Gdy rok temu wybuchła pandemia SARS-CoV-2, naukowcy zaczęli baczniej przyglądać się zapomnianej epidemii z 1889 r. Nazywano ją „rosyjską grypą” z racji kraju, w którym po raz pierwszy zaobserwowano zachorowania. W przeciwieństwie do hiszpanki, która wydarzyła się 30 lat później, tajemnicza grypa zabijała głównie ludzi wiekowych lub schorowanych. Zgon następował zazwyczaj z powodu zatoru w płucach.
Na tym podobieństwa z COVID-19 wcale się nie kończą. Wielu pacjentów wykazywało objawy wskazujące, iż patogen zaatakował ich system nerwowy, wpływając na funkcjonowanie mózgu.
Te fakty sprawiły, że wrócono do badań, jakie w 2003 r. prowadził prof. Marc van Ranst z Katolickiego Uniwersytetu w Leuven. Próbował on ustalić, skąd wzięły się odkryte jeszcze w latach 60. XX w. atakujące ludzi koronawirusy, którym nadano skomplikowane nazwy HCoV-229E oraz HCoV-OC43. Badając ich genom, wyodrębnił tę część, która nie uległa mutacjom i zaczął szukać koronawirusów pokrewnych. Znalazł je wśród patogenów wywołujących choroby u świń i bydła. W kolejnym kroku naukowiec spróbował znaleźć moment, kiedy HCoV-229E i HCoV-OC43 wyodrębniły się na tyle spośród swych genetycznych krewniaków, by móc ze świni lub krowy przenieść się na człowieka. Prześledzenie wstecz kolejnych mutacji doprowadziło badacza do wniosku, iż taki „przeskok” nastąpił ok. 1890 r. Niemal dokładnie wtedy, gdy ludzkość nawiedziła epidemia inna niż wszystkie wcześniejsze.
To nadciąga z Rosji
„To nie jest śmiertelne, nawet niekoniecznie niebezpieczne” – uspokajała czytelników 28 grudnia 1889 r. nowojorska gazeta „The Evening World”, donosząc jednocześnie o zgonie 25-letniego Thomasa Smitha. Wedle lekarzy zachorował on na szalejącą w Europie rosyjską influenzę (jak wówczas nazywano grypę), ale szybko wyzdrowiał. Po czym niestety za wcześnie wyszedł ze szpitala, „złapał świeże przeziębienie i zmarł na zapalenie płuc” – tłumaczył autor artykułu.
Optymizm szybko znikł, gdy zaraz po Nowym Roku odnotowano w Nowym Jorku 1202 zgony, co było rekordem w dziejach miasta. Wprawdzie jedynie część przypisywano nowej grypie, mimo to niepokój narastał. „Osoby ze słabymi płucami oraz cierpiące na choroby serca lub problemy z nerkami są najbardziej dotknięte przez chorobę, a w wielu przypadkach grypa prowadzi szybko do zapalenia płuc” – ostrzegała „New-York Tribune”. W tym samym czasie na drugim krańcu świata „Kurier Poznański” ubolewał, że „bogaci mają lekarzy, którzy mogą ich ratować, ubodzy nie mają nikogo”.
Nabierająca wówczas tempa epidemia zaczęła się po cichu niemal rok wcześniej w Azji Środkowej. Pierwsze doniesienia o nieznanej wcześniej chorobie napłynęły do Europy z Buchary wiosną 1889 r. Potem nadeszło ciepłe lato i przestano w Rosji odnotowywać nowe przypadki czegoś, co uznano za bardzo zjadliwą grypę. Aż nagle w październiku zaczęły się zachorowania w Chabarowsku. Dopiero po pewnym czasie zauważono, że ogniska epidemii pojawiały się w okolicach kolejnych stacji Kolei Transsyberyjskiej, nieuchronnie zbliżając się do Petersburga. W tym czasie doniesienia prasowe mówiły, że nowa grypa atakuje głównie dorosłych, natomiast oszczędza dzieci. Widać było to zwłaszcza w szkołach, gdzie masowo chorowali nauczyciele, natomiast uczniowie w pełnym składzie stawiali się na lekcjach, których nie miał kto prowadzić. Pod koniec października odnotowano pierwsze przypadki zarazy w stolicy Rosji. Nim minął miesiąc, nastąpiła eksplozja zachorowań. „W Petersburgu już na początku grudnia jedną trzecią łóżek szpitalnych zajmowali chorzy na grypę, wykazując objawy ciężkiego kataru połączone z gorączką” – opisywała w 2013 r. dr Bogumiła Kempińska-Mirosławska w anglojęzycznym opracowaniu „The influenza epidemic of 1889–90 in selected European cities”. Wraz z początkiem roku 1890 r. wszystkie szpitale cywilne i wojskowe w stolicy imperium Romanowów były już przepełnione, a liczbę zakażonych szacowano nawet na 180 tys. „Wiele fabryk i warsztatów wstrzymywało pracę z powodu choroby robotników, a całe dzielnice miasta zostały opuszczone przez ludność. Donoszono, że choroba mogła wystąpić nagle, bez żadnych wcześniejszych objawów, i dotykała młodych i starych, biednych i bogatych. Zaczynała się od strasznego bólu głowy, któremu towarzyszyła gorączka do 42 st. C, nieznośne bóle kości i całego ciała «aż po cebulki włosów», wysypki na twarzy i opuchnięte dłonie. Zaobserwowano, że po 5–6 dniach choroba ustępowała bez śladu, pozostawiając chorych jeszcze na pewien czas osłabionych” – relacjonuje dr Bogumiła Kempińska-Mirosławska. „Boleść nagła całego ciała, przeszywająca do szpiku kości, z osłabieniem takim, że ani się podnieść z łoża, ani nawet pomyśleć o tym, i febry trzęsące, odbierające resztkę chęci do jadła, oto jaka choroba wzięła mnie w posiadanie” – przytacza Kempińska-Mirosławska relację spisaną przez jednego z chorych.
W końcu źle poczuł się nawet car Aleksander III. Liczący sobie wówczas 44 lata monarcha zdołał wygrać walkę z wirusem, acz od tego czasu zaczął cierpieć na niedoczynność nerek (przypisywano to kontuzji, jakiej doznał w zamachu bombowym). Ich uszkodzenie sprawiło, że zmarł zaledwie cztery lata później. Większość ministrów i doradców, a także sławnych osób, które w tym samym czasie powaliła w Rosji tajemnicza influenza, wyszło z niej bez szwanku. Takiego szczęścia nie miał jednak najsławniejszy rosyjski filozof tamtych czasów Afrikan Aleksandrowicz Spir. Choć wirus dopadł go dopiero pod koniec marca 1890 r. w Genewie, zabił po kilku dniach choroby. Wtedy na rosyjską grypę zapadł już cały Zachód.
Stulecie nadziei
Koniec XIX w. przyniósł mieszkańcom Europy Zachodniej oraz Ameryki Północnej nadzieję, że już wkrótce nowoczesna medycyna będzie potrafiła wygrywać nawet z najgroźniejszymi chorobami. Pierwszym z przełomowych sukcesów było wprawdzie odkrycie jeszcze z 1796 r., że zakażanie ludzi wirusem ospy krowianki uodparnia ich na ospę prawdziwą. I to dzięki temu Stary Kontynent ustrzegł się epidemii, która na początku XIX w. zabiła miliony Hindusów i Chińczyków. Kolejny przełom to już wiek XIX i epidemia cholery, która w 1831 r. została przywleczona do Europy z Indii. Medycy zaobserwowali wówczas, że ludzie zaczynają chorować po spożyciu skażonej żywności lub wody. Dzięki odkażaniu jej chlorem wygaszano kolejne ogniska zarazy. Wkrótce nauczono się używać wody z chlorem do dezynfekcji sal szpitalnych oraz mieszkań osób zakażonych. Osiągane tą drogą efekty potwierdzały teorię, że za cierpienia ludzi muszą odpowiadać jakieś niewidoczne dla oka organizmy. Wychodząc z tego założenia, profesor Kolegium Królewskiego w Londynie Joseph Lister opracował w latach 60. XIX w. zasady antyseptyki. Sale operacyjne, narzędzia oraz ręce chirurgów, a nawet rany pooperacyjne nakazywał odkażać kwasem karbolowym. Dzięki temu liczba pacjentów, którzy umierali po operacji, gwałtownie spadła. To z kolei zaowocowało wspaniałym rozwojem chirurgii. Wreszcie niemiecki uczony Robert Koch w 1882 r. wyizolował mikroorganizm odpowiedzialny za szerzącą się wówczas w Europie gruźlicę.
Niedługo potem istnienie bakterii potwierdził Ludwik Pasteur. Ustalenie, co odpowiada za rozliczne choroby, zaowocowało modą na czystość i higienę. Europejczycy przechodzili wówczas przyśpieszony kurs wiedzy medycznej. Uczeni seryjnie odkrywali nowe gatunki mikrobów, znajdując je dosłownie wszędzie, o czym natychmiast donosiła prasa. W efekcie co bardziej światłe osoby, a zwłaszcza panie domu, zabierały się natychmiast do walki z nimi. Jak opisuje Georges Vigarello w książce „Historia zdrowia i choroby”, powszechne stało się mycie całego ciała wodą zmieszaną z bakteriobójczym fenolem oraz stałe odkażanie pomieszczeń. Wzniecenie przez gazety społecznej fobii przynosiło efekty w postaci spadku liczby chorych na choroby zakaźne. Aż nagle w kolejnych miastach Europy Zachodniej, pomimo przestrzegania rygorów higieny, zaczęła szerzyć się rosyjska grypa.
„Epidemia dotarła do Paryża najprawdopodobniej na przełomie listopada i grudnia 1889 r. Pierwsze informacje w prasie poznańskiej dotyczące epidemii w Paryżu pojawiły się w połowie grudnia (w paryskich gazetach «Le Matin» i «Le Temps» po raz pierwszy poruszono ten temat na koniec listopada i zdominował on te gazety przez dwa miesiące)” – pisze dr Kempińska-Mirosławska. „Z raportów medycznych wynikało, że od 26 listopada u 670 z 8000 pracowników Luwru rozwinęła się łagodna grypa, która zwykle ustępowała bez powikłań w ciągu czterech dni. Na tę chorobę zapadło również wiele osób w mieście” – dodaje.
W tym samym czasie epidemia dotarła do Wielkiej Brytanii. „Ta pierwsza od ponad 40 lat pandemia grypy w Wielkiej Brytanii okazała się tak poważna, że doktor Henry Parsons zdawał z niej sprawozdanie w Parlamencie. Zdaniem Parsonsa niewątpliwie mieliśmy do czynienia z pandemią: dotknęła ona całą Europę” – opisuje na kartach książki „Grypa. Sto lat walki” dr Jeremy Brown. Pierwsze tygodnie zarazy w Zjednoczonym Królestwie prezentowały się więcej niż alarmująco. Początkowo najwięcej (aż 50 tys.) zachorowań odnotowano w Birmingham, jednak pod koniec stycznia 1890 r. głównym ogniskiem stał się Londyn. Bywały dni, że do szpitali zgłaszało się ponad 1 tys. nowych pacjentów z dusznościami, katarem oraz dojmującym bólem niemal każdego mięśnia. Liczbę zakażonych oszacowano na 400 tys. W mieście zamknięto budynki użyteczności publicznej, w tym sądy. Na kilka tygodni w łóżku wylądował nawet lord Salisbury, czyli premier Robert Gascoyne-Cecil. Aż wreszcie całe królestwo pogrążyło się w żałobie, gdy z powodu rosyjskiej grypy w wieku zaledwie 28 lat zmarł wnuk królowej Wiktorii, drugi w kolejce do tronu książę Clarence. Mimo to początkowa panika zaczęła już w lutym 1890 r. wygasać, choć epidemia miała się całkiem dobrze.
Pacjencie, lecz się sam
„Pierwsza fala na początku 1890 r. była stosunkowo łagodna; chociaż zachorowalność okazywała wysoka, bo aż 20–30 proc. populacji zostało dotkniętych chorobą, jednak śmiertelność pozostała niska. Według współczesnych badań tejże pandemii w latach 1889–1890 wskaźnik śmiertelności wśród chorych wahał się w przedziale 0,1–0,28 proc.” – podkreślają w opracowaniu „Infection, contagion and causality in Colonial Britain: the 1889–90 influenza pandemic and the British Medical Journal” Antonis A. Kousoulis i Gregory Tsoucalas. Gdy zaczęto to zauważać, temat grypy szybko zniknął z pierwszych stron gazet. Już pod koniec lutego 1890 r. artykułów o niej ukazywało się coraz mniej, choć przecież stale przybywało ofiar – a z racji masowości zachorowań ich liczba szła w tysiące. Mimo to nowa choroba okazywała się interesująca dla prasy, dopiero gdy umierał ktoś znany, np. były król Hiszpanii Amadeusz I Sabaudzki.
Na dłuższą metę równie mało zajmujące stało się odcięcie setek tysięcy chorych od pomocy lekarskiej. Medyków było zbyt mało, aby mogli zająć się wszystkimi, radzono więc pozostać w domu i pod opieką rodziny podjąć leczenie na własną rękę. Co do samego przebiegu kuracji, to instrukcje bywały bardzo różnorodne. „Stosowano chininę z wódką, z kamforą lub olejem rącznikowym, antyfebrynę, antypirynę, salicylan sodu, fenacetynę” – wylicza w opracowaniu „Imię jej influenza” dr Bogumiła Kempińska-Mirosławska. „Popularne były środki napotne, koniak, wino węgierskie, kwas będźwinowy, kofeina, kwas dwusiarkowo-salicylowy – lepki, trudno rozpuszczalny proszek «smaku osobliwego, lecz nie nieprzyjemny (…)». Popularne były leki wykrztuśne i wymiotne; ich korzystne działanie tłumaczono pobudzaniem błon śluzowych do wydzielania śluzu ułatwiającego usuwanie zarazka nagromadzonego na ich powierzchniach, co miało zmniejszać nasilenie choroby” – dodaje autorka.
Wielką popularnością zaczęło też cieszyć się wodolecznictwo wedle metody doktora Sebastiana Kneippa. „Całą górną część ciała (a więc piersi, plecy, szyję, ramiona i twarz, lecz nie części głowy włosami obrosłe) co godzinę obmywać zimną wodą. Potem ciepło chorego okrywać, żeby znikąd powietrze nie dochodziło. Prócz tego, co godzinę podawać mu po łyżce zimnej wody i szyję obwijać lekko suchym lnianym ręcznikiem bez zawiązywania go, tak iżby tenże górną część ramion okrywał – chory dostanie silnych potów i w ciągu doby, góra dwóch, wstanie zupełnie zdrów” – instruował rodziny chorych na rosyjską grypę „Kurier Poznański”, odwołując się do metody Kneippa. A skoro umierał jeden na 100 pacjentów, uznano ją za całkiem skuteczną.
W sukurs nieszczęśnikom przyszedł też papież Leon XIII. Ponieważ wielu lekarzy zalecało chorym „dezynfekowanie się od środka” mocnym alkoholem, na okres Wielkiego Postu w 1890 r. ogłosił dyspensę dla osób konsumujących go z powodu choroby. Od reszty Kościół nadal wymagał 40-dniowej abstynencji.
Zrozumieć nieznane
„Grypa rozpoczęła się w naszym mieście na początku stycznia (1890 r. – red.) i osiągnęła swój szczyt w ostatnim tygodniu stycznia, kiedy to, jestem przekonany, że ponad 100 000 naszych obywateli było cierpiących tylko z tej przyczyny” – mówi raport ze zbiorów Departamentu Zdrowia Chicago sporządzony przez miejskiego komisarza do spraw zdrowia dr Wickershama. „Czas trwania epidemii wynosił około cztery miesiące. W tygodniu, w którym zanotowano najwyższą śmiertelność, odnotowano 694 zgony” – wyliczał sucho komisarz.
Inni urzędnicy odpowiedzialni za służbę zdrowia w poszczególnych miastach USA równie mało przejęli się nową chorobą, uznając ją za niegroźną, sezonową przypadłość. Jednak szybko rosnąca liczba chorych zaczęła niepokoić opinię publiczną, zwłaszcza po alarmistycznych artykułach na łamach lokalnej prasy. „W pociągu Sixth Avenue Elevated (miejskiej linii kolejowej łączącej Manhattan z resztą Nowego Jorku – przyp. aut.) tego ranka połowa pasażerów kaszlała, kichała i przykładała chusteczki do nosa i oczu, a wielu z nich miało głowy zawinięte w szaliki” – alarmował w styczniu „The Evening World”. Przez miesiąc odnotowano w Nowym Jorku 2,5 tys. zgonów na rosyjską grypę. Wieści o tym skutecznie zniechęcały ludzi z mniejszych miejscowości, by odwiedzać wielkie miasta. „W Bostonie zachorowało 40 proc. mieszkańców. Ponad jedna czwarta robotników w tym mieście z powodu choroby nie mogła pracować. Przeludnienie i zabójcze «nieczyste powietrze» miało potężne oddziaływanie. Podczas pandemii ucierpieli bogacze i biedacy, ale jak można się spodziewać, grypa szerzyła się przede wszystkim «wśród osób skupionych na niewielkiej powierzchni» – opisuje dr Jeremy Brown.
Z wiosną ogniska epidemii zaczęły wygasać. Fakt, że pochłonęła ok. 13 tys. ofiar, nie wywarł na nikim większego wrażenia, zwłaszcza że umierały głównie osoby starsze, a to uznawano wręcz za normalną kolej rzeczy. Z podobnym spokojem przyjmowano nawroty rosyjskiej grypy jesienią 1890 r. oraz wiosną i jesienią 1891 r., choć ofiar wcale nie było mniej. Wedle statystyk na Starym Kontynencie oraz w Ameryce ostateczną ich liczbę można oszacować na około 1 mln osób (na całym świecie żyło wówczas ok. 1 mld ludzi). W końcu zaniepokojenie epidemią okazywali jedynie naukowcy. Frapowało ich, dlaczego w jej trakcie sukcesywnie wzrastała liczba pacjentów szpitali psychiatrycznych, wśród których przeważali ci, którzy nieco wcześniej przeszli rosyjską influencę.
Próbowano też wytropić mikroba wywołującego chorobę. „Badania prowadzono na fragmentach tkanek, krwi i plwocinie pobieranych od osób zmarłych na grypę. Wyniki były niejednoznaczne: hodowano bardzo różne drobnoustroje: paciorkowce, gronkowce, dwoinki (…). Część badaczy stwierdziła, że «co się tyczy natury zarazka influenzy, to nic o nim tymczasem nie wiem»” – opisuje dr Kempińska-Mirosławska. Wreszcie w 1892 r. niemiecki bakteriolog Richard Pfeiffer wyhodował z krwi i plwociny chorych bakterię, którą nazwano Haemophilus influenzae lub pałeczką Pfeiffera. Choć eksperymenty na królikach i małpach budziły wątpliwości, czy wywołuje ona objawy identyczne jak rosyjska grypa, pragnienie, by tak było, zdominowało świat nauki. W końcu więc przyjęto, że odpowiedzialność za pandemię ponosił właśnie Haemophilus influenzae. A że przestano odnotowywać nowe przypadki zachorowań, zaniechano dalszych badań. Wkrótce też zaczęto zapominać o epidemii. Ostatecznie pamięć o niej zatarła się ćwierć wieku później, po zetknięciu się ludzkości z daleko bardziej niebezpiecznym wirusem hiszpanki. ©℗