Historyk Yuval Harari powiedział ostatnio na organizowanym przez „Financial Times” Festiwalu Cyfrowym, że jednym z największych osiągnięć kapitalizmu jest budowanie zaufania między obcymi sobie ludźmi. Bez zaufania padłyby rynki, a udzielanie kredytów stałoby się niemożliwe. Warto pamiętać, że jednym z podstawowych czynników, które doprowadziły do kryzysu finansowego 2008 r., było właśnie załamanie zaufania. Z tego samego powodu część społeczeństwa sprzeciwia się szczepieniom. A skoro według badań World Values Survey Polacy są narodem bardzo nieufnym, to instytucje społeczne na wszystkich poziomach powinny ciągle udowadniać, że są zaufania godne. Jego brak jest poważną przeszkodą dla rozwoju kapitału społecznego.
Właśnie z tej perspektywy powinniśmy się przyjrzeć problemowi kredytów frankowych. Banki dopuściły się podstawowego nadużycia zaufania klientów. Marzące o własnym mieszkaniu młode pary zwracały się do instytucji, posiadających w założeniu wiedzę i kompetencje. A te wprowadzały je w błąd. Banki mogą się usprawiedliwiać i tłumaczyć, wskazując klauzule w podpisywanych przez kredytobiorców umowach oraz korzystne stawki, które przyciągały młodych klientów. Ale to nieistotne. Klienci zaufali bankom i zostali zawiedzeni. Czym jest zaufanie? To odrzucenie wątpliwości i oparcie się na działaniach drugiej strony. W takiej sytuacji są klienci w stosunkach z bankami. Konsument ma wszelkie prawa sądzić, że bank – jako instytucja posiadająca znacznie więcej informacji i kompetencji w transakcjach finansowych, szczególnie narażonych na zjawisko asymetrii informacji – będzie działał w ich najlepszym interesie. Czytając ulotki leków, z przerażeniem patrzymy na możliwe skutki uboczne, ale zakładamy, że lekarz wie, co robi, i przyjmujemy przepisaną dawkę.
Zawsze jest bailout
Reklama
Banki we współczesnym świecie zajmują bardzo uprzywilejowaną pozycję. Mają prawo do kreowania pieniędzy (jeśli nie wierzycie, przeczytajcie biuletyn Banku Anglii za I kw. 2014 r.), a wsparcie banku centralnego pozwala im łatwo podejmować ryzykowne decyzje, nad którymi inni musieliby bardzo dobrze się zastanowić. Pokusa nadużycia pojawia się nie wtedy, kiedy pozwalacie nastoletniej córce pójść na całonocną imprezę, lecz wówczas gdy bankierzy, podejmując ryzyko, nie ponoszą za nie odpowiedzialności, bo wiedzą, że mogą liczyć na bailout. Smutne jest to, że pokusa nadużycia w połączeniu z zaufaniem, które ludzie mieli do instytucji finansowych, zachęciła bankierów w całym cywilizowanym świecie do wykorzystywania swojej pozycji i klientów.
Dobrym przykładem wśród wielu może być Lloyds Bank (ale i inne brytyjskie banki, jak szkocki Barclays Royal Bank). Ludzie bardzo ufali tym instytucjom (byłem klientem Lloyds Bank od momentu, kiedy skończyłem 17 lat, więc wiem coś o źle ulokowanym zaufaniu), co te wykorzystały do stosowania tzw. sprzedaży krzyżowej (cross-sellingu) i wciskania klientom niepotrzebnych ubezpieczeń. Podobnie jak polskie banki zamieszane w sprawę kredytów frankowych, brytyjskie próbowały uchylić się od odpowiedzialności. W końcu przyznały się do winy, a odszkodowania szacuje się na 50 mld dol. Przy okazji, jeśli ktoś sądzi, że wypłata uczciwej kompensaty frankowiczom zrujnuje polską gospodarkę, to wspomniane brytyjskie banki są teraz w lepszej kondycji niż kiedykolwiek. Za złamanie zaufania społeczeństwa musiały też odpowiedzieć City Bank, Deutsche Bank, Wells Fargo czy Goldman Sachs.

Reklama
Powaga sytuacji
Zasada jest zatem jasna. Jeśli banki nadużywają swojej uprzywilejowanej pozycji w gospodarce, właściciele i zarządzający muszą wziąć na siebie pełną odpowiedzialność. Innymi słowy, powinny przyznać się do winy i zaakceptować karę. Biorąc pod uwagę prawie 40 tys. postępowań wszczętych przeciwko bankom, które udzielały kredytów walutowych, najwyższy czas, by te instytucje zdały sobie sprawę z powagi sytuacji. Chyba że chcą się dać wzbogacić pokoleniu polskich prawników.
Przypomnijmy sobie, które banki są zamieszane w skandal frankowy i do kogo należą główne pakiety ich akcji, zanim zaczniemy im współczuć. Największy portfel kredytowy należy do PKO BP. Cóż, jest to rodzimy bank, spółka Skarbu Państwa, która nigdy nie powinna zajmować się pożyczaniem pieniędzy we frankach szwajcarskich, bo dobrze wie, że to niewłaściwe. Z państwem w charakterze głównego akcjonariusza i aktywami bazowymi w wysokości 324 mld zł PKO BP nie będzie miał problemu z zawieraniem ugód z frankowiczami (jako pierwszy ogłosił, że będzie to robić na „masową” skalę – red.). Przypuszczam, że powodem zaangażowania w proceder była arogancja.
Kolejny uczestnik to mBank należący do Commerzbank, który sam był zamieszany w skandale, mimo że jest drugim co do wielkości bankiem w Niemczech. Nawiasem mówiąc, w 2015 r. należało do niego 3 mld z 5 mld portfela kredytowego mBanku we frankach szwajcarskich.
Następna instytucja to Millennium, którego właścicielem jest największy komercyjny bank Portugalii Banco Comercial Português. Ten z kolei stanowi jednostkę zależną od Jardine Matheson, konglomeratu z siedzibą w Hongkongu (kiedyś starałem się tam o pracę, pomyśleć tylko, że mógłbym teraz pociągać za sznurki w banku Millennium!), zaliczającego się do 200 największych na świecie spółek notowanych na giełdzie.
Pomijając mniej znaczących graczy, takich jak BPH i Santander, które jak najbardziej mogą sobie poradzić z wszelkimi następstwami kredytów walutowych, dochodzimy do Getin Noble Bank. Jego portfel frankowy nie jest największy, lecz stanowi znaczną część aktywów. To też jedyny bank, któremu grozi przejęcie przez państwo. Mniejszościowym udziałowcem jest Leszek Czarnecki, jeden z najbogatszych Polaków, a większość udziałów należy do kontrolowanej przez Czarneckiego LC Corp BV z siedzibą w Amsterdamie. Właściwie jest to polska grupa kapitałowa.
Bierzesz albo nie
Jednym z argumentów w dyskusji wokół kredytów frankowych jest to, że kredytobiorcy wiedzieli o ryzyku. To zasada o wdzięcznej łacińskiej nazwie caveat emptor, która oznacza: „Trudno, drogi kupujący, musisz ponieść całą odpowiedzialność za złożenie swojego podpisu pod umową”. Cóż, że transakcja jest kiepska, to twój problem! Już od dawna wiadomo, że to przestarzałe podejście, niepasujące do skomplikowanej współczesnej ekonomii. W Wielkiej Brytanii jeszcze w latach 70., a niedawno i w Unii Europejskiej, uznano, że siły są nierówne, a sądy muszą wziąć to pod uwagę. Na początku walki o bardziej światły stosunek do swobody umów legendarny brytyjski sędzia Lord Denning zauważył, że zwykły człowiek najczęściej staje przed wyborem „bierzesz albo nie”. Spróbujcie podyskutować ze swoim dostawcą internetu czy bankiem w sprawie zmiany warunków. Próbowaliście kiedyś kłócić się z automatycznym serwisem telefonicznym, który tłumaczy ci, że rozmowy są nagrywane w celach bezpieczeństwa i podnoszenia jakości usług?
Sagę o kredytach we frankach możemy lepiej zrozumieć, odwołując się do współczesnej ekonomii behawioralnej i licznych mechanizmów psychologicznych działających podczas negocjacji między wnioskującym o pożyczkę a pracownikiem banku. Efekt sformułowania (framing effect), efekt autorytetu, zachowania stadne, konformizm społeczny i oczywiście efekt odwrotnej przyczynowości (przyjmowanie nieprawdziwej sekwencji zdarzeń, co skutkuje błędnym rozumowaniem o związku przyczynowo-skutkowym – red.). Nie ulega wątpliwości, że frankowicze wpadali w mnóstwo pułapek psychologicznych. Nie oznacza to, że trzeba anulować kredyty lub zwrócić klientom dotychczas wpłacone raty. Prostym i rozsądnym rozwiązaniem jest przewalutowanie ich zobowiązań na złotówki na warunkach obowiązujących w czasie zawierania umowy oraz wyliczenie rat od momentu podpisania umowy do teraz. Każde inne wyjście byłoby niesprawiedliwe wobec osób, które zaciągnęły kredyty w polskiej walucie. Byłoby to również fair wobec banków, nawet jeśli nikomu dziś na tym nie zależy. Wszystko to pod warunkiem, że instytucje finansowe pokryją koszty postępowań i innych niezbędnych działań, bo to one spowodowały całe zamieszanie. W tym sensie propozycja szefa Komisji Nadzoru Finansowego Jacka Jastrzębskiego jest bardzo rozsądna. Bank Millennium ocenia swoje koszty przewalutowania kredytów frankowych na 4,1–5,1 mld zł i suma ta niewątpliwie leży w zasięgu możliwości tej grupy kapitałowej, biorąc pod uwagę, kto jest głównym akcjonariuszem i kto ma wziąć na siebie odpowiedzialność.
Proponowane rozwiązanie odpowiada również na wyjątkowo oburzający aspekt całej dyskusji, a mianowicie próbę nastawienia jednej grupy kredytobiorców przeciwko drugiej grupie konsumentów. Mowa o twierdzeniu, że jeśli banki mają pójść na ugodę z ludźmi na tyle nierozsądnymi, by zdecydować się na kredyt we frankach, to będą musieli zapłacić za to posiadacze kredytów w złotych i inni klienci banków. Nie i jeszcze raz nie. Banki i rząd muszą temu zapobiec. Polska ma już wystarczająco dużo podziałów społecznych. Próba odwrócenia uwagi za pomocą tego argumentu byłaby bardzo nieodpowiedzialnym krokiem.
Banki bez wątpienia wiedziały, że pożyczanie pieniędzy klientom w innej walucie niż ta, w której klient zarabia, jest w swojej istocie wadliwe. Już w 2005 r. mówiły o tym Związek Banków Polskich i ówczesny członek zarządu BZ WBK Michał Gajewski. W 2009 r. przeciwko udzielaniu kredytów we frankach opowiadał się Mateusz Morawiecki jako prezes BZ WBK. PKO BP i BRE Bank również były przeciwko w 2005 r. A więc co się stało? Czy zadziałała presja polityczna? Wszak wiemy, że w 2006 r. PiS sprzeciwiał się ograniczeniu dostępności kredytów.
Świnie opętane przez diabły
Niestety, odpowiedź prawdopodobnie jest bardziej prozaiczna. Kredyty frankowe były łatwym zarobkiem, jak powiedzieliby angielscy hochsztaplerzy lat 50. Pozbawione kompasu moralnego, kuszone wizją zwiększenia dochodów banki i ich pracownicy marzący o wysokich bonusach, musieli ulec gorączce zysku, niczym opętane przez diabły świnie gadareńskie. Podobne zdarzenia doprowadziły do załamania się rynku kredytów subprime i w konsekwencji – globalnego kryzysu gospodarczego.
Na myśl przychodzi mi słynny cytat z prezesa Citibanku Charlesa Prince’a, który, mówiąc o wyjątkowo cynicznych metodach sprzedaży stosowanych w swojej firmie i innych spółkach, powiedział: „Dopóki muzyka gra, musisz tańczyć”.
Polska miała to szczęście, że w czasie kryzysu 2008 r. jej rynek nie był na tyle rozwinięty, by w pełni ponieść katastrofalne załamania. Ale może nie powinniśmy się cieszyć za wcześnie, bo mechanizmy, które doprowadziły do kryzysu, były w Polsce obecne. Niewystarczający nadzór nad sektorem finansowym, ideologiczne poparcie dla deregulacji rynku plus klienci marzący o własnym domu. A do tego trochę chciwości.
Apeluję zatem do banków, by zachowały się przyzwoicie i z godnością przyjęły cios. Jeśli chcemy, żeby odpowiedzialny kapitalizm przetrwał, a rynki się rozwijały, musimy odbudować wiarę w instytucje.
Legendarny brytyjski sędzia Lord Denning zauważył, że zwykły człowiek najczęściej staje przed wyborem „bierzesz albo nie”. Spróbujcie podyskutować ze swoim dostawcą internetu czy bankiem w sprawie zmiany warunków
Autor nie ma kredytu we frankach.
Tłum. IC. Współpraca Aleksandra Iwanowska