- Pierwsza faza wojny
- Uzależnieni od Rosji
- Zbrodnia jako reguła działania Rosji
- Parada naśladowców Putina
- Zachód reaguje. NATO wciąż silne
W nadchodzącym tygodniu miną dwie rocznice. 27 lutego – 12 lat od chwili, gdy żołnierze rosyjskich sił specjalnych, występujący w mundurach bez oznaczeń, rozpoczęli operację militarnej aneksji Krymu. 24 lutego – cztery lata od rozpoczęcia pełnoskalowej, otwartej inwazji przeciwko Ukrainie. Między tymi datami Moskwa zorganizowała separatystyczne republiki w obwodach donieckim i ługańskim, przeprowadziła też liczne akcje dywersyjne oraz kampanie z zakresu walki informacyjnej – wymierzone nie tylko w samą Ukrainę, lecz także we wspierające ją państwa trzecie.
Celem nie było jedynie zainstalowanie w Kijowie posłusznych Kremlowi władz oraz spacyfikowanie w Ukrainie tendencji prozachodnich i prodemokratycznych. Ambicje były o wiele większe. Chodziło o skompromitowanie Zachodu – w jego własnych oczach – jako bezradnego widza tego spektaklu, a w efekcie o powrót Rosji na arenę globalną jako pełnoprawnego, mocarstwowego gracza. O zademonstrowanie, że tkane przez lata sieci nieformalnych wpływów i uzależnień ekonomicznych pozwalają wreszcie na jawne odrzucenie przez Moskwę starych reguł.
Pierwsza faza wojny
Pierwsza faza wojny, czyli okres od 2014 r. do 24 lutego 2022 r., zdawała się całkowicie potwierdzać realność tego planu. Skorumpowana i politycznie rozbita Ukraina nie miała dość własnych sił, by skutecznie zareagować, Zachód zaś generalnie ograniczył się do protestów dyplomatycznych i raczej symbolicznych sankcji.
Wśród części politycznych i wojskowo-wywiadowczych elit po obu stronach Atlantyku co prawda stopniowo wzrastała świadomość, że współczesna Rosja jest de facto państwem zbójeckim, świadomie dążącym do konfrontacji z Zachodem i szkodzącym jego fundamentalnym interesom. Efektem tej refleksji było choćby wspieranie przyspieszonej modernizacji ukraińskich sił zbrojnych, a także takie gesty jak wycofanie się przez Francję (pod presją międzynarodowej opinii publicznej i bardzo niechętnie) ze sprzedaży Rosjanom okrętów desantowych klasy Mistral. Jednocześnie jednak wielkie firmy z Europy i USA nadal inwestowały w rosyjski sektor wydobywczy i przetwórczy, zasilając go kapitałem i technologiami, politycy radośnie fotografowali się z Putinem, zblatowani ze służbami specjalnymi i mafią rosyjscy oligarchowie zmieniali Londyn w Londongrad, rozpychając się też na kluczowych rynkach wielu innych państw zachodnich, rosyjscy naukowcy, sportowcy i artyści (nawet ci na podwójnych etatach) uczestniczyli w międzynarodowej wymianie, jak gdyby nic złego się nie działo. Zwalczanie rosyjskich wpływów było zaś tematem niewygodnym, a nawet swoistym tabu.
Uzależnieni od Rosji
Co najważniejsze, ekonomiczna (a w konsekwencji także polityczna) przyszłość Starego Kontynentu była w coraz większym stopniu uzależniana od rosyjskich surowców energetycznych. Stał za tym chytry (pozornie) plan kanclerz Angeli Merkel i niemieckiego kompleksu przemysłowego: wymusić u siebie i w innych krajach europejskich rezygnację z alternatywnych źródeł energii, w tym atomu, a jednocześnie stać się hubem dla rosyjskiego gazu sprowadzanego dzięki rurom Nord Streamu w sposób maksymalnie odporny na ewentualne zakłócenia. I po cichu zgodzić się na ewentualność zakręcenia kurka na starych gazociągach, dostępnych też dla Ukraińców czy Polaków, gdyby rosyjscy partnerzy Berlina odczuli taką potrzebę. Czy to był ze strony niemieckiej skrajny cynizm, wielka naiwność, czy po prostu uleganie rosyjskiej grze informacyjnej, wzmacnianej przez starannie uplasowaną agenturę? Można wskazać więcej niż jedną odpowiedź.
Swoją drogą, po latach przydałoby się niemieckim elitom śmielsze uderzenie we własną pierś za tamte błędy i wypaczenia. Dzisiejsze deklaracje chęci budowy europejskiej samodzielności strategicznej dla ochrony naszych interesów przed rosyjskimi zakusami stałyby się bardziej wiarygodne. To samo dotyczy zresztą tych wszystkich polityków, ekspertów i ludzi mediów poza Niemcami, którzy uparcie utrzymywali, że Nord Stream jest projektem czysto biznesowym. Albo którzy czynem lub zaniedbaniem blokowali rozwój energetyki jądrowej czy infrastruktury dla alternatywnych dostaw gazu z kierunków innych niż rosyjski w różnych państwach europejskich, w tym w Polsce. Którzy, głusi na przestrogi, lekceważyli rosyjskie akcje dywersyjne w rodzaju sztucznego stymulowania kryzysów migracyjnych czy rozbudowy agentury wpływu albo nawet je wspierali, gdy było im to na rękę z uwagi na bieżące interesy partyjne.
Zbrodnia jako reguła działania Rosji
Gdyby Putin był bardziej racjonalny i cierpliwy, zapewne ostatecznie wygrałby tę partię. Przecenił jednak własne siły (wojskowe, wywiadowcze, a także ekonomiczne), nie doszacował sił i determinacji przeciwnika (zarówno samej Ukrainy, jak i Zachodu) i postanowił przyspieszyć bieg wydarzeń. Rozpoczął więc pełnoskalową agresję, która miała trwać trzy dni.
Cztery lata później można skonstatować, że udało mu się właściwie tylko jedno: rzeczywiście pomógł obalić stare reguły, czyli zdezawuować żmudnie cyzelowany od zakończenia II wojny światowej międzynarodowy porządek oparty na prymacie prawa nad nagą siłą i przynajmniej werbalnie stawiający na szukanie wspólnych korzyści, na myślenie w kategoriach kompromisu, a nie konfliktu.
Oczywiście, w praktyce nigdy nie było idealnie, ale przynajmniej starano się zachowywać pozory, a więc nie przekraczać symbolicznych granic. Jeśli naruszano zbrojnie suwerenność państwową – np. Libii, Iraku czy Afganistanu – to tylko w sytuacjach, gdy rządy tych państw wcześniej jako pierwsze brutalnie złamały prawo międzynarodowe i wyraźnie zagroziły stabilności i bezpieczeństwu innych podmiotów. Sama Rosja, interweniując zbrojnie w Gruzji w roku 2008, też zresztą zadbała o te pozory, prowokując rząd w Tbilisi do akcji wojskowej w separatystycznej Osetii. Ponadto, jeśli armie i służby państwowe dopuszczały się przy okazji nadużyć wobec jeńców, a tym bardziej ludności cywilnej, to były one oficjalnie potępiane, zaś winni pociągani do odpowiedzialności (przynajmniej w przypadku państw cywilizowanego Zachodu). Tym razem mieliśmy zaś do czynienia z agresją po pierwsze całkowicie niesprowokowaną (bo twierdzenia, że wykonująca swe suwerenne prawa Ukraina zagrażała w ten sposób bezpieczeństwu Rosji, są jawnie absurdalne lub kłamliwe), a po drugie obfitującą w przypadki zbrodni wojennych, których władze w Moskwie bynajmniej nie zamierzały ścigać. Przeciwnie, instytucjonalnie je pochwaliły i nagrodziły. Co więcej, na terenach okupowanych Rosjanie podjęli działania wyczerpujące definicję ludobójstwa zawartą w konwencji ONZ z 1948 r. Warto podkreślić, że nie czyni tego peryferyjne państwo ani zbrojna milicja czy grupa terrorystyczna, lecz rząd kraju będącego sygnatariuszem Karty Narodów Zjednoczonych i stałym członkiem Rady Bezpieczeństwa ONZ.
Ktoś powie: ależ wcześniej inni stali członkowie Rady Bezpieczeństwa – Francja, USA, o ludowych Chinach nawet nie wspominając – także dopuszczali się rzeczy karygodnych. To prawda, ale żadne z tych państw nie odważyło się uznać takich działań za normę oraz powód do chwały. Można się w tym dopatrywać hipokryzji, niemniej zbrodnia jako wstydliwy wyjątek od reguły jest czym innym niż zbrodnia jako reguła. Zarówno z punktu widzenia etyki, jak i jakości systemu bezpieczeństwa międzynarodowego.
Parada naśladowców Putina
W furtkę otwartą na oścież przez Rosjan już wkroczył rząd Binjamina Netanjahu. Co prawda nie ma tu znaku równości, który chętnie postawiłyby antyizraelskie środowiska na Zachodzie. Po pierwsze, akcja zbrojna Jerozolimy (inaczej niż Moskwy) jest jednak odpowiedzią na konkretne poczynania zaczepne wroga w postaci zbrodniczych ataków Hamasu z 7 października 2023 r. Po drugie, część krytykowanych działań militarnych Izraela wynika w sposób oczywisty ze specyfiki pola walki (tereny mocno zurbanizowane, wyjątkowe i często celowe przemieszanie przez stronę przeciwną nieumundurowanych bojowników z ludnością cywilną). Rosja swoich przestępstw dopuszcza się tymczasem w zupełnie innych okolicznościach. Można jednak podejrzewać, że faktyczna strategia Izraela zmierza do rozwiązania kwestii palestyńskiej poprzez eksterminację ludności arabskiej i że przynajmniej niektóre działania armii i sił policyjnych tego kraju celowo wykraczają poza taktyczną konieczność. Tym bardziej można zakładać, że przykład rosyjskiej brutalności wobec Ukraińców i lekceważenia przez Moskwę opinii „pięknoduchowskiej” części Zachodu wpłynął zachęcająco na metody i stopień determinacji ekipy Netanjahu.
Rozwój wydarzeń czujnie obserwuje ktoś znacznie potężniejszy i groźniejszy: kierownictwo chińskiej partii komunistycznej. Xi Jinping ewidentnie dał Putinowi zielone światło do agresji w Ukrainie, a z czasem przyjął rolę jej głównego sponsora, nie tylko ekonomicznego. Minister spraw zagranicznych Wang Yi jakiś czas temu przyznał publicznie, że przegrana Rosji nie jest w interesie ChRL. Przyczyny są różne, ale wśród nich bez wątpienia jest i ta, że oto Putin – w imieniu i w interesie siedzących na bezpiecznej skale Chińczyków – wykonuje czarną robotę, psując obyczaj i przyzwyczajając świat do wojny napastniczej i zbrodni wojennej jako „normalnego” narzędzia polityki. Niczym w dawnych wiekach, zanim rozpowszechniona świadomość dysfunkcyjności takiego podejścia skłoniła mądre rządy do zmiany dominującego obyczaju, rozwoju systemu prawa międzynarodowego, w tym prawa wojny, poszukiwania instrumentów arbitrażu i wspólnego egzekwowania cywilizowanych zasad. Tego wszystkiego, co dziś jest burzone – z Rosją w roli tarana. Także po to, by kiedyś Chiny mogły już całkiem bezkarnie, bez narażania się na ostracyzm ze strony ważnych partnerów sięgnąć przemocą po Tajwan, zdyscyplinować zbrojnie Wietnam, Filipiny, a nawet znacznie odleglejsze państwa, względnie zabezpieczyć militarnie swe roszczenia związane z eksploatacją Antarktyki lub Kosmosu.
Źle się stało, że analogiczny trend zaznaczył się także w Stanach Zjednoczonych. Częściowo wskutek czynników endemicznych, ale częściowo pod wpływem działań rosyjskich. Otwarte porzucenie gry o sumie niezerowej, prymat własnych korzyści (także korporacyjnych oraz indywidualnych) nad prawem, dobrym obyczajem i interesami szerzej pojętego systemu międzynarodowego – to wszystko sygnalizowała już pierwsza administracja Donalda Trumpa. Jeszcze nieśmiało i na małą skalę. Teraz mamy do czynienia z eksplozją, a psychologiczną i polityczną zachętą była – jak można zakładać – widoczna u prezydenta USA i części jego ludzi fascynacja Putinem, jego ostentacyjną amoralnością połączoną z cynicznym kreowaniem się na wzór cnót, z jego zbójecką odwagą, by siłą brać to, co uważa za swoje, nawet gdy nie ma do tego żadnego tytułu.
Wpływ rosyjskich wzorców widać w Białym Domu i okolicach także na innych poziomach, choćby w lekceważeniu faktów i dowolnym naginaniu ich do aktualnej narracji, a także w podporządkowywaniu długofalowych interesów własnego państwa prywatnym zyskom. Tak, wschodni i zachodni kleptokraci są sobie psychicznie i moralnie bliżsi, niż mogło się komuś wydawać. Różnice w zachowaniach i retoryce, o ile występują, wynikają jedynie z zewnętrznych uwarunkowań. Zła wiadomość jest taka, że we współczesnym świecie, który fundują nam wspólnie Trump, Putin i Xi, owe uwarunkowania będą się pewnie stopniowo do siebie upodabniać.
Zachód reaguje. NATO wciąż silne
Jest też kilka lepszych wiadomości. NATO, które miało zostać odepchnięte od rosyjskich granic i skompromitowane, przyjęło do swego grona Finów i Szwedów, co fundamentalnie zmieniło na naszą korzyść sytuację na wschodniej flance paktu. Przy tym zachowuje on wciąż użyteczność jako platforma współpracy w dziedzinie bezpieczeństwa, bo na tle politycznych fajerwerków niemal bez zakłóceń funkcjonują np. systemy szkolenia czy kooperacji w zakresie zwalczania zagrożeń asymetrycznych. I tego warto się trzymać, pamiętając, że administracja Trumpa kiedyś będzie musiała ustąpić.
Nie tylko amerykańscy demokraci, lecz także – przede wszystkim! – co racjonalniejsi i bardziej profesjonalni republikanie zdają już sobie sprawę, że nadmierna szarża przeciwko sojusznikom po prostu się Stanom Zjednoczonym nie opłaca. Stąd złagodzenie retoryki, które zaprezentował Marco Rubio podczas monachijskiej konferencji bezpieczeństwa. Pora teraz pracować nad tym, żeby za słowami poszły czyny, czyli rozsądniejsze stanowisko negocjacyjne Waszyngtonu wobec Rosji i Ukrainy, a także utrwalenie pozytywnych trendów w polityce europejskiej.
Nie chodzi tylko o większe wydatki na zbrojenia, które de facto wymusili Putin do spółki z Trumpem, lecz także o to, by te większe kwoty wydawać dużo mądrzej niż do tej pory. Żeby para nie szła w gwizdek i zdolności defiladowe, żeby nie kupować u Amerykanów tego, co akurat zapragną nam drogo sprzedać, albo – alternatywnie – nie podporządkować strategii bezpieczeństwa doraźnym interesom przemysłu Niemiec i Francji, czyli pod pozorem wspólnych interesów rzucać koło ratunkowe coraz bardziej dychawicznym gospodarkom głównych państw unijnych. To bowiem prosty przepis na bunt społeczeństw państw peryferyjnych i ich podatność na populistyczne pseudorecepty (w tym te pisane w oryginale po chińsku i rosyjsku). Słowem, na klęskę.
Ukraina z Zachodem
Jeśli nie w skali całej Europy, to przynajmniej na wschodniej flance ta świadomość zaznacza się na szczęście coraz wyraźniej. Często ktoś się wciąż zagalopuje w ferworze walki wewnętrznej, ale i tak dostrzegamy wspólny interes całego regionu i zagrożenia ze strony autorytarnego Wschodu znacznie lepiej niż przed 24 lutego 2022 r. Heroiczna walka Ukraińców uświadomiła nam też, że wolność wymaga czasem ofiary – także indywidualnej. I że w jej obronie warto czasem używać siły, a nie tylko kolorowych kredek i nakładek na zdjęcia profilowe. Ta zmiana psychologiczna też buduje nasze zdolności do działania i zwiększa bezpieczeństwo.
Na naszą korzyść działa także to, że ogrom rosyjskich zbrodni spowodował głębokie przeoranie ukraińskiej świadomości zbiorowej, w pewnym uproszczeniu – w kierunku prozachodnim i prodemokratycznym. Warto pamiętać o ryzyku odwrócenia tego trendu w niektórych scenariuszach, ale i tak zyskaliśmy w Ukrainie trwałe przyczółki oraz przyjaciół – na skalę bez porównania większą niż przed rokiem 2014. Pomimo utrzymujących się patologii elity polityczno-biznesowe znad Dniepru straciły bowiem złudzenia co do możliwości trwałego ułożenia sobie bezpiecznych relacji z Rosją. I bynajmniej nie z poczucia patriotyzmu ani przyzwoitości, ale ze względów bardzo pragmatycznych są dziś zainteresowane zdecydowanym kursem na Zachód.
Co z tą Rosją?
Niejednoznacznym – z naszego punktu widzenia – skutkiem tej wojny jest natomiast sytuacja samej Rosji. Z jednej strony państwo to zostało znacząco osłabione i wykrwawione zarówno przez bezpośrednie straty frontowe w ludziach i sprzęcie, jak i przez pośrednie efekty sankcji finansowych i technologicznych. Jego zdolność do podjęcia kolejnej takiej agresji w przewidywalnym czasie jest wobec tego bliska zeru. Również szybka odbudowa potencjału wydaje się mało realna w obliczu zapewne trwałej utraty najbardziej intratnych (czyli europejskich) rynków energetycznych. Jednocześnie jednak Rosja udoskonaliła swoje instrumentarium oddziaływań asymetrycznych, w tym walki informacyjnej i wpływania na procesy demokratyczne w wielu państwach Zachodu. Stała się też znacznie bardziej zależna od Chin, co czyni bardziej prawdopodobnymi scenariusze jej wykorzystania przez Pekin jako użytecznego dywersanta przeciwko państwom europejskim, gdyby zaszła taka potrzeba.
Notabene zapewne analogiczną rolę przewiduje dla przyszłej Rosji Donald Trump, i to m.in. dlatego tak mu zależy, by nie upokarzać nadmiernie Putina i wciąż oferować mu opcję wyplątania się z twarzą ze sprowokowanej przezeń wojny. Tyle że Chińczycy mają w tej grze dużo lepsze karty i są o wiele bliżsi pełnej kontroli nad Kremlem niż grupa nowo jorskich deweloperów nieruchomości i finansistów, kaprysem losu rzuconych w świat wielkiej polityki. ©Ⓟ