Reklama
Dopóki w USA rządził Donald Trump, nasza polityka zagraniczna polegała z grubsza na bezrefleksyjnym podążaniu za sojusznikiem, w nadziei, że ten wiernopoddaństwo doceni i, oprócz zapewnienia bezpieczeństwa militarnego, od czasu do czasu rzuci nam jeszcze jakiś inny kąsek. Na przykład wyznaczy nam rolę hubu, dystrybuującego amerykański gaz skroplony dla Europy Środkowo-Wschodniej, dzięki czemu wyrobimy sobie pozycję regionalnego mocarstwa. Albo przynajmniej informację o tym „dealu” dobrze sprzedamy na paskach w TVP Info.
Niewiele z marzeń wyszło. Za to skłóciliśmy się z większością partnerów w Unii Europejskiej, którzy (słusznie lub nie) podchodzili do polityki Trumpa znacznie bardziej krytycznie, a w dodatku w przeciwieństwie do lokatora Białego Domu nie byli skłonni akceptować wielu działań naszej większości parlamentarnej, które uznawali za naruszające standardy demokracji. W międzyczasie nie zbudowaliśmy niczego w polityce bałtyckiej, choć eksperci do znudzenia powtarzają zdania o wadze tego regionu, wielu wspólnych interesach (obrona przed agresywną Rosją, ale też ekologia), potencjale ekonomicznym, technologicznym i kulturowym państw skandynawskich itd. Współpraca regionalna w formule wyszehradzkiej de facto ograniczyła się do karesów z Viktorem Orbánem – trochę na złość UE, a trochę z ludzkiej potrzeby usłyszenia od czasu do czasu paru ciepłych słów pod swoim adresem. Za to z Czechami i Słowakami jest dużo gorzej.
W regionalnej polityce pozaunijnej też trudno mówić o sukcesach. Alaksandr Łukaszenka wykorzystuje nas jako propagandowego straszaka na Białorusinów, opowiadając o naszych planach zajęcia Grodna, a mniejszość polską w swoim kraju traktuje jak zakładników. Tymczasem nasze możliwości oddziaływania na sytuację u sąsiada ograniczają się do pogadania sobie o obalaniu dyktatora na antenie Biełsatu (cudem uratowanego przed zamknięciem, co groziło mu na początku rządów PiS w ramach nieudolnej próby ocieplania relacji z Mińskiem). Od Rosji nie udało się uzyskać nic – ani ułatwień w eksporcie produktów, ani wraku tupolewa (co zapowiadano, traktując imposybilizm rządów PO jako jeden z kluczowych elementów kampanii wyborczych). Za to z prozachodnią przecież Ukrainą skomplikowano sobie relacje, wyraźnie z powodów taktyki wewnętrznej, czyli próby wciągania w orbitę władzy skrajnych środowisk narodowo-konserwatywnych.
Z podobnych powodów, czyli natury wewnątrzpolitycznej, po drodze wplątaliśmy się w zupełnie niepotrzebny konflikt z Izraelem (tak, prowokowany i podsycany również przez radykałów z tamtej strony, ale i nasza nie była bez winy). A ponadto – nijak nie poprawiliśmy naszej marnej pozycji w Afryce, Azji czy Ameryce Łacińskiej – co mogłoby być jakimś atutem w rozgrywkach europejskich i przynieść wymierne korzyści natury np. handlowej.
Gdy Trump przegrał wybory, naszym sternikom świat się zawalił. Rządząca formacja najpierw długo starała się nie przyjmować tego faktu do wiadomości – licząc, wbrew fachowym opiniom i prognozom specjalistów, że jednak stanie się „cud nad Potomakiem”. Zabrnięto więc za daleko w manifestacyjnym lekceważeniu prezydenta elekta, a gdy okazało się, że Joe Biden zamierza dotrzymać kampanijnych obietnic i przeformatować relacje amerykańsko-unijne, po prostu obrażono się na USA. Równie gorliwie i ostatecznie, jak wcześniej je pokochano. I z tym samym brakiem dystansu, z jakim wcześniej odrzucano wszelkie poszlaki o możliwym dogadywaniu się Trumpa z Rosjanami ponad naszymi głowami, gdy będzie miał w tym interes – zaczęto wyolbrzymiać nawet drobne sygnały, że podobnie może zachowywać się Biden.
A gdy całkiem niedawno okazało się, że w ramach kampanijnej prowokacji pewien rosyjski lobbysta (nieprzyznający się zresztą, wbrew amerykańskiemu prawu, że jest lobbystą) wpłacił pewną kwotę na kampanię kandydata Partii Demokratycznej – nasi okołorządowi spece od polityki zagranicznej dodali sobie swoje dwa do dwóch i wyszło im, że prezydent jest marionetką Kremla. I nic to, że chodziło o marne 14 tys. dol. z ponad 1,6 mld zebranych w trakcie kampanii przez Bidena, ani że pieniądze zwrócono. Wszak, jak wiadomo, gdy fakty nie pasują do koncepcji, tym gorzej dla faktów. Na złość Ameryce, która tak zdradziecko wybrała sobie nie tego prezydenta, co trzeba, postanowiliśmy więc poszukać lepszych przyjaciół.
Wielowektorowość wraca do łask
Pojęcie wielowektorowości zrobiło u nas ostatnio karierę. I dobrze, choć można podkpiwać z neofickiej gorliwości tych polityków, ekspertów oraz publicystów, którzy jeszcze wczoraj ze świętym oburzeniem reagowali na sugestie, że naszej polityki zagranicznej nie można opierać wyłącznie na relacji z Waszyngtonem, a już na pewno nie tylko z jedną frakcją polityczną tamże.
Gdyby w ramach nowo odkrytej wielowektorowości chodziło o poprawę relacji z kluczowymi partnerami unijnymi (i zarazem ważnymi natowskimi), takimi jak Niemcy czy Francja, należałoby przyklasnąć. Bo to robota niełatwa, wiadomo, że tamci nie zawsze grają fair, lecz gra jest warta świeczki. Gdyby jednocześnie poszukano przełomu w relacjach ze Skandynawami, biłbym brawo jeszcze mocniej, bo to dobrzy sojusznicy, a także kraje gotowe czasami choć trochę przytrzeć nosa Niemcom i Francuzom, którzy zanadto rozpędzają się z hegemonicznym myśleniem o Unii. Gdyby na tej liście znalazło się Zjednoczone Królestwo, ważny (a po brexicie może nawet bardziej) kraj cywilizacyjnego i politycznego Zachodu – też super. Bo to i silny partner militarny, i innowacyjna gospodarka, i świetne uniwersytety, i ogromne wpływy globalne, a w dodatku rząd oraz służby tradycyjnie wyczulone na wrogie działania rosyjskie. Gdyby na serio postarano się poszerzać tradycyjną formułę wyszehradzką o Rumunię czy Ukrainę, też byłoby to warte pochwały, bo są z tamtej strony takie oczekiwania, a efekty mogłyby się okazać apetyczne. Gdyby poszukano dalej, np. w Japonii, Korei Południowej, a może i na Tajwanie oraz w Indiach, pochyliłbym głowę przed wizjonerską strategią, bo to coraz poważniejsi gracze w skali globalnej, przede wszystkim gospodarczo i technologicznie, ale nie tylko. A w dodatku kraje demokratyczne, prorynkowe, pokazujące, że można modernizować się i odpowiadać na wyzwania XXI w. pomimo trudnych zaszłości historycznych i niekoniecznie ślepo małpując rozwiązania „starego Zachodu”.
Ale nic z tych rzeczy. Przynajmniej jak dotychczas, ani prezydent, ani rząd, ani wszechmocny prezes partii rządzącej, ani nawet minister spraw zagranicznych nie wykonali w tych kierunkach żadnego dostrzegalnego gestu. W zamian – mamy poszukiwanie nowych dróg do Pekinu i Ankary. Plus próbę budowania nowego bieguna europejskiej polityki partyjnej wraz z dotychczasowymi, radykalnie prawicowymi outsiderami: węgierskim Fideszem i włoską Ligą Północną, a w przyszłości niewykluczone, że i ze środowiskami skupionymi we Francji wokół Marine Le Pen.
I śmieszno, i straszno
Sprawy wewnątrzunijne zostawmy na boku, bo to inna bajka – acz pokazująca, że PiS chętnie poszukuje nowych sprzymierzeńców wśród tych, którzy z grubsza podzielają właściwy mu światopogląd. Mieści się w nim i manifestacyjna ksenofobia, i obyczajowy (bo nie polityczno-filozoficzny) konserwatyzm, i akceptacja nieliberalnej polityki wewnętrznej, i skłonność do populizmu. Także – sprzeciw wobec silnych więzów transatlantyckich, czego co prawda PiS jeszcze głośno i wprost nie wyartykułował, ale jego sojusznicy jak najbardziej. Na razie, pytani o ewidentne skłonności prorosyjskie przejawiane przez Orbána, Salviniego czy Le Pen, ich polscy partnerzy kluczą, tłumacząc, że nie zamykają oczu na różnice w podejściu do Rosji, ale przecież nie muszą się we wszystkim zgadzać.
Co innego, wydawałoby się, dotyczy relacji międzypaństwowych – tutaj kwestie twardego stanowiska wobec Kremla i jego polityki okazywały się kluczowe, gdy nasi politycy formułowali zastrzeżenia względem Niemców, Francuzów albo nawet Amerykanów. W tym kontekście dziwić może fakt, że sygnalizowana „wielowektorowość” polskiej polityki ma opierać się na wzmacnianiu relacji z krajami, które akurat, najoględniej rzecz ujmując, szczególnie antyrosyjskiej polityki nie prowadzą.
Najprostsza pod wieloma względami jest tu sprawa z Chinami, które starają się od dłuższego czasu, z niemałymi sukcesami, Rosję zwasalizować. I gdyby ograniczyć się do tej konstatacji, dałoby się nawet zaakceptować polski kurs na zbliżenie z Pekinem, przejawiający się takimi gestami jak np. udział prezydenta Andrzeja Dudy w lutowym szczycie Chiny–Europa Środkowa i Wschodnia (większość krajów regionu ograniczyła się do reprezentacji na szczeblu ministrów lub nawet tylko ambasadorów) czy też ostatnia wizyta szefa polskiej dyplomacji w Pekinie. Zbigniew Rau, wyróżniony zaszczytem zaproszenia jako pierwszy spośród kilku przewidzianych w harmonogramie przedstawicieli naszego regionu, a także jako pierwszy w ogóle minister spraw zagranicznych kraju unijnego w 2021 r., obficie komplementował w jej trakcie chińskie sukcesy, starannie unikał tematów trudnych (a poruszanych przy takich okazjach przez większość zachodnich polityków), natomiast z troską pochylił się nad losami chińsko-europejskiej umowy inwestycyjnej CAI, zakwestionowanej niedawno przez organy Unii wskutek serii wrogich działań ChRL w regionie Indo-Pacyfiku. W rewanżu otrzymał deklaracje o szczególnej roli Polski w chińskiej polityce europejskiej, o chęci utworzenia „szybkiego kanału dla wymiany towarów i usług” i o możliwej korelacji chińskiego planu pięcioletniego z Polskim Ładem.
Brzmi dobrze? Ale tylko dopóki nie uświadomimy sobie, że te wszystkie chińskie „marchewki” to zachęta do wyłamywania się z europejskiej i zachodniej solidarności względem Chin w zamian za mgliste i niepewne korzyści natury ekonomicznej, obarczone w dodatku sporym ryzykiem tak handlowym, jak i w sferze bezpieczeństwa (o czym przekonują się coraz bardziej choćby kraje Bałkanów Zachodnich, zwłaszcza Czarnogóra, od której Chińczycy, po okresie „miodowego miesiąca” we wzajemnych relacjach, żądają teraz faktycznego zrzeczenia się suwerenności nad częścią terytorium w zamian za długi). A „kijem” jest w tym interesie również to, że wasalizacja Rosji przez Chiny nie oznacza automatycznie, że Pekin będzie nas bronił przed zakusami Moskwy. Prędzej – że posłuży się Rosjanami jako narzędziem dywersji wobec Zachodu, gdy uzna to za stosowne. A wtedy, z oczywistych względów, między innymi naszym kosztem.
Orientalne łamańce
Bardziej skomplikowana jest sytuacja z Turcją, wobec której nasze władze także wykonały serię gestów, obudowanych wcześniej i w trakcie propagandowo (np. poprzez lansowanie przez niektórych publicystów mitu o tym, jakoby „Turcja nigdy nie uznała rozbiorów Polski”, a także wyraźne branie tureckiej i azerskiej strony w konflikcie o Górski Karabach). Apogeum procesu zaprzyjaźniania się z Ankarą była wizyta naszej pary prezydenckiej zgrana w czasie z zakupem od Turków dronów Bayraktar TB2 (za ponad miliard złotych i bez przetargu) oraz dość kuriozalnymi wezwaniami, by także inne kraje NATO zaczęły się śmielej zaopatrywać w tureckim sklepie. Niemal jednocześnie, co jest sprawą znacznie mniej znaną, podczas paru newralgicznych głosowań w Parlamencie Europejskim deputowani z ramienia Zjednoczonej Prawicy (czyli de facto z PiS) wstrzymywali się od głosu lub głosowali przeciw rezolucjom bolesnym dla Turcji lub jej azerskiego sojusznika. Na przykład: w kwestii domagania się od Azerbejdżanu polepszenia losu ormiańskich więźniów i zaprzestania łamania praw człowieka „za” był prawie cały skład izby – 607 głosujących, natomiast „przeciw” padło tylko 27 głosów, ale 23 z nich pochodziły niestety z naszego, polskiego obozu władzy, plus jeszcze jeden od zaprzyjaźnionego z nim reprezentanta polskiej mniejszości na Litwie.
Pomińmy już litościwie kwestię wątpliwej, zdaniem wielu specjalistów, wartości bojowej zakupionego sprzętu, a także potencjalnie negatywnego wpływu tej transakcji na interesy krajowego przemysłu zbrojeniowego. Bo groźniejszy jest polityczny aspekt tej nagłej miłości PiS do Turków.
Warto uświadamiać sobie, że czasy, gdy Turcja była pewnym trzonem NATO w konfrontacji między Zachodem a ZSRR i „niezatapialnym lotniskowcem” Paktu na południowej flance europejskiego frontu, minęły bezpowrotnie. Pod rządami Recepa Tayyipa Erdoğana kraj rozstał się ze znaczną częścią spuścizny Kemala Paszy, zarzucił świeckość państwa i jego instytucji na rzecz przywrócenia wpływu religii muzułmańskiej na sferę publiczną (mieści się w tym zdecydowana i brutalna polityka anty-LGBT, ale też wymierzona w wolność badań naukowych, zgromadzeń i mediów), a także zaczął bardzo asertywnie rozpychać się łokciami w regionie. Nie stroni przy tym od aktów wprost wymierzonych w interesy krajów NATO – np. greckie (to akurat nic nowego) czy francuskie (w ostatnich miesiącach kilkakrotnie doszło do poważnych incydentów dyplomatycznych z udziałem nawet obu głów państw). Wreszcie Turcja weszła też w paradę Amerykanom, eskalując napięcie wobec natowskiej bazy w İncirlik oraz wbrew kilkakrotnym, mocnym wezwaniom USA i władz NATO, kupując od Rosjan systemy przeciwlotnicze S-400. Od lat prowadzi ponadto neoimperialną politykę na Bałkanach, co prawda głównie narzędziami „miękkimi” (poprzez inwestycje i zwiększanie wpływów kulturalnych), ale również poprzez aktywność natury wywiadowczej. Ten kompleks działań postawił ją de facto poza wspólnotą zachodnią – negocjacje akcesyjne z Unią Europejską są od dawna martwe (niedawno akurat potwierdzono to formalnie), zaś członkostwo w NATO też przybiera formułę coraz bardziej teoretyczną.
Jednocześnie Turcja rzeczywiście prowadzi skomplikowaną grę z Rosją, ale trudno przyjąć, że jest krajem antyrosyjskim (jak chcą apologeci aktualnego zbliżenia). Gdy może, owszem, śmiało steruje wbrew interesom Kremla (jak choćby w sprawie Górskiego Karabachu), ale tylko do pewnego momentu. Nad sprzecznymi interesami lokalnymi dominuje strategiczny, wspólny interes Moskwy i Ankary – wypychanie z regionu wpływów amerykańskich i (szczątkowych) zachodnioeuropejskich. Dlatego „lubią się, czasami czubiąc”, a więcej „lubienia” jest tam, gdzie wspólny, amerykański przeciwnik jest wyraźniejszy, jak choćby w Syrii albo w Libii. A poza tym Turcja, ostatnio w kiepskiej kondycji ekonomicznej, jest w dużym stopniu uzależniona od kooperacji z Rosjanami, w tym w dziedzinie energetyki, a także od stałego dopływu rosyjskich turystów do swoich kurortów.
Nic więc dziwnego, że w ramach tego skomplikowanego kontredansu Ankara potrafi wspierać Ukrainę w sprawach Krymu, a jednocześnie na forum NATO blokować nie tylko sankcje, ale nawet ostrzejszy tekst deklaracji w sprawie Białorusi, po porwaniu samolotu z Ramanem Pratasiewiczem na pokładzie. Ot, taki drobny prezent od jednego autorytarnego reżimu dla innego reżimu. Albo nawet dla dwóch.
Euforia, w jaką niektórzy polscy komentatorzy wpadli po tureckiej obietnicy przebazowania do nas eskadry tureckich F-16, jest więc w tej sytuacji mocno na wyrost. W każdym razie – ja bym w ciemno nie zakładał, że na wypadek konfliktu z Rosją te samoloty będą nas bronić. Prędzej to my, żeby zasłużyć na poklepanie po plecach przez Erdoğana, zrobimy pod jego dyktando jakieś małe zamieszanie wewnątrz UE lub NATO, czym przy okazji, acz niechcący, przysłużymy się też Rosji.
Dla jasności – samo poszukiwanie sojuszników na całym świecie nie jest rzeczą złą. Nie ulega wątpliwości, że warto mieć wśród partnerów graczy trudnych, jak Chiny czy Turcja. Wszak to samo czynią inne państwa UE, traktując swoje dyplomatyczne, handlowe, naukowo-kulturalne i wywiadowcze wpływy w takich krajach jako ważny atut. I bardzo chciałbym, żeby Polska też go miała, a nie polegała jedynie na aktywach cudzych, czy to amerykańskich, czy niemieckich, czy to unijnych. Rzecz w jakości wykonania. Po prostu, znając „profesjonalizm” naszych czołowych polityków i dyplomatów, wykazywany przez nich parokrotnie choćby w relacjach z USA albo instytucjami Unii, obawiam się, że oto przeciętny uczeń podstawówki porywa się na samodzielne pisanie doktoratu.
Scenariusz zły jest w tej sytuacji taki, że to chwilowy kaprys i próba odreagowania złych emocji. Przyniesie straty, lecz nie ostateczne. Scenariusz gorszy – że to naprawdę strategiczny plan stopniowego wyprowadzania Polski ze świata zachodniego na polityczny i cywilizacyjny Wschód, na którym nasi rządzący będą mentalnie czuć się dużo lepiej. Ale jest i wariant optymistyczny: że nasi politycy i urzędnicy wreszcie nauczą się robić prawdziwą dyplomację. Nawet jeśli nie ci z obecnej ekipy, to może ich zmiennicy.
*Autor jest doktorem nauk o polityce z Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach, a także ekspertem Nowej Konfederacji oraz przewodniczącym Rady i analitykiem Fundacji Po.Int, zrzeszającej m.in. byłych oficerów wywiadu