Nie śmierdzi.
Nie śmierdzi, bo rano. Dopiero po 9. Zaczyna śmierdzieć po południu, a wieczorem najbardziej. Wiem, wiem, wieś ma prawo śmierdzieć. Znam te smrody. Uczyłam się w Technikum Turystyki Wiejskiej. Byłam na praktykach w różnych gospodarstwach. Pamiętam dobrze, co czułam. Inaczej, lżej jakoś. Wszyscy wiedzą, jak śmierdzi od krów, od świń. To się da wytrzymać. Ale wtedy też wieś inaczej wyglądała.
Chodzi o to, że kiedyś było lepiej, a teraz jest gorzej?
Nie, mnie chodzi o to, że polska wieś się zmienia. Teraz często to bezmiar monokulturowych pól. Kukurydza i kukurydza. Długo zielona, na ponad 2 m wysoka. Taka, żeby nie było nic widać. Tu tylko fermy i monokultura, fermy i monokultura. Ci, co tu mieszkają od dziecka, mówią, że to teraz inny świat. O, zaraz będzie padać. Niech pada, niech pada jak najwięcej. Spłucze trochę. Wtedy mniej czuć. Chociaż przez chwilę będzie można oddychać. Potem znowu parowanie i znowu smród. Czasami tak śmierdzi, że ludzie dzwonią na policję lub do straży miejskiej, bo gdzie mają dzwonić? Ale policja nie chce przyjeżdżać, bo nie ma przepisów, nie ma ustawy, nic nie można zrobić. Tylko ten odór jest.
Teraz nie ma. Tak zwana ustawa odorowa nie została uchwalona, ale wraca, trafiła do uzgodnień międzyresortowych. Na razie według serwisu Ministerstwa Klimatu i Środowiska i sam smród, i jego szkodliwość trudno sklasyfikować.
Właśnie tak twierdzą politycy. Uważają, że odczucie smrodu jest subiektywne. Że dla jednego woń może być nieprzyjemna, dla drugiego obojętna, a trzeciemu może się podobać. I choć odór można zmierzyć, ba, są nawet do tego urządzenia, olfaktometry, to nikt się nie kwapi, żeby wprowadzić smrodowe normy, a to wszystko zamknąć w ustawę. Hałas się mierzy i smród się mierzy. Lotnisk nie buduje się w miastach, bo samoloty hałasują i przeszkadzają ludziom, fabryki Volkswagena nie postawiono na rynku we Wrześni, tylko wydzielono specjalną strefę. Jak się buduje autostradę, to też się wsie całe wysiedla, a nie każe ludziom mieszkać między jednym pasem autostrady a drugim. Do tego stawia się ekrany, wyciszenia. Hałas jest szkodliwy, bo obowiązuje ustawa, a smród nie jest, bo ustawy nie ma i fermy zwierzęce stawiają tuż obok naszych domów.
Pani tu mieszka od kilku lat. Wprowadziła się pani, kiedy fermy norek już stały, czyli już śmierdziało.
Pamiętam jeden z pierwszych dni. Przyjechaliśmy, zwaliliśmy się z tym wszystkim, z całym dobytkiem. I przyszedł wieczór. Coś robiłam w ogródku, mąż w domu, wynosił jakieś rupiecie, bo mieliśmy tu remontować, i słyszę krzyk mężczyzny: zamykać okna, bo waaaali! Myślałam, że miejscowy wariat, a to sąsiad. Oni tu się wszyscy nauczyli, że jak zaczyna trochę śmierdzieć, to znaczy, że zaraz będzie śmierdziało bardziej. Fetor będzie. Minęło 10 albo 15 minut i jak walnęło smrodem! Ale takim, którego nie znaliśmy, którego nigdy nie spotkaliśmy. Duszącym, dławiącym, kwaśnym, słodkawym też, trudnym do określenia, z niczym nieporównywalnym, strasznym, wchodzącym we wszystko, osiadającym... Sąsiad powiedział, że to norki. Dopiero wtedy zdaliśmy sobie sprawę, w co się wpakowaliśmy. Potem przyszedł sierpień i zaczęło śmierdzieć jeszcze bardziej. Inny sąsiad nas uświadomił, że norki rosną, więcej srają, więc będzie coraz gorzej.
Nie wiedziała pani, że kupuje dom przy fermie norek?
Pani od nieruchomości umawiała się z nami o dziewiątej albo dziesiątej rano. Pewnie takie miała godziny pracy. Nie wiem, czy wiedziała, co tu się dzieje, ale przecież gdybyśmy przyjechali po południu, tobyśmy tej ruderki nie kupili. A rano jest nawet rześko. Nic nie czuć. No i nic nie widać, bo przecież ta kukurydza. Na początku myślałam, że jest jedna ferma, dopiero gdy ścięli tę kukurydzę, patrzę, pawilony, druga, większa. A my marzyliśmy o życiu na wsi. Córki dorosłe, pracują, mają swoje życie. Za oszczędności kupiliśmy to mieszkanie. Mąż chory, kolejne operacje przed nim. I wie pani, co pomyślałam? Że wszędzie zakazują hodowania zwierząt futerkowych, to i w Polsce zakażą. Władza w Polsce jest przecież kotolubna, prozwierzęca. Może jeszcze jakoś to będzie. Nie chcieliśmy wracać do Poznania. Tam mieszkaliśmy na czwartym piętrze bez windy, a po chemiach mężowi siadły nogi. Zdecydowaliśmy, że wieś, ale musiało być tanio, rudera mogła być. Umiem remontować, naprawiać. To wszystko razem sami tu zrobiliśmy. Pomogli też przyjaciele. Znaleźliśmy ten Kawęczyn, popegeerowską wieś na końcu świata, samochody prawie nie jeżdżą, żadna przelotówka, cicho... Bez tych nowobogackich hacjend. Nie wiedzieliśmy tylko, że smród jest w pakiecie.
Warszawa, 08.06.2021, ksiazka Stos fot. Maksymilian Rigamonti / Dziennik Gazeta Prawna / Maksymilian Rigamonti
Trzeba było porozmawiać z sąsiadami, popytać, porozglądać się.
Wie pani, Polak mądry po szkodzie. Nam się tu spodobało, byliśmy podekscytowani, że możemy przenieść się na wieś, że możemy sobie na to pozwolić. Dopiero później się okazało, że tu każdy ma w domu pozaklejane kratki wentylacyjne. O, zaczyna śmierdzieć. Czuje pani? Ale to jest jeden w dziesięciostopniowej skali. W takim czymś jeszcze można żyć, jednak tu się zdarza smród powyżej skali. Szczególnie wieczorem, kiedy powietrze stoi, kiedy zaczyna opadać rosa. Nie ma się jak przed tym chronić. Okna zamknięte, a i tak włazi. Jak się wyjdzie na chwilę na zewnątrz, to się śmierdzi jak norka. Trzeba prać wszystko, co się ma na sobie, i się kąpać. Któregoś dnia sąsiedzi mówią, że zrobią grilla. Zrobili, coś popili, zabawa i udało im się zapomnieć o smrodzie. Rano się budzą, a w domu odór norkowy. Prześmierdli. Dużo zależy od wiatru. Jak jest taki silny z zachodu, to jesteśmy uratowani, bo smród idzie na Gulczewo, tam, 1,5 km dalej. Nas omija, ale z kolei tam ludzie się duszą. Dzieciaki od tego wymiotują. Jedna rodzina zostawiła mieszkanie, od dawna stoi puste, niesprzedawalne. Wynajęli coś we Wrześni. Nie wytrzymali. Najgorzej jest, jak wywożą obornik. Czasem przez pięć dni i pięć nocy, a my mamy wtedy norczy posmak w ustach. Staramy się wyjeżdżać do znajomych kilka wsi dalej. Tu obok mieszka jedna rodzina. Syn z ojcem tam pracowali. Nawet po wykąpaniu śmierdzieli. Ten smród wszedł im w ciała. Mówią, że gdyby mieli dostać milion złotych, toby tam nie wrócili. Ojciec budził się w nocy, biegał po mieszkaniu, śniły mu się te norki.
Duże te fermy?
Tamta za torami jest na 190 tys. zwierząt, tę za kukurydzą pobudowali na 240 tys. Jedno futro robi się z 65 norek. Czasami widać, jak po wsi latają uciekinierki, rebeliantki, takie, co musiały marzyć o wolności. Zagryzają gęsi, kury, króliki, ale nie chcą do więzienia, do tego obozu koncentracyjnego. Z funduszu sołeckiego kupiono nam klatki do ich wyłapywania. Wystawiłam taką klatkę, ale tylko wróbel się do niej złapał. Wypuściłam. Ludzie sobie nie zdają sprawy, jak te hodowle zwierząt futerkowych wyglądają. Zresztą ja też sobie nie zdawałam. Nie wiedziałam też, jak to wygląda w przypadku ferm kurzych.
Tu nie ma ferm kurzych.
Nie ma, bo wywalczyliśmy, żeby nie było. Kiedy zaczęliśmy tu mieszkać, to zaraz też się okazało, że będą budować właśnie wielkie kurniki. Tu, 80 m od naszych domów, na 1 060 000 kur za jednym zamachem. Kurczaki to jest sześć, siedem obsad rocznie. Co czterdzieści parę dni wietrzenie kurników i nowa obsada. W sumie ponad 7 mln ptaków. Do tego te norki. Obozy śmierci, cmentarzysko. We wsi, która liczy 60 paru mieszkańców, ponad 7 mln zwierząt! Absurd. To jest produkcja żywych stworzeń. Odpady po kurach i te ciała, które tu się nazywa upadkami, miały iść do norek. Norki miały być tym karmione. A co by było, gdyby na tej fermie było ognisko ptasiej grypy? Boże, a ja głupia najbardziej się bałam, że kiedy się przeprowadzę na wieś, to psy będą na łańcuchach. Już planowałam, jak je będę uwalniać. Nie ma żadnych łańcuchowych, wszystkie w domach, na kanapach. Jest nawet jeden mały yorczek. Ludzie tu się troszczą o zwierzęta.
Nie przeszkadzały im fermy norek, dopiero jak pani się tu sprowadziła, zaczął się problem.
Tu mam SMS od jednej dziennikarki. Pisze tak: inwestor oskarża panią, że jest pani opłacana, by podburzać, że nikt w pani rodzinie nie pracuje, a opływacie w luksusy. Wzięłam telefon, sfilmowałam te wszystkie swoje luksusy, to nasze mieszkanie, podrdzewiały samochód i wysłałam jej. Ludzie zaczęli gadać, że ktoś mnie tu podstawił. Przyjechał facet wybierać szambo i mówi, że słyszał, że mam poukrywane w garażach luksusowe samochody, że nikt w rodzinie nie pracuje. Śmiał się, bo mnie zna i wie, że to bujdy. Mam pokazywać świadectwo pracy, że pracuję od 19. roku życia? Przestałam na chwilę, kiedy mąż po operacjach onkologicznych potrzebował 24-godz. opieki. Przed chorobą harował w Anglii, trochę odłożyliśmy, mamy zasiłek i wystarcza. Nie potrzebujemy niczego specjalnego. Jedne buty na rok i już. Minimalizm. Przecież nie wiem, ile nam jeszcze zostało wspólnego życia. Zatrudniam się na kilka tygodni, ale informuję pracodawców, że w razie czego muszę wracać do domu. Każdy tydzień pracy to dla nas zastrzyk gotówki. Jest na drewno na opał, na jedzenie, na jakieś zapasy. Śmieszne, że jestem postrzegana jako bogaczka. No, ale jak świat światem, czarownicom przypisywano rzeczy, które były nieprawdą, wymyślano sensacje, palono na stosach za coś, czego nie zrobiły. Chłopacy pod sklepem w sąsiedniej wsi mówili, że ktoś rozsiewa takie plotki, coś o apartamencie w Poznaniu i o tym, że nie sami zapłaciliśmy za to mieszkanie. Wydrukowałam pisemko i powiesiłam na tablicy ogłoszeń. Było w nim, że jak jeszcze raz ktoś będzie mnie szkalował, to pójdę do sądu. W nocy kartka została zerwana. Raz, jak staliśmy tu, na drodze, i pokazywaliśmy komuś z dziennikarzy, gdzie mają stanąć kurniki, to srebrny mercedes niemal w nas wjechał. Otworzyło się okno w samochodzie, a tam sam pan Rajmund, właściciel wszystkiego w okolicy, i tych norek, i tej ziemi, i tych kurników, co miały stanąć, a nie stanęły i mam nadzieję, że nie staną. Powiedział tylko coś w stylu: „Do roboty się weźcie! Wszystko wam pozabieram”. Chyba wtedy ludzie zaczęli rozumieć, że jest król i są poddani. Tylko że ja nie chciałam być poddaną. Oni powoli też nie, choć najpierw w 2015 r. mówili, że może te kurniki nie takie straszne, że za lasem postawi, tam dalej, że może nie będą przeszkadzać. Ludzie, nie za lasem, ale tu, obok domu, za waszym blokiem, wielkie fermy kurze! Do jednej sąsiadki mówię, że mapy są, że z urzędu wzięłam, że każdy ma prawo je zobaczyć. Chodziłam od sąsiada do sąsiada. Każdy patrzył i nie wierzył. I pytał: „A te prostokąty to co?”. „Kurniki” – mówiłam. „A te małe punkty to co?” „To twój dom. Ten mały punkcik to twój dom”. Z drona widać te wielkie fermy norek i nasze małe domki.
I stała się pani, jak rozumiem, aktywistką.
Stałam się pełnoprawną mieszkanką wsi, która walczy o swoje prawa. I nie, nikt mi za to nie płaci. Wszędzie, w całej Polsce, w tych protestach antyfermowych dowodzą kobiety. Może dlatego, że wiemy, o co walczymy. O zdrowie, o życie, o godność. Poza tym tam, gdzie trzeba coś społecznie robić, bez pieniędzy, to nie ma mężczyzn, a jak są, to pojedynczy. Kilka wsi dalej jest facet, który walczył. Przegrał. Tam fermy już stoją. Mówił, że będę miała problemy, że będę zastraszana, oczerniana, bo on był. Jak tu do nas przyjechał, to pożyczonym samochodem, żeby tylko nikt go nie rozpoznał. Paranoja, myślałam, a potem sama czułam ten strach. Zrozumiałam, że mam wszystko do stracenia, że muszę walczyć. Nie stać mnie teraz, żeby wziąć kredyty, nie mogę, bo nie wiem, co będzie z mężem. Nie stać mnie na to, żeby się stąd wyprowadzić. Chcę jakoś żyć. Nie myślę tylko o sobie. Patrzę perspektywicznie i walczę o pozostałych mieszkańców Kawęczyna, o przyszłość ich dzieci, ich dziadków, o degradowane środowisko, o niszczony bezpowrotnie krajobraz. Tu kiedyś były gospodarstwa pegeerowskie, stały obory, jakaś kuźnia, magazyn i stacja benzynowa. Właściciel wszystko wyburzył. Pałac też zburzył. Park jest na razie w rejestrze zabytków. Konserwator napisał, że ferma i ten smród straszny szkodzą starym drzewom, więc właściciel postawił sobie cel: wykreślić park z rejestru zabytków. Wiatr podobno połamał starą lipę. Na szczęście nie udało się zdjąć z niej statusu pomnika przyrody. Właściciel mówi, że jeśli ten park jest zabytkowy, to znaczy, że cała Polska jest zabytkowa. A lipa kwitnie. W lipcu słychać pszczoły. Właściciel przekazał, że jak chcę, to mogę sobie to drzewo przesadzić do własnego ogródka. Nie chcę. Chcę, żeby był tu ten park zabytkowy, a nie 20 wielkich kurników. I tego chcą wszyscy okoliczni mieszkańcy.
Pani uważa się za ich przedstawicielkę?
Na początku mówili: Gośka, nie wygramy, nie damy rady, szkoda naszego czasu. Nigdy wcześniej nie walczyli. Przecież gdy stawiano tę pierwszą fermę, to ludziom obiecywano, że tu będą miejsca pracy. Dopiero jak powstała, zobaczyli, z czym się mierzą. Z jakim smrodem. A miejsca pracy? Może z siedem samochodów rano jedzie w tamtą stronę. Powiedziałam więc, że idę sama, bo człowiek musi mieć wpływ. Jestem tak wychowana, tak wychowałam swoje córki. Wpływ na to, co dookoła. Po to żyjemy, żebyśmy ten zastany świat zmieniali na lepszy. Trzeba się angażować, pomagać, działać. I poszli za mną. Najpierw jedna sąsiadka, potem kolejni. Działamy. I w sądach, i w mediach. Teraz walczą już wszyscy, cała okolica. Walczy Kawęczyn, walczy Gulczewo, Marzenin, do tego Pakszynek. I tę walkę wspierają różne organizacje. Jest Projekt Września, są Czysta Nekla, Puszcza Zielonka, jest rzecznik praw obywatelskich. Bez nich nic byśmy nie zrobili! Totalnie nic! Wszyscy uświadomili sobie, jaka to jest ogromna inwestycja i z czym się mierzymy. A z tamtej strony ciągle wojna podjazdowa. Zastraszanie. Tu, przy samej linii naszych ogródków, ogień, pożar. Przyjechał właściciel ferm. Ludzie, że chciał ich spalić, a on, że to ja chciałam. Poszłam na policję, że mnie szkaluje, pomawia. Nie chciano przyjąć zeznań, a w lokalnej gazecie ukazał się artykuł, że jest podejrzenie o podpalenie przez jedną z mieszkanek. Inna mieszkanka Kawęczyna też poszła i identyczna sytuacja – na policji powiedziano jej, że ma sama iść do sądu z pozwem, a nie na policję. Innym razem podjechał buldożer, kilka ruchów i zlikwidował dzieciom plac zabaw. Okazało się, że plac był na ziemi inwestora, a gmina nie podpisała z nim umowy o dzierżawę. W gazecie powiedział, że to nie on zaczął tę wojnę. Niestety, ma tu wykupione nawet te małe działeczki wewnątrz wsi. Tamtą też, gdzie leży odpływ szamba z naszej nieruchomości. Sprzedali mu działkę z wiejskim szambem! Jak któregoś dnia nam odetnie, to koniec, cztery mieszkania w szeregowcu zostają bez kanalizacji. Mam nadzieję, że kiedyś wyjdzie na jaw, jak jeden człowiek mógł kupić prawie 100 proc. kawęczyńskich pegeerów. To pole jest jego. I to, i to, i tamto. Wszystko jego. Agencja Nieruchomości Rolnych tak sprzedała teren, że nic nie ma dla mieszkańców, nawet dzieci nie mają się gdzie bawić. Gmina nie ma tu nic poza drogą gminną i jej pasem. Ktoś rozniósł plotkę, że teraz dzieciaki w Kawęczynie przeze mnie nie mają placu zabaw. Ktoś inny, że jakby te kurniki były, to przynajmniej dzieciaki byłyby zadowolone. Nie wytrzymałam. Jakby te kurniki były, to wasze dzieciaki rzygałyby od smrodu. Ale któregoś dnia czytam „Wiadomości Wrzesińskie”, a tam moi sąsiedzi na zdjęciu i tekst, że wspierają liderkę protestu, że jestem ich bohaterką, że stoją za mną murem i stać będą. ©℗
Stos
Małgorzata Nowak jest jedną z bohaterek książki „Stos” – fotograficzno-literackiej opowieści Magdaleny i Maksymiliana Rigamontich o kobietach, które wymykają się stereotypom. Książka jest częścią Kolekcji Wrzesińskiej – wieloletniego projektu fotograficznego, w którego rezultacie powstaje artystyczne archiwum fotograficzne Miasta i Gminy Września. Ukazuje się 18 czerwca.