Od czasu, gdy redaktorzy oksfordzkiego słownika ogłosili „postprawdę” słowem roku 2016, ukazała się na ten temat niezliczona liczba artykułów. Zjawisko postprawdy, czyli funkcjonowania w domenie publicznej fałszywych informacji, połączono z najgłośniejszymi wydarzeniami politycznymi roku: Brexitem i zwycięstwem Donalda Trumpa w amerykańskich wyborach prezydenckich.
Reklama
O postprawdzie pisze się tak dużo, że niektórych zaczęło to już irytować. Na przykład Rafała Wosia, którym w tekście „Postprawda. Największa bzdura dekady” (DGP nr 29 z 10 lutego br.) wyśmiewa ludzi robiących szum wokół tego tematu. Dlaczego nie pisano o fałszywych informacjach, gdy establishment biznesowo-polityczny przekonywał nas do zbawiennych efektów obniżania podatków i polityki zaciskania pasa, choć nie było i nie ma żadnych dowodów na skuteczność takich działań? – pyta ironicznie Woś.
I ma rację. To nie jest tak, że do tej pory świat polityki kręcił się wokół prawdy – wokół potwierdzonych informacji, których decydenci trzymali się za każdym razem, gdy mieli podjąć ważną decyzję. I dopiero źli populiści w 2016 r. wszystko popsuli, manipulując częścią wyborców i prowadząc nas na skraj zagłady. Histeria wokół postprawdy z pewnością zawiera w sobie sporą dawkę hipokryzji i dobrze, że Woś miał odwagę to powiedzieć wprost. Nie oznacza to jednak, że problem nie istnieje. Rzecz w tym, że zamęt informacyjny siany przez Trumpa, wpływowych zwolenników brexitu czy – by sięgnąć po polski przykład – przez PiS jest tylko symptomem zjawiska, które ma głębsze przyczyny.
O tych przyczynach pisze się zaś zadziwiająco mało. Większość komentarzy skupia się na wymienionych symptomach. Paru intelektualistów próbuje nieśmiało wyjść poza myślenie o konkretnych przykładach zjawiska postprawdy i wskazuje, że źródłem problemu może być dominacja filozofii postmodernistycznej w drugiej połowie XX w. To właśnie ona, z daleko idącym sceptycyzmem wobec prawdy, miałaby dać podwaliny szerzącemu się w polityce językowi postprawdy. Takie wytłumaczenie jest wątpliwe. Po pierwsze, postmodernizm to nurt, który rzadko kiedy wydostawał się poza ramy akademii. Ilu z państwa potrafi cokolwiek powiedzieć o Derridzie, Foucaulcie czy Deleuzie? Ilu polityków wie cokolwiek na ich temat? W samym światku uniwersyteckim toczą się zaś spory, czy postmodernizm, jeśli w ogóle coś takiego istniało, był rzeczywiście taki antyprawdziwościowy. Dlatego ten trop prowadzi donikąd.
Fakty są do zanegowania
Istnieje jednak lepsza kandydatura pozwalająca wyjaśnić, dlaczego to, co zwiemy postprawdą, ma się tak dobrze, i to nie od dzisiaj. Jest nią system kapitalistyczny, szczególnie w neoliberalnym wydaniu, w którym wolny rynek jest traktowany jako nienaruszalna świętość.
Jeśli chcemy zrozumieć, jak bardzo kapitalizm jest powiązany ze zjawiskiem rozprowadzania w społeczeństwie fałszywych informacji, wystarczy, że skupimy się na dyskusjach związanych z globalnym ociepleniem. Osoby zainteresowane zmianami klimatycznymi wiedzą, że problem fałszywych czy też niepotwierdzonych informacji był palący na długo przed tym, jak Trump wystartował w wyścigu po fotel prezydencki, a na Wyspach Brytyjskich ruszyła agresywna kampania za wyjściem z UE.
Autorzy raportu American Association for the Advancement of Science podają, że 97 proc. klimatologów jest przekonanych, iż globalne ocieplenie jest faktem i powstaje w wyniku działalności człowieka. To przekonanie opiera się na tysiącach badań prowadzonych przez rzeszę naukowców na przestrzeni kilkudziesięciu lat. Mimo to nie brakuje tekstów, reportaży i „badań” dowodzących, że człowiek nie wpływa na zmiany klimatyczne. Co więcej, jak podaje w swojej najnowszej książce „To zmienia wszystko” kanadyjska dziennikarka Naomi Klein, liczba Amerykanów sądzących, że spalanie paliw kopalnych wpływa na ocieplanie klimatu, spadła między rokiem 2007 a 2011 z 71 do 44 proc.
Wygląda zatem na to, że informacje zaprzeczające temu, co mówią specjaliści od klimatu, znajdują publiczność. Dlaczego? Jaki mechanizm działa? Czyżby wzrost popularności francuskich postmodernistów? Nowe wydanie pism zebranych Lacana? Zalew publikacji na temat filozofii Derridy? Klein podsuwa o wiele prostsze i o wiele bardziej przekonujące wyjaśnienie. Negacjonizm, czyli zaprzeczanie, że globalne ocieplenie jest wywoływane przez człowieka, to potężna machina propagandowa, która kosztuje niemałe pieniądze. Klein, powołując się na opracowanie socjologa Roberta Brulle’a, podaje, że każdego roku ruch negacjonistów pochłania 900 mln dol. Większość sponsorów jest w ten czy inny sposób powiązana z prawicowymi grupami interesu. Na przykład z braćmi Kochami, od lat wspierającymi Partię Republikańską. Wśród darczyńców jest także ExxonMobil. Z kolei brytyjski „Guardian” ustalił, że w latach 2002–2010 anonimowi miliarderzy podarowali grupom negacjonistycznym prawie 120 mln dol.
Żadna z tych informacji nie powinna nas dziwić. Skuteczna walka z globalnym ociepleniem oznacza naruszenie interesów wielu bogatych ludzi. Nie tylko dlatego, że prowadzi do obniżenia rentowności niektórych biznesów. Jak słusznie zauważa Klein, jeśli na serio chcemy przeciwdziałać zmianom klimatycznym, musimy naruszyć wolnorynkowy fundamentalizm i dać rządom narzędzia pozwalające ingerować w wolny handel. Tylko państwa są w stanie przeprowadzić skoordynowaną akcję walki z globalnym ociepleniem. Niewidzialna ręka nic tu nie pomoże. Dostępne dane sugerują zaś, że na prorynkowych reformach rozpoczętych mniej więcej w czasach Reagana i Thatcher najbardziej zyskali przede wszystkim miliarderzy, przynajmniej w przypadku krajów rozwiniętych. Piszą o tym najwięksi współcześni ekonomiści: od Thomasa Piketty’ego przez Josepha Stiglitza po Ha-Joon Changa. Większe uregulowanie wolnego rynku jest więc nie tylko drogą do walki z globalnym ociepleniem, ale także sposobem na ograniczenie władzy korporacji i bogacących się na ich działalności miliarderów. Dla wielu osób takich jak Klein to wielka zaleta i jeszcze jeden powód, aby państwa mocniej ingerowały w mechanizmy wolnorynkowe. Duża część miliarderów i szefów korporacyjnych, jak łatwo się domyślić, ma inny pogląd na tę sprawę. Jeśli walka z globalnym ociepleniem ma oznaczać zmniejszenie ich wpływów oraz władzy, to stanowi potężny bodziec, aby przekonywać opinię publiczną, że przeciwdziałanie zmianom klimatycznym wcale nie jest priorytetem.
Wolny rynek, wolne słowo?
I tak oto dochodzimy do sedna. Milton Friedman, jeden z największych orędowników wolnego rynku, napisał w swojej słynnej książce „Kapitalizm i wolność”, że w kapitalistycznym społeczeństwie kilka bogatych osób może bez problemu rozpropagować dowolną ideę. Jego zdaniem stanowiło to kolejny dowód na skuteczność wolnorynkowych mechanizmów. Chcecie przebić się do świadomości publicznej z jakąś ideą? Nie ma problemu. Wystarczy, że przekonacie do niej wystarczającą liczbę zamożnych ludzi, a wasze pomysły zaczną krążyć po społeczeństwie. Czyż nie jest to sytuacja o niebo lepsza niż państwowa kontrola nad przepływem informacji? Choć nikt rozsądny nie będzie bronił modelu, w którym władza polityczna trzyma w ręku wszystkie najważniejsze kanały komunikacyjne, to oddanie inicjatywy milionerom też nie wydaje się aż tak kuszącą perspektywą, jak twierdził Friedman.
Tak, bogacze mają możliwość wprowadzania nowych idei do obiegu społecznego. Co jednak, jeśli taką ideą jest zaprzeczenie naukowemu konsensusowi, że działalność człowieka wywołuje globalne ocieplenie? Albo przekonanie, że największym problemem Brytyjczyków są imigranci i Unia Europejska? Albo teoria, że obniżanie podatków jest dobre dla wszystkich, a nie tylko dla najbogatszych? Nie trzeba wielkiej wyobraźni, aby dojść do wniosku, że skoro zasobność portfela wpływa na naszą siłę rozprowadzania idei, to przynajmniej część osób dysponująca znaczącymi środkami finansowymi stwierdzi, że warto promować te idee, które to im wydają się najlepsze i najkorzystniejsze, bez względu na koszty dla innych grup społecznych.
Niezależnie od tego, czy mówimy o ruchu negacjonistycznym, kampanii popierającej Trumpa, czy probrexitowych organizacjach, za każdym razem w tle znajdują się ogromne pieniądze. Chwilę! – powie ktoś. Ale po drugiej stronie barykady też działają potężni gracze, którzy na brak pieniędzy bynajmniej nie narzekają. To prawda, nie chodzi jednak o to, że wszyscy bogacze mają zawsze i wszędzie wspólny interes, a każdy z nich jest gotów zrobić wszystko, aby go przeforsować. Rzecz raczej w tym, że jeśli budujemy społeczeństwo, w którym przepływ informacji i idei w tak dużym stopniu zależy od pieniędzy, to równocześnie zgadzamy się na to, aby wybrana grupa osób miała nieporównywalnie większy wpływ na ten proces niż pozostali. Friedman w tej jednej sprawie miał bez wątpienia rację: tam, gdzie rządzą mechanizmy wolnorynkowe, tam rządzą bogacze. Dlatego rację ma też Woś, gdy stwierdza, że histeryzowanie z powodu Trumpa i brexitu jest niepoważne, bo wcześniejsze efekty postprawdy były nagminnie lekceważone. Wygodnie jest myśleć, że problemem są niedobre jednostki, takie jak obecny prezydent USA, i „ciemny lud”, który daje im się nabrać. Ale że zamęt informacyjny nie zaczął się ani w 2016, ani w 2015, ani nawet w 2014 r. I nie skończy się, nawet gdyby Trump i paru innych radykałów stwierdziło nagle, że odchodzą z polityki. Jeśli bowiem nadal będziemy zgadzać się bezkrytycznie na to, aby obiegiem informacyjno-ideowym rządziły pieniądze, zawsze znajdą się ludzie z odpowiednio zasobnymi portfelami, którzy będą w stanie rozpętać we własnym interesie dowolną postprawdziwościową kampanię.
Zwycięzca bierze wszystko
Nie jest rzecz jasna tak, że cały fenomen postprawdy można sprowadzić wyłącznie do kapitalizmu. Jeśli mówimy o problemach współczesnych społeczeństw z rozprowadzaniem wiarygodnych informacji, to bez wątpienia trzeba wziąć też pod uwagę rolę internetu i to, jak obecnie wyglądają oraz działają media. Nicholas Carr w swojej nominowanej do Pulitzera książce „Płytki umysł” wskazuje, że internet może mieć wiele zalet, ale z pewnością nie należy do nich popularyzacja pogłębionej i refleksyjnej lektury. Umysł człowieka poruszającego się w błyskawicznym tempie od jednego linka do kolejnego to umysł osoby uzależnionej, która łaknie kolejnych bodźców, ale nie ma czasu, aby pochylić się dokładniej nad docierającymi do niej wiadomościami.
Co się zaś tyczy tradycyjnych mediów, to ekonomiści Robert Frank i Philip Cook już kilkanaście lat temu ostrzegali w „Społeczeństwie, w którym zwycięzca bierze wszystko”, że nawet najpoważniejsze tytuły prasowe i telewizyjne są coraz bardziej zainteresowane przedstawianiem przepychanek polityków oraz publicystów, a nie analizami długoterminowych procesów politycznych i merytorycznej zawartości poszczególnych wypowiedzi. Ich zdaniem to przesunięcie zostało wywołane przede wszystkim przez presję wolnorynkowej rywalizacji. Kiedy jedno medium zdobywało czytelników albo widzów poprzez zwiększanie atrakcyjności treści kosztem merytoryczności, inne dostawały potężną motywację, aby uczynić to samo. Czy inaczej było w ostatniej amerykańskiej kampanii prezydenckiej? Wiele osób dziwiło się, czemu poważne media poświęcały tyle czasu błaznującemu Trumpowi, przyczyniając się tym samym do wzrostu jego popularności. Frank i Cook odpowiedzieli na to pytanie już dawno temu: bo takie są reguły wolnorynkowej gry.
Choć więc nie da się sprowadzić całego zjawiska postprawdy tylko do kapitalizmu, to – jak widać – nawet gdy patrzymy w inną stronę, np. w kierunku mediów, natrafiamy ostatecznie na bardziej lub mniej bezpośrednie skutki działania kapitalistycznych reguł gry. Być może czynników wpływających na popularność fałszywych wiadomości jest jeszcze więcej, a niektóre z nich nie mają wiele wspólnego z wolnorynkowym fundamentalizmem. Ale jedno jest pewne. Jeśli naprawdę boimy się postprawdy, to zamiast analizować na tysiące sposobów jej objawy, niezależnie od tego, jak bardzo przyciągałyby one uwagę, powinniśmy skupić się na źródłach tego zjawiska i zastanowić się, jak im zaradzić.