Dziś sytuacja przedstawia się następująco. Kiedy policjant (albo inny organ uprawniony, a tych jest bez liku, m.in. straż miejska, leśna czy Państwowa Inspekcja Pracy) proponuje nałożenie grzywny w drodze mandatu karnego, to obywatel ma dwa wyjścia. Jeśli przyznaje się do zarzucanego mu czynu, może po prostu mandat przyjąć. Jeśli nie, oskarżyciel publiczny wnosi do sądu akt oskarżenia i o grzywnie nie decyduje już funkcjonariusz/urzędnik, lecz sąd.
Luksus skorzystania z drogi sądowej obywatel może jednak okupić wyższą grzywną. W postępowaniu mandatowym maksymalna kwota to 500 zł (przy zbiegu wykroczeń to 1 tys. zł) plus koszty sądowe. W sądzie najwyższa grzywna za wykroczenie wyniesie zaś 5 tys. zł. Bywa jednak, że sąd zasądzi mniej niż „proponował” policjant, a poza tym odwleka się moment zapłaty. Przede wszystkim zaś sąd może oskarżonego uniewinnić lub umorzyć postępowanie – z punktu widzenia obwinionego na jedno wychodzi. Czasami natomiast nawet winnemu w ogóle się upiecze, bo zanim sąd zdąży wydać wyrok, to czyn zdąży się przedawnić.
Reklama
Najnowszy pomysł PiS przewiduje zniesienie prawa do odmowy przyjęcia mandatu. W zamian ukarany obywatel będzie mógł od nałożonej w ten sposób grzywny odwołać się do sądu, co nie znosi konieczności zapłaty grzywny, a koło ratunkowe w postaci zawieszenia wykonalności grzywny wygląda na mocno dziurawe. Mechanizm ma działać w uproszczeniu tak: policjant decyduje o winie i wystawia mandat, a jeśli obywatel się nie zgadza, to i tak musi zapłacić, a w odwołaniu wskazać dowody swojej niewinności.

Reklama
Krytycy wytoczyli ciężkie działa, zarzucając projektowi złamanie zasady domniemania niewinności, przerzucenie ciężaru dowodu na obywatela, próbę zastraszania i złamania obywateli odmawiających przyjęcia mandatów wystawionych na wątpliwej podstawie prawnej, a nawet zwykły fiskalizm mający na celu ratowanie zrujnowanego pandemią i rozdawnictwem pieniędzy budżetu. Zwolennicy, których jest zdecydowana mniejszość, wskazują z kolei na rozszerzenie praw niesłusznie ukaranych obywateli oraz odciążenie sądów i organów ścigania.
Jako że w ciągu tygodnia specjalistami od wykroczeń stali się nie tylko karniści, lecz także np. doradcy podatkowi, pozwólcie państwo, że wypowiem się i ja. Tyle że z perspektywy tzw. odbiorcy normy prawnej, którym w przypadku wykroczeń jest w zasadzie każdy obywatel. Zwłaszcza że moim zdaniem projekt jest antyobywatelski właśnie. Dlaczego? Odmowa przyjęcia mandatu nie jest po prostu opcją. Jest prawem, którego ten projekt chce obywateli pozbawić. To oczywiście nie zamyka drogi sądowej, jednak zmienia pozycję obwinionego. A właściwie – w nowym modelu – od razu ukaranego. Nie zapominajmy, że zgodnie z konstytucją każdego uważa się za niewinnego, dopóki jego wina nie zostanie stwierdzona prawomocnym wyrokiem sądu. Teraz już na starcie nie będę obwiniony, lecz ukarany. Gdybym był – jak obecnie – obwiniony, to państwo musiałoby wykazać inicjatywę dowodową i udowodnić mi winę. Przynajmniej w teorii oznacza to, że nie muszę nic mówić, przedstawiać dowodów na swoją korzyść. To oskarżyciel musi przełamać domniemanie niewinności.
Patryk Słowik w komentarzu dla DGP „Standard białoruski, ale praktyka korzystniejsza dla obywateli” zauważył, że mówienie o przerzuceniu ciężaru dowodu na obywatela jest przesadą i to państwo nadal będzie musiało obywatelowi udowodnić winę, nie odwrotnie. I – choć formalnie – mój redakcyjny kolega ma rację, bo nikt z k.p.w. nie chce usuwać art. 5 przewidującego domniemanie niewinności jak również odesłania do art. 74 par. 1 k.p.k. mówiącego o tym, że obywatel nie ma obowiązku dowodzenia swej niewinności ani obowiązku dostarczania dowodów na swoją niekorzyść. Tylko spróbujmy tego nie robić i zobaczmy, co się stanie. W praktyce zarówno domniemanie niewinności, jak i obowiązek wykazywania winy przez państwo, a niewinności przez obywatela w sprawach o wykroczenie jest mocno iluzoryczne, ale o tym za chwilę.

Żeby było wygodniej

Na razie hitem nowych rozwiązań jest to, że w postępowaniu sądowym nie będę mógł powoływać innych dowodów niż te, które wskazałem w piśmie do sądu. Chyba że nie były mi znane w chwili wniesienia odwołania. Prawnicy nazywają to prekluzją, co w wolnym tłumaczeniu oznacza: przeklęty formalizm wprowadzony dla wygody sądów i pełnomocników, umożliwiający pominięcie przez sąd jakiegoś dowodu i być może wydanie z tego powodu niesprawiedliwego wyroku tylko dlatego, że został on zgłoszony po terminie. Nie jest to co prawda definicja słownikowa, ale myślę, że całkiem dobrze oddaje istotę rzeczy. Prekluzja jest lekiem, który ma spowodować usprawnienie procesu, a którego skutkiem ubocznym może być wydanie niesprawiedliwego orzeczenia. Jest ona stosowana w niektórych formach postępowania cywilnego (w szczególności w postępowaniach gospodarczych). Niedawno została wprowadzona do postępowania karnego, ale w obu tych przypadkach jest bezpiecznik – sąd musi dopuścić spóźniony dowód, jeśli od tego zależy kierunek rozstrzygnięcia. Zgadnijcie państwo, czy tak jest również w tym przypadku.
Idźmy dalej. W ciągu trzech dni od wpłynięcia wniosku do sądu musi on zawiadomić organ, który mandat wystawił, że jest odwołanie. Ten zaś ma tydzień na przesłanie „materiałów sprawy”. Czy i w tym przypadku wprowadzono prekluzję? Czy jeśli policja przyśle akta np. za pół roku (rozprawa i tak do się tego czasu się nie odbędzie), to dowody oskarżenia jako spóźnione nie zostaną wzięte pod uwagę? Jak państwo myślą?
Obywatel w zderzeniu w aparatem państwa zawsze stoi na gorszej pozycji, a ten projekt tę dysproporcję jeszcze zwiększa. Pamiętajmy, że zwykły, ukarany mandatem człowiek ma mniejsze możliwości dostarczenia dowodów na swoją korzyść. W przypadku wykroczenia drogowego może mieć nagranie z kamery samochodowej, gdy jest ukarany np. za szarpaninę z policjantem, być może będzie dysponował np. nagraniem z telefonu komórkowego, może szukać świadków zdarzenia, ale w praktyce raczej nie uzyska nagrań z monitoringu miejskiego czy z kamery w autobusie.

Zapłać i walcz

Pozostaje kwestia poniesienia konsekwencji przed wyrokiem sądu, a nie w jego następstwie, czyli mechanizm „płać, a później walcz o zwrot”. Skoro nie będę mógł odmówić przyjęcia mandatu, to grzywnę będę musiał zapłacić w ciągu siedmiu dni. Mogę oczywiście wystąpić do sądu o wstrzymanie wykonania zaskarżonego mandatu, ale jakie mam szanse, że sąd wyda taką decyzję przed upływem tygodnia? I w ogóle jakimi kryteriami miałby się przy tym kierować? Brać pod uwagę sytuację materialną czy prawdopodobieństwo popełnia wykroczenia, za które mnie ukarano? Nie ma kryteriów, więc będzie pełna uznaniowość. Mogę oczywiście nie opłacać mandatu, licząc na to, że sąd wyda zarządzenie o wstrzymaniu wykonalności później, tyle że wtedy będę je mógł wykorzystać, domagając się zwrotu pieniędzy ściągniętych mi z konta przez skarbówkę. Jak widać, natychmiastowa wykonalność kar „sanepidowych”, które również najpierw trzeba uiścić, a dopiero później się odwoływać, spodobała się rządzącym. Zwłaszcza że tam grzywny wynoszą od 5 do 30 tys. zł
Wielkie mi halo – powiedzą państwo – w postępowaniu mandatowym maksymalna grzywna to 500 zł i 1 tys. zł przy zbiegu wykroczeń. A poza tym jest jeszcze kwota wolna od zajęcia przy egzekucji w administracji, więc fiskus nikogo z tego powodu nie puści w skarpetkach. Teraz nie, ale czy zawsze tak będzie? Po pierwsze taryfikator za wykroczenia drogowe pochodzi z 1997 r., kiedy najwyższy mandat – 500 zł – był wyższy niż ówczesna pensja minimalna (450 zł) i stanowił 57 proc. średniego wynagrodzenia. Dziś stanowi niecałe 18 proc. minimalnej pensji i 9 proc. średniej krajowej. Nie ma wątpliwości, że te kwoty trzeba podnieść, ponieważ ich wysokość nie jest realnie dolegliwa dla (zwłaszcza bogatszych) sprawców wykroczeń drogowych. Jednak to, że mandaty, w przeciwieństwie do punktów karnych, dawno już nie mają charakteru odstraszającego, nie znaczy, że można je wlepiać na prawo i lewo niewinnym, licząc na to, że część ukaranych machnie ręką i nie będzie się włóczyć po sądach, by odzyskać 200 czy 300 zł. Po drugie: pod koniec kwietnia 2019 r., kiedy z budżetu zaczęły płynąć kolejne miliony na łagodzenie skutków epidemii, premier Morawiecki polecił przygotować projekt podniesienia maksymalnego mandatu do 5 tys. Gdy dotarliśmy do tego pisma, od pomysłu się odcięto, bo źle wyglądał w kampanii prezydenckiej. Jednak powrót doń, także ze względów, jakie przytoczyłem powyżej, jest tylko kwestią czasu. Czy wówczas również będziemy bagatelizować konieczność uiszczenia grzywny przed wyrokiem?

Liczy się kasa

Nie można wreszcie abstrahować od momentu, w jakim PiS zaproponował zmianę przepisów. Coraz więcej obywateli zdaje sobie sprawę, że wprowadzanie ograniczających konstytucyjne prawa i wolności obostrzeń covidowych w drodze rozporządzeń jest niezgodne z ustawą zasadniczą. Odmawiają więc przyjęcia mandatów, a sądy przyznają im rację. Jeśli proponowane prawo zostanie uchwalone, to skończy się rumakowanie. Żadna tam konstytucja nie uchroni obywatela przed uderzeniem po kieszeni.
Poza tym w projekcie jednoznacznie zapisano, że po wniesieniu odwołania sąd rozpoznający sprawę może orzec na niekorzyść ukaranego, o czym oczywiście policjant ma obowiązek pouczyć. Czyli jeśli wystawiony mandat opiewa na 500 zł, to policjant musi powiedzieć, że odwołanie może się skończyć nałożeniem kary 10 razy wyższej. Obecnie oczywiście też może. Różnica polega na tym, że sąd nie zawsze wie, w jakiej wysokości zaproponowano nieprzyjęty mandat, a jak wie, to się tym nie kieruje. Neutralna z pozoru informacja o ryzyku zaostrzenia kary może więc być dobrą radą dla takiego obywatela, który po prostu nie ma racji, że korzystniej byłoby dla niego przyjąć mandat. Ale może też być przedstawiona tak, by zniechęcić go do ewentualnego wnoszenia odwołania. Jaki interes ma w tym policjant? Kolosalny. Przyjęcie mandatu oznacza dla niego mniej pracy, ale też często zbliża go do nieformalnej „normy” nałożonych grzywien, którą musi wyrobić.
Społeczny odbiór proponowanych zmian byłby może inny, gdyby zaufanie do policji nie leciało na łeb na szyję. A zgoda na przyjęcie mandatu, czyli poddanie się karze, wymaga zaufania, że ten, który chce mnie ukarać, zna prawo i mnie nie wrabia. Owszem, policjant nie musi być nieomylny. Idzie o to, że (niektórzy) funkcjonariusze zapracowali na to, żeby do wszystkich podchodzić z nieufnością. Dopóki pałuje się kobiety na demonstracjach albo wlepia niezasadnie mandaty, oklejanie radiowozów hasłem „Pomagamy i chronimy” raczej tego nie zmieni.

Coś jednak warto zmienić

Czy to znaczy, że obecny system jest idealny? Nie, dlatego wiceminister sprawiedliwości Marcin Warchoł ma rację, że nowe rozwiązanie pozwoli na uchylenie niesłusznie nałożonych mandatów karnych, bo dziś takiej możliwości praktycznie nie ma. Obecnie mandat jest jak cyrograf – z chwilą podpisania decyzji o jego przyjęciu praktycznie nie da się go uchylić „tylko” dlatego, że ukarano niewinnego. Wzruszenie mandatu może nastąpić, jeśli został nałożony za czyn niebędący w ogóle wykroczeniem, gdy sankcję zastosowano wobec osoby niepodlegającej odpowiedzialności wykroczeniowej (np. niepoczytalnej lub małoletniej), gdy nałożono wyższą grzywnę niż dopuszczają to przepisy lub gdy podstawa prawna do ukarania została zakwestionowana przez Trybunał Konstytucyjny.
W czasach przedcovidowych do ukarania za czyn niebędący wykroczeniem praktycznie nie dochodziło. Jeśli zaś mandat za zakłócanie ciszy nocnej nałożono na Kowalskiego, choć to Nowak całą noc wydzierał się na klatce – to trudno. Skoro przyjął mandat, to przyznał się do winy i nic nie może już zrobić. Tylko że przed karaniem niewinnych ma chronić właśnie instytucja odmowy przyjęcia mandatu, z której obywatel powinien korzystać, gdy ma choćby wątpliwości co do swojego sprawstwa. Gdyby więc PiS naprawdę chciał – jak deklaruje – zwiększyć uprawnienia obywateli, to rozszerzyłby możliwości uchylenia mandatu dla niewinnie ukaranych przy jednoczesnym zachowaniu prawa do odmowy jego przyjęcia.
Paradoksem obecnego systemu jest to, że nie odpłaca on za zaufanie do funkcjonariusza wystawiającego mandat. Jeśli np. po stłuczce policjant stwierdzi, że to ja byłem winny, a ja przyjmę mandat, to korzyści odnosi państwo. Przyjęcie mandatu kończy postępowanie wykroczeniowe, policjant nie musi kierować wniosku o ukaranie, zbierać dowodów itd. Sprawa nie trafia do sądu, więc państwo nie ponosi kosztów z tego tytułu (koszty sądowe nie rekompensują nigdy kosztów prowadzenia sprawy), a jeszcze zyskuje kilka stówek z mandatu. Jeśli po ochłonięciu uzmysłowię sobie, że jednak winny nie byłem i to policjant przez pomyłkę lub celowo przypisał mi winę, nic już zrobić nie mogę. Wyobraźmy sobie teraz, że popełniłem wykroczenie, ale z premedytacją nie zgadzam się na przyjęcie mandatu. Sprawa idzie do sądu. Robię, co mogę, by mnie nie skazali, unikam odbierania pism, przedstawiam zwolnienia lekarskie, występuję o dowód z opinii biegłego, a jeszcze sędzia zachorował i po dwóch latach udaje mi się doprowadzić do przedawnienia. Ja zaoszczędziłem kilka stówek, a państwo jest stratne o wiele więcej.
Dlatego zgadzam się: trzeba wyważyć racje między gwarancjami procesowymi obywateli a sprawnością funkcjonowania państwa – zarówno organów ścigania, jak i wymiaru sprawiedliwości. Tyle że ten projekt nie usprawni pracy ani sądów, ani policji.
Miałoby to zrobić zaprzęgnięcie do rozpoznawania spraw mandatowych referendarzy sądowych. Nie mogliby oni co prawda wydawać wyroków (to jest zastrzeżone dla sędziów), ale wydawaliby nakazy karne. Pierwszym powodem, dla którego nie odciąży to sądów, jest to, że referendarze w wydziałach karnych co do zasady nie występują. To jest więc pieśń przyszłości, ale i tak obarczona ryzykiem, że wydane przez referendarzy rozstrzygnięcia byłyby kwestionowane z tego powodu, że o odpowiedzialności karnej decydowałyby osoby nieposiadające przymiotu niezawisłości i niezależności jak sędziowie.
Jeśli zaś chodzi o policję, w tej chwili sprawa wygląda tak, że z chwilą przyjęcia mandatu postępowanie wykroczeniowe jest zakończone i każdy wraca do swoich spraw. Ale gdy obywatel mandatu nie przyjmuje i policja musi wystąpić z wnioskiem o ukaranie do sądu, to trzeba zgromadzić materiał dowodowy, funkcjonariusze piszą notatkę ze zdarzenia, są przesłuchiwani, zabezpieczane są wszelkie dowody (np. pomiar z radarów, zdjęcia z monitoringu, zeznania świadków, nagrania z kamer). Jak widać, mnóstwo z tym roboty. Dlatego jeśli teraz policjanci cieszą się w mediach społecznościowych, że skończy się cwaniakowanie, bo mandat trzeba będzie przyjąć, to ja się pytam, komu będzie ostatecznie do śmiechu? Przecież w ciągu siedmiu dni będzie można zaskarżyć każdy mandat. Liczy się data nadania pisma na poczcie, więc odwołanie może realnie wpłynąć do sądu nawet po dwóch tygodniach od popełnienia wykroczenia. Następnie sąd ma w ciągu trzech dni powiadomić o tym policję. I znów zrobi to pocztą – zanim pismo dojdzie, od zdarzenia miną już trzy tygodnie albo i więcej. Okaże się, że ze zdarzenia jest tylko notatka policjantów, którzy już niewiele pamiętają, bo podobnych spraw mają codziennie setki. Zacznie się zbieranie dowodów, ale monitoring po 30 dniach będzie już skasowany, w większych miastach nawet po dwóch tygodniach. Świadkowie co prawda byli, ale nikt nie zebrał adresów, bo i po co, skoro sprawa była zakończona. Jeśli natomiast ukarany dysponuje jakimkolwiek dowodem poza swoją wersją zdarzeń, będzie miał dużą szansę wygrać. Żeby więc masowo nie przegrywać, policja będzie musiała na wszelki wypadek zbierać materiał dowodowy we wszystkich sprawach wykroczeniowych, bo a nuż się ktoś odwoła.
Aby zobrazować skalę zjawiska, powiedzmy, że teraz do sądu trafia 400–600 tys. spraw wykroczeniowych rocznie (do 5 proc. wszystkich wykroczeń, dane z lat 2010–2018). To oznacza, że 95 proc. postępowań wykroczeniowych kończy się dziś nałożeniem mandatu i puszczeniem sprawy w niepamięć przez wszystkich, chyba że obywatel nie zapłaci, bo wtedy trzeba jeszcze uruchomić urzędników skarbówki.
Na marginesie: farsą jest to, że dopiero gdy projekt znalazł się w Sejmie (oficjalnie jest poselski), Ministerstwo Sprawiedliwości rozesłało do sądów pisma, by w trybie pilnym przesłały dane za 2019 r. o liczbie wniosków o ukaranie skierowanych na skutek odmowy przyjęcia mandatu, a także liczby skazań i uniewinnień. To oznacza, że najpierw wymyślono rozwiązanie problemu, który dopiero później usiłuje się zdiagnozować, badając skalę zjawiska. Kolejny przejaw patolegislacji, bo konsultacji przecież też nie było.
Próbuję powiedzieć, że projekt w takim kształcie nie ma szans spowodować, by jego inicjatorzy osiągnęli to, co chcą osiągnąć. Chyba że na pomoc przyjdą im… sądy, które po prostu będą przymykać oko na słaby materiał dowodowy zgromadzony przez policję i z automatu utrzymywać w mocy nałożone grzywny. Czyli w zasadzie robić to, co już dziś często robią. Smutna prawda jest taka, że gwarancje procesowe takie jak domniemanie niewinności, rozstrzyganie niedających się usunąć wątpliwości na korzyść obwinionego, konieczność wykazywania winy przez oskarżyciela etc. owszem są, ale w kodeksie. W sądach się nie przyjęły.
Przypuśćmy, że w obecnym stanie prawnym odmawiam przyjęcia mandatu, bo uważam, że policjant nie ma racji i z łatwością wykażę to w sądzie. Tyle że nikt nie da mi na to szansy. W skrzynce zamiast zaproszenia na rozprawę znajdę… wyrok nakazowy wydany na podstawie relacji jednej strony – policjanta. Jak mi się nie podoba, to mogę sobie wnosić sprzeciw. Wyrok nakazowy zgodnie z przepisami można wydać tylko, gdy okoliczności czynu i wina nie budzą wątpliwości (czy z samego faktu, że mandatu nie przyjąłem, nie można podejrzewać, że jakiejś wątpliwości w sprawie powinny być?). A sądy wydają je taśmowo, bez zagłębiania się w istotę sprawy, po prostu przyklepując policyjny wniosek o ukaranie.
O tym, jaką patologią są wydawane w ten sposób wyroki, świadczą kasacje, jakie wnosi czasem rzecznik praw obywatelskich (jeśli w ciągu tygodnia nie zgłosi się sprzeciwu, to wyrok nakazowy się uprawomocni i pozostaje tylko taka droga). RPO interweniuje zaś tylko w najbardziej jaskrawych sprawach, jak np. ukaranie osób małoletnich czy upośledzonych. Albo w takich, gdzie ewidentnie nic się nie zgadzało – np. załączono zdjęcia z fotoradaru z inną datą, godziną, marką samochodu, a nawet miejscowością, niż to wynikało z wniosku o ukaranie. Co nie przeszkodziło sądowi wydać w imieniu Rzeczypospolitej wyroku skazującego.
Tymczasem w takich przypadkach widząc, że materiał dowodowy jest marny, sąd powinien posłać wniosek policji czy straży miejskiej w diabły i odmówić w ogóle wszczęcia postępowania. A jeśli już na pierwszy rzut oka widać, że rzecz jest niejednoznaczna, skierować sprawę na rozprawę. I takie przypadki się oczywiście zdarzają, ale są to krople w morzu.
Wracając do naszego przypadku: jeśli w ciągu tygodnia wniosłem sprzeciw i wyrok nakazowy jest kasowany, sprawa zaczyna się od początku. Czyli mogę walczyć o uniewinnienie przez sąd rejonowy, a w razie czego mam w odwodzie apelację do sądu okręgowego. A jak wygląda domniemanie niewinności? Teoretycznie mógłbym powiedzieć, że jestem niewinny i czekać, aż oskarżyciel wykaże moją winę. W praktyce sąd skaże mnie na podstawie zeznań policjanta. Tak samo będzie, gdy w sprawie nie będzie obiektywnych dowodów, tylko słowo przeciwko słowu. Bo przecież policjant nie ma interesu w tym, by kłamać, a ja jestem zainteresowany tym, bym nie został ukarany. Na jakiej podstawie mam zakładać, że po wprowadzeniu nowych przepisów to się zmieni? Wiceminister Warchoł uspokaja, że przecież ostatecznie o winie będzie decydował sąd. Czy tak jak obecnie?

Zaufanie kosztuje

Wykroczenia z samej swej istoty są błahymi sprawami, czynami o niewielkim stopniu społecznej szkodliwości, ale gwarancje procesowe są prawie takie jak w postępowaniu karnym. Jednocześnie choć to sprawy powszechne, to trudne dowodowo. Choć sędziowie siłą rzeczy nie poświęcają im tyle uwagi, ile sprawom o morderstwo, handel narkotykami czy rozboje, dla obwinionego to najważniejsza rzecz na świecie. Na podstawie sposobu, w jaki zostanie potraktowany przez organy ścigania, a później przez sąd, wyrobi on sobie zdanie na temat uczciwości i sprawiedliwości aparatu państwa i wymiaru sprawiedliwości. Od tego będzie zależało jego zaufanie do tych instytucji w pozostałych sprawach. I wcale nie chodzi o to, że ten człowiek ma wyjść z sądu z wyrokiem uniewinniającym. Bynajmniej! Ma wyjść z czymś o wiele ważniejszym – z poczuciem sprawiedliwości. Trzeba mu wykazać winę, uzmysłowić, na czym polega złamanie prawa, i sprawiedliwie ukarać. Ten system jest kosztowny, wymaga czasu i pieniędzy, ale w życiu nie ma niczego za darmo. Państwo musi się postarać, by na zaufanie obywateli zasłużyć, co będzie później procentować. By to osiągnąć, niekoniecznie trzeba zaczynać od zmiany przepisów (choć być może okaże się to nieodzowne), ale od zmiany filozofii w podejściu do wykroczeń. Bo złym przepisem bez wątpienia można wszystko szybko zepsuć, ale nie ma żadnych gwarancji, że najlepszy przepis poprawi sytuację. Wszystko zależy od tego, jak będzie on stosowany.
Proponowany mechanizm wygląda tak: policjant przesądza o winie i wystawia mandat, a jeśli obywatel się nie zgadza, to i tak musi zapłacić, a w odwołaniu wskazać dowody swojej niewinności