatem nawet nie wspomniano. Na końcu tekstu umieszczono za to zastrzeżenie, że słowo „przepraszamy” nie oznacza poparcia ani zachęty do wysuwania roszczeń przeciwko państwu. O ile Kanada dzięki tytanicznej pracy Komisji Prawdy i Pojednania wypełniła białe plamy tam, gdzie udało się dotrzeć do archiwów i świadków, o tyle u jej południowego sąsiada wysiłek lepienia cząstek prawdy podejmowała jedynie garstka badaczy, lokalnych dziennikarzy i organizacji indiańskich.
Trzeba było pierwszej rdzennej Amerykanki na czele Departamentu Spraw Wewnętrznych i odkrycia 966 nieoznakowanych grobów na obszarze dawnych szkół z internatem w Kolumbii Brytyjskiej i Saskatchewan, by federalna administracja zrobiła krok w stronę konfrontacji z przeszłością. Pod koniec czerwca sekretarz Deb Haaland zapowiedziała śledztwo, którego celem będzie zbadanie nadużyć i zrozumienie długofalowych konsekwencji brutalnej asymilacji. Haaland, członkini plemienia Laguna Pueblo, wyznała na łamach „Washington Post”, że jej dziadków ze strony matki wykradziono rodzinom, kiedy byli ledwie ośmiolatkami, i zmuszono do życia z dala od swojej społeczności i kultury do 13. roku życia. Wielu młodych Indian nigdy nie wróciło do domów. „Mamy pokolenie zaginionych lub skrzywdzonych dzieci, zaginionych lub skrzywdzonych ciotek, wujków, rodziców i dziadków tych, którzy żyją obecnie” – napisała Haaland. Podkreśliła, że aby zmierzyć się z obciążającym dziedzictwem szkół z internatem, ofiary i świadkowie muszą zostać wysłuchani. Jej departament ma się skupić na zlokalizowaniu wszystkich placówek, odnalezieniu miejsc pochówków i identyfikacji ofiar. W planach jest przekopanie się przez obejmującą 150 lat dokumentację historyczną. Do większości tych archiwów nikt nie zaglądał od czasu ich powstania. Badacze zdołali odnaleźć lub uzyskać dostęp jedynie do małej części zbiorów.
Dlatego dziś nie wiadomo dokładnie, ilu rdzennych uczniów przewinęło się w Stanach przez takie szkoły. Według szacunków Native American Boarding School Healing Coalition (NABS), stowarzyszenia, które od 2012 r. zbiera dowody i opowieści świadków, w latach 1870–1970 władze federalne i Kościoły odebrały indiańskim rodzicom 250 tys. dzieci. Organizacja domaga się od rządu oficjalnego uznania, jak to uczyniły władze Kanady, że amerykańskie szkoły z internatem dokonywały kulturowego ludobójstwa. Z historycznych relacji wynika, że żołnierze często siłą wyszarpywali rodzicom dzieci, by wywieźć je tysiące kilometrów od macierzystych rezerwatów. Ale było też wiele rodzin, które dobrowolnie wysyłały dzieci do odległych placówek, widząc w nich szansę na zdobycie „białej” edukacji i fachu. NABS ocenia, że w połowie lat 20. XX w., gdy system już okrzepł, ponad 80 proc. Indian w wieku szkolnym mieszkało i uczyło się poza domem. Dla porównania: w Kanadzie w podobnym okresie było to ok. 30 proc., a liczba potomków Pierwszych Narodów umieszczonych w instytucjach asymilacyjnych sięgnęła 100 tys.
Nie jest też znana precyzyjna liczba placówek. David Wallace Adams, obecnie emerytowany profesor historii Cleveland State University w Ohio, w książce „Education for Extinction” z 1995 r. pisał, że w 1909 r. poza rezerwatami działało 25 szkół z internatem, a na ich terenie – 157. Jego publikacja była pierwszą kompleksową monografią na temat programu przymusowej amerykanizacji Indian i wykorzystywania edukacji jako instrumentu podboju. NABS doliczyło się 367 placówek, blisko trzykrotnie więcej niż w Kanadzie. Od lat 30. XX w. stopniowo je wygaszano. Nadal funkcjonuje 15 (w tym cztery poza rezerwatami), choć zaszły w nich spore zmiany. Ich kadrę kierowniczą i nauczycielską stanowią głównie Indianie, a do programu nauczania włączono m.in. naukę rdzennych języków i kultury. Jak deklarują, ich misją jest zapewnienie dzieciom wysokiego poziomu edukacji i bezpiecznych warunków rozwoju. Mimo to pod względem wyników testów, odsetka uczniów z dyplomem ukończenia nauki i dostępnej infrastruktury indiańskie szkoły są na samym dole krajowych statystyk.
Żołnierze i księża
„Moja matka umarła w 2011 r., ale wciąż widzę ją, jak próbuje przegonić swoje niewidzialne demony. Czasami godzinami chadzała po naszym domu, rozpaczliwie kręcąc głową, by powstrzymać przed wdarciem się uporczywych, potwornych wspomnień. Bez przerwy wykręcała ręce i wymachiwała nimi, jakby coś do nich przylgnęło i chciała się tego pozbyć. W takich dniach była dla naszej rodziny nieobecna” – wspominała dwa lata temu w „The Atlantic” dziennikarka Mary Annette Pember z plemienia Odżibwejów. Jej matka przeszła przez prowadzoną przez katolickie zakonnice szkołę z internatem w Wisconsin. Minęło wiele lat, zanim opowiedziała córce o niepojętym okrucieństwie sióstr: biciu, głodzeniu, ciągłym upokarzaniu. „Nadmierna czujność, obronna postawa, uraza i wybuchowy charakter były jej jedynymi sprzymierzeńcami w zdarzeniu ze szkolnym przesłaniem o niższości rasowej, z codziennym przypominaniem, że tubylcy to istoty prymitywne, które mają małe szanse wyjść poza rolę sług w świecie białego człowieka” – pisała Pember.
Kościół katolicki w USA miał dominującą pozycję w prywatnej edukacji rdzennych dzieci. W różnych okresach władał około 80 szkołami z internatem w kilkunastu stanach; ostatnie zamknięto w latach 70. XX w. Prężnie działały też placówki sponsorowane przez inne wspólnoty chrześcijańskie – m.in. prezbiterian, kwakrów, metodystów. Pod względem rozmachu i metodyczności placówki religijne ustępowały jednak przybytkom, jakie po krwawym usunięciu 60 tys. rdzennej ludności na zachód od rzeki Missisipi w połowie XIX w. zakładali prominentni oficerowie.
Impulsem do rozwoju i sformalizowania edukacji Indian była ustawa o funduszu na rzecz cywilizowania z 1819 r. Na jej podstawie rząd mógł płacić misjonarzom i innym „osobom o dobrym, moralnym charakterze” za tworzenie szkół, które wprowadzą tubylcze dzieci w arkana „zwyczajów i sztuk” białego człowieka. Najdoskonalszą machinę ujarzmiania indiańskich kultur zaprojektował gen. Richard Pratt, weteran kampanii przeciwko plemionom Florydy. Filozofia edukacji Pratta opierała się na założeniu, że przyczyną „dzikiej natury” tubylców nie była rasa, lecz „prymitywne i barbarzyńskie” środowisko. Aby zaszczepić im cywilizację, należało więc wyrwać indiańskie dzieci z mateczników i w nowym otoczeniu przerabiać je na osoby zdolne stać się pożytecznymi członkami społeczeństwa. Nie wystarczyło uczyć elementarza, krzewić angloeuropejską etykę pracy i wpajać chrześcijańskie wartości. Amerykanizacja wymagała zniszczenia rdzennej tożsamości, języka i duchowości. „Zabij Indianina, ocal człowieka” – brzmiała sławna dewiza Pratta.
W 1879 r. w dawnych koszarach wojskowych w Pensylwanii generał założył Carlisle Indian Industrial School, pierwszą szkołę z internatem poza granicami rezerwatów. Przez 39 lat istnienia przewinie się przez nią ponad 10 tys. uczniów ze 140 plemion. Wielu zostanie ściągniętych z odległych wiosek Terytorium Dakoty, rejonu Północnego Pacyfiku, a nawet z Alaski. Rekrutując młody narybek, Pratt nierzadko uprawiał moralny szantaż. Przekonywał przywódców plemiennych, że biali zawłaszczyli ich ziemie, wykorzystując ignorancję indiańskich ludów, które nie znały angielskiego i nie miały przydatnej wiedzy, więc łatwo można je było oszukać. I niektórzy liderzy plemienni zgadzali się oddawać dzieci do szkoły – przynajmniej do czasu, gdy okazało się, że nie będzie z nimi kontaktu, aż wejdą w okres wczesnej dorosłości. Dyrektor Carlisle zakazywał korespondencji w rdzennym języku i nie przywidywał wakacyjnych wyjazdów do domów. Uważał, że mogłoby to odwrócić efekty żmudnej asymilacji. Gdy pokojowe metody naboru zawodziły, federalni naganiacze sięgali po autorytet siły. Kongres uchwalił też prawo zezwalające urzędnikom ds. Indian wstrzymać wydawanie im racji żywieniowych, jeśli rodzice nie wyślą córek i synów na naukę. Zdarzało się, że opiekunowie, którzy protestowali – jak grupa mężczyzn Hopi w 1895 r. – lądowali w więzieniu. Inni kazali się dzieciom ukryć daleko od domów.
Carlisle stała się modelem dla 26 innych państwowych i setek kościelnych placówek powstałych na przełomie wieków XIX i XX. Od pierwszych dni nowego życia dzieci miały się zanurzyć w kulturze białych. Wychowawcy obcinali im długie, kruczoczarne włosy, ubierali w wykrochmalone mundurki, a także przydzielali – albo kazali wybrać – anglosaskie imiona i nazwiska. Zajęcia były zaplanowane z wojskową precyzją – od rana do wieczora. Oprócz uczenia języka angielskiego, historii czy arytmetyki wychowanków przygotowywano do pracy rolników, robotników fabrycznych i pomocy domowych. Chłopcy uczyli się m.in. malowania lub murarki; dziewczynki wprawiały się w praniu, szyciu i gotowaniu. Za mówienie w rodzimym języku uczniów spotykały surowe kary, choć przyjeżdżając, wielu nie znało angielskiego. Raz mogło to być sprzątanie latryn, innym razem chłosta. Praktyka zamykania w celach była rutynowym sposobem na „niegrzecznych”. Ponieważ w szkołach z internatem były koszarowane dzieci z różnych plemion, paradoksalnie doświadczenie wspólnoty losów przyczyniło się do wytworzenia się panindiańskiej tożsamości.
Obok oficjalnie sankcjonowanych kar cielesnych i izolacyjnych w wielu opowieściach świadków powtarzają się wątki znęcania, maltretowania i wykorzystywania seksualnego. Udokumentowanie skali tych nadużyć wymagałoby nie tylko dostępu do archiwów federalnych, lecz także współpracy Kościołów. Pisma sądowe, do których docierali dziennikarze, wskazywały, że jeszcze w latach 70. XX w. uczniowie bywali chłostani, głodzeni, zrzucani ze schodów i zmuszani do stania nago przed klasą. Raz na jakiś czas media informują też o pozwie złożonym przez ofiary molestowania. Po czym zapada cisza. Ostatni przykład pochodzi sprzed dwóch lat. Absolwent nieistniejącej już St. Catherine’s Indian School w Nowym Meksyku zarzucił władzom zgromadzenia, które nią kierowało, że w latach 80. nie ochroniły go i innych uczniów przed wykorzystywaniem seksualnym przez duchownych i nauczycieli.
Przekleństwo czy szansa
Budynki szkoły Chemawa okala cmentarz, a na nim 200 zmurszałych nagrobków. To miejsca pochówków dzieci zmarłych z powodu gruźlicy, grypy i innych chorób zakaźnych szerzących się na przełomie wieków XIX i XX. W 2016 r. Marsha Small z plemienia Północnych Czejenów na potrzeby pracy dyplomowej przebadała za pomocą georadaru teren starego kampusu (obecny jest dużo mniejszy) w poszukiwaniu nieoznakowanych grobów. Odkryła, że w ziemi znajdują się szczątki co najmniej 222 ciał. Niewykluczone, że jest ich więcej, potrzebne są kolejne badania.
Na cmentarzu w Carlisle (dziś to teren Dickinson College) znajduje się kolejnych 198 nagrobków ofiar „chorób białego człowieka”. Od kilku lat trwa oddawanie szczątków wspólnotom Siuksów i Aleutów, o co długo walczyły.
Cmentarz na dawnym kampusie Haskell Indian School Kansas – dużej placówki wzorowanej na szkole Pratta (teraz jest tam Haskell Indian Nations University) – ma 102 oznakowane groby. Wiadomo o śmierci jeszcze co najmniej 500 tamtejszych uczniów, których pochowano gdzie indziej.
Niewielu badaczy podejmuje się próby oszacowania, ile dzieci umarło w szkołach z internatem na terenie USA. Preston McBride, historyk z Dartmouth College, twierdzi, że może to być nawet 40 tys. – głównie z powodu chorób, braku opieki medycznej, fatalnych warunków mieszkalnych i sanitarnych.
Od czasu śmierci Cindy Sohappy-Gilbert na terenie szkoły w Salem lub zaraz po jej opuszczeniu umarło jeszcze kilkoro nastolatków. Pod wpływem nacisków rodziców i doniesień lokalnych mediów w 2019 r. w Izbie Reprezentantów odbyło się wysłuchanie na temat sytuacji w Chemawa (w grę wchodziły również oskarżenia o oszustwa i nietransparentność). Nauczyciele przekonywali, że mimo fatalnej infrastruktury i niedoborów kadrowych – związanych z wieloletnimi zaniedbaniami – szkoła daje wielu nastolatkom schronienie i możliwości kształcenia, na jakie nie mogliby liczyć w rezerwatach. Spora część to młodzież z grup „wysokiego ryzyka”, jak mówią pedagodzy. Sieroty, osoby urodzone z FAS (alkoholowy zespół płodowy), nieletni z epizodami alkoholowymi i narkotykowymi, ofiary przemocy domowej i molestowania seksualnego, a także młodociani sprawcy przestępstw i wykroczeń. Z raportów i danych niezmiennie wyłania się dramatyczny obraz – indiańscy nastolatkowie przodują we wskaźnikach ubóstwa, nieukończenia szkoły, uzależnień, zaburzeń emocjonalnych, zespołu stresu pourazowego. Jak wynika z analiz Departamentu Zdrowia, częstotliwość samobójstw 15–24-latów z rdzennych ludów jest 2,5 razy wyższa niż dla ogółu tej grupy wiekowej. Prawdopodobieństwo śmierci indiańskiego dziecka przed osiągnięciem dorosłości jest ponad pięciokrotnie wyższe niż w przypadku białego.
Aby zaszczepić im cywilizację, indiańskie dzieci należało wyrwać z mateczników. Nie wystarczyło uczyć elementarza i wpajać chrześcijańskie wartości. Amerykanizacja wymagała zniszczenia rdzennej tożsamości, języka i duchowości