Czerwiec 1903 r. Wagon skrzypiał przy każdym zakręcie torów, a letni skwar uciążliwie dawał się we znaki wszystkim pasażerom. Pomimo tego mała Mamie nie zdejmowała z siebie beżowego płaszcza z ładnymi, błyszczącymi guzikami. Nigdy jeszcze w swoim życiu nie miała tak eleganckiej odzieży. Organizatorom podróży Mamie bardzo zależało na tym, aby dzieci dotarły do swych nowych domów przed okresem letnich prac polowych. Przecież niektórzy z opiekunów zdecydowali się je przygarnąć tylko dlatego, że przydałyby im się ręce do pracy w tym gorącym okresie. Mamie miała nadzieję, że jej nowi rodzice dostrzegą w niej kogoś więcej niż dobrą pracownicę. Chociaż właściwie nie do końca wiedziała, czego może się spodziewać. Przez 10 lat całym jej światem były brudne, zatłoczone ulice Nowego Jorku. Dziewczynka zerkała z cichą zazdrością na siedzące naprzeciwko niej rodzeństwo. Sarah i Sam przynajmniej mieli siebie i razem łatwiej im było stawić czoła nieznanemu. Wreszcie pociąg zatrzymał się na małej stacji w stanie Missouri. Mamie zorientowała się, że jej podróż dobiegła końca. Wzięła głęboki oddech, chwyciła swoją torbę i wyszła za Sarah i Samem ku nowemu życiu.

Sieroty Nowego Jorku

Taką historię znajdujemy w publikacji „Pasażerowie sierocych pociągów – relacje. Tom 1” (1979). I tak mniej więcej mogły wyglądać przeżycia innych dzieci, które w ramach akcji społecznej Orphan Train zostały wysłane ze wschodu na zachód kraju w nadziei na lepsze życie. Dwie czołowe instytucje filantropijne – Children’s Aid Society, założona przez filantropa i reformatora społecznego Charlesa Loringa Brace’a, oraz New York Foundling Hospital – prowadziły tę akcję w latach 1853–1929 w celu polepszenia losu dziesiątek tysięcy dzieci ulicy, jakie zamieszkiwały wówczas Nowy Jork. To tam, do największego miasta USA, w pierwszej kolejności kierowali się poszukujący pracy i chleba imigranci z Europy. Dominującą grupę przybyszów stanowili wówczas Irlandczycy uciekający przed katastrofą wielkiego głodu ziemniaczanego z lat 1845–1849. Liczni byli także Niemcy, uciekinierzy po wydarzeniach związanych z Wiosną Ludów (1848 r.). Nie brakowało również przybyszów z zimnej i mało wydajnej rolniczo Skandynawii, Żydów uciekających przed pogromami oraz migrantów ze skrajnie biednych środowisk Galicji. Ogromny napływ ludności sprawił, że w mieście zaczęły szybko narastać problemy społeczne i ekonomiczne. Pracy w przemyśle nie wystarczało dla wszystkich, zatem w sposób nieunikniony szerzyły się bieda, przestępczość i choroby. Obserwatorów zjawiska i filantropów szczególnie poruszał los dzieci.

Wspomniane organizacje szacowały, że nawet 30 tys. dzieci może żyć w skrajnie złych warunkach, na ulicy, albo pracować w fabrykach lub jako pomoc domowa – bez szans na rozwój, edukację, dzieciństwo i przyszłość. Po zachodniej stronie USA, kluczowej dla kraju ze względu na ogromne tereny rolnicze, brakowało rąk do pracy. Idea wysyłania dzieci z przeludnionych miast wschodu na wiejskie tereny zachodu, gwarantujące nieograniczoną przestrzeń, szybko zyskała popularność. A jeśli dodatkowy potencjał ludzki zdoła odciążyć rodziny farmerów potrzebujące wsparcia w swojej pracy, to korzyść będzie obopólna.

Miejsca przy rodzinie

Decyzje zapadły szybko. Pracownicy Children’s Aid Society i New York Foundling Hospital zaczęli od werbowania dzieci ulicy: żebrzących, czasem sprzedających gazety. Kiedy wieści o inicjatywie Charlesa Brace’a się rozeszły, do jego instytucji zaczęły zgłaszać się przepełnione sierocińce oraz sami rodzice i opiekunowie pragnący zapewnić dzieciom lepszy byt. Jednocześnie zaczęto przygotowywać grunt dla misji na zachodzie. Children’s Aid Society wysyłała listy i broszury do lokalnych gazet, urzędów i parafii, opisując cel przedsięwzięcia oraz zachęcając rodziny do wzięcia dzieci. W odezwach podkreślano nie tylko chrześcijański i patriotyczny wymiar przyjęcia pod dach potrzebujących, ale też praktyczną stronę takiego gestu. Odzew okazał się pozytywny i wiele farmerskich rodzin zadeklarowało gotowość do udziału w programie. Pierwszy pociąg z ok. 45 dziećmi wyruszył z Nowego Jorku do stanu Michigan już w 1854 r.

W początkowych latach programu weryfikacja rodzin, do których trafiały dzieci, była minimalna. Bezdyskusyjnie wymagano jedynie tego, aby rodzina była biała, protestancka i żyła zgodnie z ówcześnie akceptowanymi normami moralnymi. Na weryfikację składały się głównie rekomendacje ludzi, których w tamtych czasach postrzegano jako autorytety – pastorów, nauczycieli i urzędników, wywodzących się z danej społeczności i znających wskazaną rodzinę. Nikt nie postrzegał również jako problemu tego, że dzieci będą pracować – w protestanckim społeczeństwie praca postrzegana była jako wartość niezbędna do nauki moralnego życia.

Piecza zastępcza, czyli minimum praw

Rzadko też miały miejsce formalne adopcje. Większość dzieci przybywała do nowych domów na zasadach ówczesnej „foster care”, czyli pieczy zastępczej. Dziecko trafiało więc „na wychowanie” do nowej rodziny, ale procedura ta nie przewidywała jedno litych struktur działania ani też pieczy państwa. Nieadoptowane dzieci nie mogły liczyć na przyjęcie nazwiska rodziny czy prawo do dziedziczenia. Miały jednak szansę na wyżywienie, dach nad głową, a w najlepszych przypadkach – na stabilne więzi rodzinne, edukację czy nawet drobne wynagrodzenie za pracę. Jednak takie sytuacje nie były regułą i zależały wyłącznie od dobrej woli ich nowych rodzin.

Charles Brace zdawał sobie sprawę z niedoskonałości systemu pieczy zastępczej, jednak zgodnie z jego tokiem myślenia nawet taka obarczona brakami opieka była dla dzieci lepsza niż życie w slumsach lub sierocińcach, które uważał za źródła biedy i przestępczości. Rodzinę – nawet częściowo dysfunkcyjną – uznawał za lepsze środowisko rozwoju dziecka niż jakąkolwiek instytucję. „W każdej amerykańskiej społeczności, szczególnie na zachodzie, jest wiele wolnych miejsc przy stole życia. Mają wystarczająco dla siebie i dla obcego także” – mówił Brace.

Mimo najbardziej szlachetnych intencji w tak szeroko zakrojonej, a jedno cześnie powierzchownie kontrolowanej akcji dochodziło nieuchronnie do wydarzeń, które nigdy nie powinny mieć miejsca. Zdarzały się np. przypadki rozdzielania rodzeństwa albo traktowania przywiezionych dzieci jak towaru. W niektórych relacjach pojawiają się opisy, że rolnicy oglądali dzieci, sprawdzając ich kończyny i stan uzębienia. Lee Nailling, który przyjechał sierocym pociągiem do Teksasu w 1926 r., opowiadał, że farmer włożył mu palec do ust, aby zbadać zęby. „Z trudem powstrzymałem się, żeby go nie ugryźć” – mówił Nailling w wywiadzie dla „The Washington Post” w 1998 r.

Wymagania wobec sierot i rodzin

Dzieci przed podróżą były uczone zasad zachowania, jakiego od nich oczekiwano. Uświadamiano im, że nowe rodziny będą wymagać posłuszeństwa, pracy, a także przestrzegania zasad higieny. Pasażerka sierocych pociągów Mamie Rose relacjonowała: „Zanim opuściliśmy Brooklyn, nauczono nas zasad jedzenia przy stole. Otrzymaliśmy też nowe komplety ubrań. Po raz pierwszy mogłam założyć beżowy płaszcz z guzikami, w którym czułam się jak księżniczka. Nie wiedziałam jednak, dokąd jedziemy. W podróży towarzyszyli nam mężczyzna i kobieta. Kiedy zatrzymaliśmy się na postój w Chicago, otrzymaliśmy kanapki. W końcu dotarliśmy do Port Rock, małego miasteczka w północnym stanie Missouri. Tam zaprowadzono nas do budynku lokalnej opery. Okazało się, że wszystkie dzieci mają usiąść na scenie, a farmerzy siedzieli na widowni, patrzyli na nas i głośno debatowali, kogo chcą wziąć. Był tam starszy mężczyzna, który chciał wziąć Sarah, moją przyjaciółkę. Ona zaczęła płakać i mówić, że nie pójdzie bez swojego brata Sama. Wtedy inny rolnik zaproponował, że weźmie ich oboje, a starszy mężczyzna wybrał mnie” („Pasażerowie sierocych pociągów – relacje. Tom 1”, 1979).

Im dłużej trwała akcja, tym większą wagę przykładano do warunków, w jakich podróżowały i w jakich zamieszkały później dzieci. Przez 75 lat diametralnie wzrosła świadomość ich potrzeb i wymogów prawidłowego rozwoju. Już w latach 60. i 70. XIX w. pojawiły się pierwsze mechanizmy regulacji tej strony akcji, np. poprzez pierwsze pisemne umowy lub sporadyczne kontrole domów, w których przebywały już dzieci.

Wojna secesyjna (1861–1865) nie zatrzymała akcji, lecz wyraźnie wpłynęła na jej przebieg. W wyniku zbrojnego konfliktu przybyło jeszcze więcej osieroconych dzieci potrzebujących pomocy. Ponadto działania wojenne wymusiły w niektórych przypadkach zmiany w trasach pociągów oraz w logistyce. Kolejną dużą zmianą społeczną, która wpłynęła na zasilenie sierocych pociągów dodatkowymi pasażerami, było zniesienie niewolnictwa w 1865 r. Wiele dzieci, które zyskały wówczas wolność, wylądowało bez dachu nad głową. Nie istniało żadne prawo, które mogłoby zmusić ich byłych właścicieli do pomocy byłym niewolnikom. Jeśli zatem znalazła się rodzina gotowa przyjąć czarnoskóre dzieci – co ze względu na silne uprzedzenia rasowe zdarzało się jednak rzadko – to takie maluchy również miały szansę znaleźć się w pociągu.

Świat, który dogonił dzieci

Na początku XX w. wiele miast wschodu, w tym Nowy Jork, dalej borykało się z ogromnymi problemami społecznymi. Imigracja z Europy była nadal liczna, a potrzebujących pomocy dzieci nie ubywało. Akcja Orphan Train była zatem kontynuowana, lecz coraz częściej spotykała się z krytyką.

Coraz powszechniej wskazywano na problematyczne zagadnienia przedsięwzięcia, w tym na instrumentalne traktowanie dzieci i wykorzystywanie ich pracy. Coraz częściej też różne organizacje dobroczynne, zamiast kierować swoich podopiecznych na zachód, starały się zapewnić im lokalną adopcję. Liczba pasażerów sierocych pociągów – która w XIX w. wynosiła nawet kilkaset dzieci rocznie – wyraźnie malała.

Ogromny wpływ na zmianę mentalności wobec dzieci, ich pracy oraz opieki społecznej przyniosła I wojna światowa, znana w USA jako Wielka Wojna. Po jej zakończeniu wprowadzono nowe prawa dotyczące ochrony dzieci i młodzieży, w tym przepisy regulujące warunki ich pracy.

W latach 20. XX w. większość stanów wprowadziła przepisy regulujące adopcję i opiekę zastępczą. Rodziny pragnące przyjąć dziecko weryfikowano już nie tylko pod kątem „moralności” i religii, lecz także wydolności wychowawczej i możliwości finansowych. Jednocześnie zachodziły nieuniknione zmiany w samym rolnictwie, którego postępująca mechanizacja sprawiła, że zapotrzebowanie na dziecięcych pracowników zdecydowanie spadło. Ostatni pociąg z dziecięcymi pasażerami wyruszył więc na zachód w 1929 r.

Bilans sierocych pociągów

Szacuje się, że w ramach akcji przewieziono na zachód ok. 250 tys. dzieci. Współczesne oceny przedsięwzięcia są ambiwalentne. Nie ulega wątpliwości, że mnóstwo dzieci potraktowano po prostu jak darmową siłę roboczą. Wiele z nich zapewne padło ofiarą przemocy fizycznej, psychicznej lub seksualnej. Niektóre miały jednak szczęście i dzięki tej akcji znalazły nowy dom oraz kochającą rodzinę. Znane są przypadki osób, które jako dzieci podróżowały sierocymi pociągami, a w dorosłym życiu odniosły sukcesy, jak gubernator Alaski John Green Brady (1847–1918) oraz gubernator Dakoty Północnej Andrew Burke (1850–1918). Obecnie o zachowanie pamięci na temat tych wydarzeń dba Narodowe Muzeum Sierocych Pociągów, które znajduje się w mieście Concordia w stanie Kansas. Sieroce pociągi są również tłem powieści beletrystycznej o takim tytule autorstwa Christiny Baker Kline. Echa tamtych wydarzeń można odnaleźć nawet w kultowej powieści L.M. Montgomery, „Ania z Zielonego Wzgórza”. Chociaż jej akcja rozgrywa się w Kanadzie, to obecny tam motyw wyboru przez rodzinę farmerów dziecka do pomocy w pracach gospodarskich łudząco przypomina scenariusze życia większości pasażerów sierocych pociągów. ©Ⓟ