Cisza.
Reklama
Przed burzą.
Żyjecie w zgodzie?

Reklama
Kto?
Pani i Marta Lempart.
Cały czas w zgodzie. I nie wiem, ku…, skąd się biorą te plotki. To musi być jakiś bardzo „sprytny” sposób na skonfliktowanie nas. Ale nie ma takiej opcji. Znamy się z Martą od lat, działamy wspólnie, mam do niej ogromne zaufanie, zrobiłyśmy już razem przeróżne rzeczy, łącznie ze strajkiem międzynarodowym. Wiem, jakie są jej słabe strony, jakie mocne. Czasami mamy różne zdanie, jak to inteligentni ludzie, nie zmienia to jednak faktu, że jest w nas ogromna siła i determinacja do działania. Żaden dąs nie stanie nam na drodze. Ploteczki o konfliktach są pobożnym życzeniem. Mamy zbyt wiele rzeczy do zrobienia.
Jako ruch, partia polityczna?
Ogólnopolski Strajk Kobiet nie przekształca się w partię polityczną. Nie jestem polityczką i nie będę startować w żadnych wyborach. Czy skończycie mnie już o to pytać?
Marta Lempart startowała.
Kilka razy.
I nigdy się nie udało.
Poznała, jakim bagnem jest ta polityka i nie bardzo się pali, by do niej wchodzić. Są inne dziewczyny, które startowały, trochę dziewczyn ze Strajku Kobiet działa w strukturach samorządowych. Liczę na to, że będą szły w górę, będą się rozwijały politycznie. Jedna z nas, Kasia Kotula, jest już posłanką, jeden chłopak, Łukasz Kohut, europarlamentarzystą. Wszystkich zachęcam do działania.
Obalacie rząd i co dalej?
Proponujemy stworzenie rządu tymczasowego, którego rola będzie polegała na uporządkowaniu tego, co zostało zniszczone. A potem na zmianie sposobu rządzenia.
Kto premierką/premierem w rządzie tymczasowym?
Nie jesteśmy na etapie rozważania personaliów.
Już jesienią nawoływały panie do dymisji rządu, byłam więc przekonana, że macie kim go zastąpić.
Przede wszystkim to musiałoby być grono osób, które zna się na rzeczy, bo przecież i my, i wielu innych ludzi jest niezadowolonych z niekompetencji tego rządu. Ta niekompetencja wylewa się zewsząd. W rządzie tymczasowym nie muszą być politycy, tylko osoby, które znają się na rzeczy.
I żadne nazwiska pani nie przychodzą do głowy?
Jak dla mnie Dorota Łoboda powinna być odpowiedzialna za edukację, Bożena Przyłuska za sprawy świeckiego państwa. W innych kwestiach, na których się nie znam, nie będę się wypowiadać. Żeby coś powiedzieć, muszę się zapoznać z tematem.
Jest pani jedną z liderek Strajku Kobiet, więc jest pani zapoznana z polityką, ze sprawami, przeciw którym pani protestuje. Walczycie o prawo do legalnej aborcji czy o obalenie rządu?
W skrócie: o wszystko, co się sprowadza do słowa „wolność”, czyli o wolność wyboru i wolność od głupoty, niekompetencji i cynizmu.
Załóżmy, że wygrywacie, mamy wolność od niekompetencji, to kto wtedy kompetentny rządzi Polską?
Nie ja będę decydowała, kto będzie rządził. To znaczy ja też, ale nie sama. To ludzie mają zdecydować.
Wszyscy?
Wszyscy, a nie partie lub prezesi. Na pewno jak najszersza grupa obywateli.
Ale taka jak zerowa grupa szczepionkowa?
Trzeba by było przegadać, jak do wyłonienia takiego rządu tymczasowego doprowadzić. To musiałoby być otwarte, transparentne, demokratyczne. Wyobrażam sobie, że powinno być tak, jak z ubieganiem się o pracę. Kandydat się prezentuje, mówi, co chce, a ludzie go oceniają. Jak na stanowisko RPO.
Jacy ludzie?
Obywatelki i obywatele.
A co z Sejmem? Rozwiązujecie go?
Nie jestem od spraw stricte politycznych, ale Sejm to bym przynajmniej na chwilę chętnie rozwiązała. Chyba wszyscy mamy go dość.
A ktoś ze Strajku Kobiet jest?
Jest.
Kto?
Nie ja, ale moja wizja jest taka, że członkowie rządu tymczasowego są wyłonieni z obywatelskiego głosowania, otwartej dyskusji, podpisuje się z nimi kontrakty, a następnie są rozliczani ze swojej działalności po określonym czasie.
W Polsce nie wybiera się w wyborach premiera, tylko posłów i senatorów oraz prezydenta. To, co pani proponuje, to jest zmiana systemu.
Owszem. Nie może być tak, że jakaś jedna partia terroryzuje cały naród. Rządzenie musi być ciągłym liczeniem się z głosami ludzi. O pewnych rzeczach możemy decydować razem, nie muszą za nas tego robić politycy. Uważam, że teraz rząd, by zyskać zaufanie, musi mieć charakter obywatelski. Wykorzystać można platformy internetowe do głosowania...
Powinny już trwać prace nad takim narzędziem.
One już są. W różnych miejscach na świecie się je wykorzystuje do współrządzenia i jako pierwsze wprowadziłyśmy je w Polsce. Nazywa się to loomio.org/osk i można tam dyskutować o problemach i głosować. Znane już były też np. platformy do głosowania w budżetach partycypacyjnych. Mamy rozum, potrafimy wcisnąć guzik i się nie pomylić. Wiemy, co jest dobre, a co złe.
Powinno być ogłoszone referendum dotyczące prawa aborcyjnego?
Nigdy w życiu. O prawach człowieka nie decyduje się w głosowaniach. Prosiłabym grzecznie, żeby zakończyć ten temat, bo to urąga godności ponad połowy naszego społeczeństwa. Prawa kobiet jako prawa człowieka przynależą się od urodzenia i są niezbywalne. Koniec, kropka.
Pojawiają się informacje, że wyrok TK zostanie opublikowany, po czym Sejm dla uspokojenia nastrojów społecznych uchwali taką samą kompromisową ustawę aborcyjną, jaka obowiązywała od 1993 r.
Jestem od czerech lat na ulicy i na moje oko, jeśli ten wyrok zostanie opublikowany, to zacznie się piekło. Kiedyś ludźmi można było jakoś manipulować w tym temacie, ale nie wyobrażam sobie tego po ostatnich tygodniach. Tak mi mówi moja uliczna intuicja.
To jest wojna – to tytuł pani książki.
Wojna już trwa, nie wiem, jak nazwać to, co się może wydarzyć dalej. Ludzie nie odpuszczą. Sprawa dotycząca aborcji leżała w TK przez ponad rok. Wiedziałyśmy, że jest punktem zapalnym, że jeśli TK się nią zajmie, to idziemy na maksa, po bandzie.
Teraz czekacie, aż wyrok zostanie opublikowany i wtedy na ulice, wtedy protesty?
Wyjdziemy przed opublikowaniem.
To „przed” to jest właśnie teraz.
W świecie protestowym jest tak, że ludzie reagują na to, co już się stało, na fakt. Protesty są reaktywne. Bardzo trudno jest zorganizować protest proaktywny, uprzedzający wydarzenia. Wiele razy próbowałyśmy w różnych sprawach, również TK. Próbowałyśmy nawet w październiku, w ten sam dzień rano, kiedy decyzja miała zapaść. Nie udało się. A wieczorem, po ogłoszeniu TK, na ulicach były już tłumy. To przykład, jak działają ludzie. Ale teraz myślę, że w wielu jest gotowość, by w tej sprawie wyjść na ulicę przed tym, co ma się wydarzyć. Poza tym po drodze wydarzyła się Argentyna, gdzie po latach walki zalegalizowano aborcję. To jest znak, że można, że warto walczyć. To też daje bardzo wielu ludziom perspektywę i nadzieję.
„Bardzo wielu ludziom” – macie to zbadane?
Tak. 75 proc. wie, że OSK walczy o aborcję i 66 proc. popiera tę walkę. Wiemy także, że popiera ją nie tylko młodzież, bo tak naprawdę duża grupa wspierająca nas to ludzie po 55. roku życia.
Piszą do was, dzwonią, mówią: popieramy was?
Piszą, dzwonią itp., ale to wynika też z badań. Poprosiłyśmy o takie, żeby wiedzieć, kto dokładnie nas wspiera.
To są ludzie, którzy byli już dorośli przed 1989 r. i pamiętają aborcję na życzenie.
Pamiętają legalną aborcję, normalny dostęp w szpitalach do zabiegu. Oczywiście, że wtedy warunki były gorsze, bo nie było tak dostępnej antykoncepcji jak obecnie. Dzisiaj jesteśmy w zupełnie innym punkcie, więc nie ma co mówić, że gdyby aborcja była legalna, to kobiety masowo by chodziły robić zabiegi. Jest też z nami dużo młodzieży, ludzi urodzonych w okolicach referendum unijnego, a nawet już po, dla których aborcja to po prostu zabieg medyczny.
To oni śpiewają na waszych protestach: hej, hej, hej aborcja jest okej.
Nie zamierzają z nikim dyskutować, czy aborcja im się należy, czy nie należy. Po prostu czas, by pewne rzeczy stały się normalne.
Może część nie wie, co znaczy ta aborcja?
Nie posądzałabym ich o to, że nie wiedzą.
Śpiewają, że aborcja jest okej, tak jakby to była tabletka antykoncepcyjna.
To, co pani mówi, to jest odbieranie ludziom właściwości myślenia.
Aborcja jest okej czy nie jest?
To, że śpiewają, jest kwestią ulicznego stylu protestowania.
Nie przeszkadza to pani?
Nie. Aborcja jest po prostu zabiegiem medycznym. Zawsze chciałam mieć dzieci, jednak były momenty, w czasie młodości, kiedy nie byłam pewna, czy jestem w ciąży, czy nie. I to nie było fajne, bo wtedy na dzieci nie byłam gotowa. Nie stanęłam przed dylematem aborcji, ale nie będę nikomu zabraniać podjęcia tej decyzji, nie będę dyrygować czyimś życiem. Jestem przekonana, że dziewczyny śpiewające proaborcyjne piosenki, które oczywiście mogą brzmieć jak banalizowanie tematu aborcji, myślą i mają świadomość, są wyedukowane bardziej od rządu.
Gdzie? W szkole w zasadzie nie ma edukacji seksualnej.
Edukacja odbywa się wszędzie, w internecie, na ulicy w trakcie protestów. Państwo edukacji nie zapewnia, co jest totalną porażką. Rząd myśli nawet o tym, żeby tej edukacji nie było, ba, żeby wycofywać antykoncepcję. Nie jesteśmy wyspą odseparowaną od świata i przecież te dzieci wiedzą, co się dzieje w innych krajach. Temat aborcji jest teraz wszędzie obecny. Za sprawą Argentyny żyją nim cała Ameryka Łacińska i świat.
Ale też oglądają filmiki: „Zrobiłam to. Zrobiłam aborcję i było wspaniale”.
Nie widziałam takich filmików.
Ale ja widziałam i są bardzo popularne.
Myślę, że Aborcyjny Dream Team...
Nazwa sugerująca, że aborcja to jest coś super...
To próba normalizacji tematu, wyciągnięcia z tabu. Może mieć to i takie przejawy, jednak sama sprawa jest bardzo ważna i musi dojść do liberalizacji prawa, nie mam co do tego wątpliwości. Musimy tylko jako odpowiedzialni ludzie wręczyć obywatelom pakiet edukacyjny z tym związany.
Kto ma ten pakiet wręczyć? Pytam, bo przecież nie chcecie wchodzić do polityki.
Nie trzeba wchodzić do polityki, by edukować. Mogą to robić organizacje pozarządowe, możemy to robić wszyscy.
Ale najpierw organizacje muszą podpisać umowę z rządem, z Ministerstwem Edukacji.
Oczywiście. Nie ma innej opcji i wiemy, że z ministrem Czarnkiem nie da się tego zrobić.
I wracamy do początku, że trzeba obalić rząd.
Powodów do przegnania tych panów, którzy chcą nami rządzić, jest więcej niż tylko aborcja. Choć właściwie powinniśmy bić im brawo, bo to, co zrobili z aborcją, to przecież działanie na własną szkodę. Jeśli ktoś w rządzie teraz siedzi i myśli, co z tym wszystkim zrobić, to naprawdę niech się zastanowi, żeby nie było...
Ofiar?
Też. Z drugiej strony jest to radykalne posuwanie spraw aborcji do przodu.
Boi się pani o swoje życie?
Nie. Bez przesady, nie jesteśmy jeszcze na takim poziomie. Chyba nie jesteśmy.
Wojna to wojna.
Było kilka momentów, kiedy policja robiła mi krzywdę. Wolałabym, żeby nie było z tego zdjęć. Z drugiej strony jakieś świadectwo musi być. Otarłam się o... Nie było wiadomo, czy się obudzę po operacji, czy nie.
Prowadzi pani literacką kronikę tych wydarzeń?
Nie mam czasu. Kiedyś siądę i to wszystko uporządkuję.
Uporządkowała pani w wielką biografię życie Gombrowicza.
Tak, dam radę i z Polską (śmiech). Witold nie komentował spraw politycznych. O tym, co się dzieje, chyba nic by nie powiedział. Ogólnie to się dystansował. Jego poruszały tylko wielkie wydarzenia w stylu śmierć Piłsudskiego czy wojna.
Protest Strajku Kobiet po październikowym wyroku Trybunału Konstytucyjnego to było wielkie wydarzenie.
Ale też nie sądzę, żeby je skomentował. Kiedy był chłopcem i podsłuchiwał, jak jego mama rozmawia na zebraniach w pokoju z innymi ziemiankami i dyskutuje „kwestie kobiece”, to się z tego śmiał.
Ale później dorósł.
I czasami nawet miał do czynienia z kobietami. To były specyficzne czasy, mocno mizoginistyczne. Ale Gombrowicz w sztuce był bezkompromisowy, był wywrotowcem. Miał ogromne poczucie wolności i na tym poziomie potrafił się zindentyfikować nawet z kobietami. Wielu mężczyzn mogłoby dziś jeszcze sporo się od niego nauczyć. Co jakiś czas słyszę, że powinnam się dystansować jak Gombrowicz. Nie umiem, bo mam charakter raczej wywrotowy. Kiedy piszę książkę, to jestem w izolacji, samotności, ascezie, samodyscyplinuję się, narzucam sobie terminy. Kiedy jestem na ulicy, to jest działanie, ekspresja, bycie wśród ludzi, dla ludzi, z ludźmi. Kiedy skończyłam pisać biografię Gombrowicza i z tego siedzenia przy biurku, mozolnego pisania i klepania w komputer wyszłam na dwór, na ulice, to była ekstaza, że jest powietrze, życie. Wyszłam i zostałam na ulicach. Z jednego świata weszłam w drugi. Z totalnej ascezy w totalną ekspresję.
Rozdwojenie.
Nie, harmonia, uzupełnienie. Ludzie mają różnie. Mój ojciec był wywrotowcem, ja jestem wywrotowcem.
I pani córka jest wywrotowcem.
Zaczęła być. I mój 15-letni siostrzeniec jest wywrotowcem. Bardzo się angażuje w sprawy Strajku Kobiet. Moja córka, zanim się zaangażowała, musiała się najpierw zdystansować do matki. Teraz jej przeszło i jesteśmy koleżankami z protestów.
Kiedy wyjdziecie na ulice?
Niebawem.
W styczniu, w lutym?
W styczniu. Szykujemy się. Zobaczymy, jak się rozkręci sytuacja polityczna i będziemy reagować. W Polsce cały czas się dzieje. Wczoraj młody chłopak przysłał mi zdjęcia, że szedł na Giewont i chciał zawiesić flagę Strajku Kobiet.
Obok krzyża.
Nie doszedł, powiesił przy drodze. Zapowiada się, że w polityce będzie się sporo działo. Jesteśmy po COVID, ja, Marta Lempart i trochę innych osób. Przyczajamy się i szykujemy do dalszej walki. To nie koniec. Na początku to był zryw szaleńczy, polski, powstańczy, ale po kilku miesiącach czas na bardziej systemowe ruchy. A tłum się zradykalizował, ludzie nauczyli się, jak działać autonomicznie. Politycy liczyli, że moment pandemiczny przygasi ochotę ludzi do wychodzenia na ulicę. Pomylili się.
W październiku 2020 r. po wyroku TK nie wyszli z wami na ulicę, bo chcieli wolności wyboru.
Właśnie z tego powodu wyszli.
Nie, wyszli, bo kompromis aborcyjny obowiązujący w Polsce został zakwestionowany.
Nie, wyszli, bo byli wkurzeni na to, co się stało, że ktoś cynicznie wykorzystał moment. Restrykcje i cynizm – to dwa powody, które tamtego wieczoru wybrzmiały. Kilka dni później już się z tego zrobiło coś więcej. Okazało się, że ludzie są wkurzeni na państwo, na rządzących, na PiS, na wszystko. Sprawa aborcji paradoksalnie stworzyła platformę, głośno było słychać nadzieję pokładaną w kobietach, że mają moc sprawczą. Okazało się też, że w ludziach jest gotowość do bronienia sprawy aborcji. W sumie dziwię się tym politykom, którzy to ruszyli. To było bardzo głupie strategicznie. Dla nas nie. TK podjął decyzję, która pozwoliła przyspieszyć w świadomości ludzi procesy, które trwałyby o wiele dłużej.
Ci, którzy wyszli, bo byli przeciwni majstrowaniu przy kompromisie aborcyjnym, to nie ci sami, którzy są za legalną aborcją.
To pewna legenda. Większość jest za wolnym dostępem do aborcji.
Większość z tych, którzy protestowali?
Większość. Kiedy ludzie zastanawiają się: kompromis aborcyjny czy wolny dostęp do aborcji, trzeba zadać sobie proste pytanie, kto ma o tym decydować. I wtedy wszystko staje się jasne. Każda z nas myśli, ma swoje sumienie i nie potrzebuje księdza czy polityka, by podejmował za nas decyzje, mówił nie tylko, co mamy robić, ale też, co mamy czuć. Kompromis jest już przegrany. Tego już nie da się usprawiedliwić. Prawicowi politycy od dawna kopią pod sobą dołek i mają świadomość, że zbliża się ich ostateczny koniec, koniec tego średniowiecznego rządzenia, ortodoksyjnego modelu. Już wiedzą, że sprzeciw jest nie do zatrzymania, że społeczeństwo przeszło totalną rewolucję.
Które społeczeństwo?
Polskie.
Chyba jakiś niewielki procent?
Nie. Rozmawiam czasem z Danusią Kuroń. Mówi, że na przestrzeni całej drugiej połowy XX wieku i dwóch dekad XXI wieku nie widziała takiego momentu w historii Polski, mimo iż widziała wiele. Były różne przewroty polityczne, ale nigdy nie było takiej rewolucji światopoglądowej w polskim społeczeństwie. Jej zdaniem jesteśmy w historycznym momencie. I ja to zdanie podzielam.
Kobiety chcące zabijać swoje dzieci, morderczynie – tak prawa strona nazywa tę rewolucję, o której pani mówi.
I co ja mam powiedzieć?
„Wiadomości” TVP też idą tą narracją.
I jak widać, to nie działa.
Działa. PiS-owi znowu rośnie poparcie.
Ale rośnie dlatego, że mówią o nas: „morderczynie dzieci”? Wspiera nas spory procent ludzi, którzy głosowali na PiS, również na Konfederację. To są też trochę starsi koledzy mojej córki, którzy w ostatnich wyborach głosowali na Konfederację. Myślę, że nachalna antyaborcyjna propaganda w TVP, a zaraz także w mediach lokalnych, które ostatnio zostały „unarodowione”, sprawia, iż ludzie idą w drugą stronę. Funkcjonariusze władzy wymyślają coraz bardziej radykalne i absurdalne pomysły, jak zohydzić wszystkich tych, którzy ich nie lubią. Przynosi to odwrotny skutek, śmiech i komizm. Rewolucja dzieje się na ulicach, w głowach, w sercach, w sumieniach, do których politycy, ich media, ich TVP, nie są w stanie władować się ze swoim przekazem.
Ta rewolucja w głowach polega na tym, że ludzie chcą aborcji na życzenie?
Chcą wolności. Zaskoczyło nas, że ludzie tak wyraźnie dali znać, że chcą zmian, chcą odsunięcia PiS od władzy i że składają to w naszych rękach. A to jest odpowiedzialność, pokładanie nadziei. Nie, nie personalne, tylko w moc kobiet.
Masy potrzebują konkretnego przywódcy.
W sensie organizacyjnym, na skalę Polski, po to, żeby Strajk Kobiet działał, my nie jesteśmy niezbędne.
Gdyby nie Lech Wałęsa, Bogdan Borusewicz by sobie nie poradził ze strajkiem w sierpniu 1980 r.
Strajk Kobiet w momencie szczytu rozgrywał się w 600 miejscach. Teraz na stałe jesteśmy w kontakcie z 400. Tam się organizują ludzie. Żeby wyszli na ulice w Dzierżoniowie, Rybniku czy Iławie, nie jesteśmy w ogóle potrzebne. Strajk jest organiczny i autonomiczny. To, co robimy w Warszawie, ma małe przełożenie na to, co się dzieje w innych miastach. Ludzie w Polsce, żeby działać, nie potrzebują ani mnie, ani Lempart.
To jeszcze raz mówię, gdyby nie Wałęsa...
Są inne dziewczyny w całej Polsce...
Bez silnej liderki...
Strajk Kobiet jest dość specyficznym ruchem, jesteśmy trochę inaczej zorganizowane niż inne grupy, nie mamy zarządów i nie wiem, czego tam jeszcze.
Ale siedzibę macie na Wiejskiej, obok Sejmu.
Tam miał działać Instytut Ochrony Praw Człowieka, do tego ośrodek badawczy, który będzie przeciwwagą dla Ordo Iuris. Teraz ochronę praw człowieka robimy na ulicy. Ta siedziba nie była do prowadzenia protestów, tylko do działalności badawczej, szkoleniowej, kursowej i jako miejsce dla ludzi, którzy chcą coś robić, organizować się.
Ile metrów?
260, w tym trzy duże sale.
Od miasta?
Tak. Ironicznie wyszło, że lokal jest na Wiejskiej. Bawi nas to.
Anne Applebaum w swojej książce „Zmierzch demokracji” pokazuje raczej, że różne kraje, w tym Polska, idą w stronę autorytaryzmu, a nie rewolucji obyczajowej.
Applebaum obserwująca Polskę ma inny punkt widzenia niż ja – osoba zaangażowana, będąca od dawna na ulicach. Nie wyobrażam sobie, że możemy stać się państwem autorytarnym, że rewolucja może się nie udać. W USA widać, że sprawy też idą teraz w innym kierunku.
Jest jeszcze silny polski Kościół.
I ma swoje kanały, ale w ostatnich miesiącach też dostaje w dupę. Na pewno lepsze byłoby dla Kościoła, by zachował większą wstrzemięźliwość. Zresztą Kościół, podobnie jak obecnie rządzący i wszystkie ultrakonserwatywne organizacje, za to, co robią, dużo zapłacą. PiS i reszta po prostu przegrają wybory. Od Kościoła będą odchodzić wierni, a takie organizacje jak Ordo Iuris, które są częścią światowej siatki, zapłacą jeszcze inaczej. Musimy się przyglądać temu, co się stanie z nimi w USA, jakie będą decyzje prezydenta Bidena, co się będzie działo na świecie z prawami człowieka, z prawami reprodukcyjnymi. Ordo Iuris ma pieniądze i dostęp do rządzących, ale nie ma dużego poparcia ludzi. Jest desantem ideologicznym, który nie ma nic wspólnego z tym, jak naród polski widzi swoją przyszłość, swoje życie. Będzie funkcjonować, dopóki rządzący będą puszczać do nich oko i się kolegować. Nie jestem osobą wiary, więc nie chcę mówić, że wierzę w to, iż nam się uda, że zwyciężymy. Ale mogę powiedzieć, że zrobię wszystko, żeby tak się stało. I wszyscy, którzy działają w Strajku Kobiet – też. Mam perspektywę uliczną, lecz także badawczą i analityczną. Patrzę na to wszystko jak na proces, a ludzie zwykle gorączkują się i chcą dostać wszystko naraz.
Też chciałyście. Rząd miał się podać od razu do dymisji – to chyba jednak gorączkowanie, a nie proces.
Tak mówiłyśmy, ponieważ tak chcieli ludzie. Ulica mówiła to wyraźnie. Nie powiem, że się z tym nie zgadzałam. Co nam pozostaje? Albo pójście w przemoc, albo pozwolenie na sprowokowanie siebie. To nie jest coś, co nas pociąga.
Ale kusi.
Przemoc? Mnie nie.
A kogo?
Najbardziej to chyba rządzących. Oni chcą iść na zwarcie. Ten nowo mianowany komendant policji bardzo się do tego garnie, już się wykazał. Patrząc natomiast na rządzących, to działania, które podejmują, zmierzają w stronę przemocy. Czujemy ogromną odpowiedzialność za ludzi i dużo zrobimy, by ich chronić. Nie wiem, jak to jeszcze wyjaśnić, żeby nie powiedzieć czegoś, za co będą mnie ścigać.
Jest pani przyzwyczajona.
Jestem, ale namawianie rządu do rozejścia się to trochę poważniejsza sprawa niż mandat na ulicy. ©℗
Jestem przekonana, że dziewczyny śpiewające proaborcyjne piosenki, które oczywiście mogą brzmieć jak banalizowanie tematu aborcji, myślą i mają świadomość, są wyedukowane bardziej od rządu