Według danych Banku Światowego, w 1991 r. PKB na głowę liczone według parytetu siły nabywczej (PSN) w Ukrainie wynosiło ponad 7,1 tys. dol., a w Polsce tylko 5,9 tys. Ten jeden wskaźnik posłużył do stawiania tezy, że wychodząc z bloku wschodniego, Warszawa miała nawet gorszy start niż Kijów. Za sukcesem ekonomicznym Polski miało więc stać niemal wyłącznie ostatnich 30 lat. Gdyby tylko politycy znad Dniepru przyjęli tę samą linię co Polacy, to europejski sen mógłby stać się również udziałem Ukraińców. Nieprzypadkowo jednak tego nie zrobili. Podobny start Polski i Ukrainy jest jedynie złudzeniem – lub też artefaktem statystycznym. Pozycja startowa Warszawy od początku była o wiele lepsza.
Początki transformacji
Jako jedną z tajemnic sukcesu Polski wymienia się przyjęcie jednoznacznie prozachodniego kierunku reform i polityki zagranicznej. W przeciwieństwie do Ukrainy, która próbowała, jak mawiają geopolitycy, „grać na różnych fortepianach”. To ostatnie, chociaż bywa uznawane za dowód na kunszt dyplomacji, Ukrainę doprowadziło po latach do katastrofy. Radykalnie prozachodni kurs Warszawy doprowadził ją do NATO w dekadę, a licząc od pierwszych wolnych wyborów – zaledwie w osiem lat. Wejście do UE po kolejnych pięciu było już naturalne. Pytanie tylko, czy Ukraina miała potencjał do poprowadzenia kraju w tym samym kierunku. Polacy jako społeczeństwo byli prozachodni na długo przed upadkiem PRL. Przyjęcie kursu na Zachód po 1989 r. było konsensusem większości klasy politycznej – nawet postkomuniści chcieli podążać w tym kierunku, szybko przemianowując się na euroentuzjastów. Polskie elity były znacznie mniej zindoktrynowane przez Sowietów, znacznie częściej czerpały z zachodnich, choć zwykle socjalistycznych wzorców (np. architekci i urbaniści z socmodernistów takich jak Le Corbusier; relatywnie bliskie kontakty na Zachodzie miały również elity kulturalne, czego efektownym przykładem był rozwój polskiej sceny jazzowej). Sowietom nie ufali nawet działacze PZPR, którzy godzili się na bycie wasalem ZSRR głównie ze strachu. Tymczasem ukraińskie elity polityczne były całkowicie zsowietyzowane, a samo powstanie Ukrainy było wynikiem dogadania się sowieckiej klasy rządzącej. Kijów podczas rozmów w białoruskiej części Puszczy Białowieskiej reprezentował wtedy wieloletni członek KPZR Leonid Krawczuk, który niedługo później został pierwszym prezydentem Ukrainy.
Polska ciążyła ku Zachodowi także pod względem kulturowym. Już sam fakt, że głowa dominującej nad Wisłą religii stacjonuje w Rzymie, a nie w Moskwie, był ogromnym impulsem dla prozachodnich przemian w Polsce. Polacy od wieków uważali się za część dziedzictwa zachodnioeuropejskiego, a nie ruskiego, nawet jeśli pod niektórymi względami przez lata bardziej przypominali to drugie. Relatywna bliskość kulturowa skutkowała chociażby wielomilionową diasporą w krajach półkuli zachodniej. Na Wschód Polacy migrowali głównie za karę. U progu lat 90. XX w. diaspora Ukraińców w USA liczyła przeszło 1 mln osób. Polska – ponad 9 mln.
Polska: przygotowanie do integracji
Popkultura PRL zasadniczo czerpała ze wzorców zachodnich, czego świetnym przykładem jest komiks. Kultowe tytuły znad Wisły były często klonami zachodnich odpowiedników – Kajko i Kokosz naśladowali francuskiego Asterixa i Obelixa, a Binio Bill belgijskiego Lucky Luke’a. Komiksiarze z Polski mieli bardzo bliskie relacje z kolegami z Europy Zachodniej, czego efektem była nie tylko błyskotliwa kariera rysownika Grzegorza Rosińskiego (seria Thorgal), ale przede wszystkim błyskawiczna ekspansja zachodnioeuropejskich komiksów po 1989 r., która wyprzedziła demokratyczne przemiany.
Rozważania o komiksach w analizie dotyczącej rozwoju gospodarczego mogą się wydawać niepoważne, ale ich rola na przełomie lat 80. i 90. – podobnie jak kaset VHS czy pierwszych gier na dyskietkach – jest niedoceniana. Dzięki nim polskie pokolenie millenialsów nie tylko uprzyjemniało sobie naukę czytania, lecz także automatycznie było wchłaniane przez zachodnią kulturę. Ułatwiał to również fakt, że Polska posługiwała się alfabetem łacińskim, tymczasem Ukraina cyrylicą. Nieprzypadkowo mapa podziału alfabetycznego Europy niemal pokrywa się z podziałem geopolitycznym. W Unii Europejskiej znajduje się zaledwie jeden kraj, w którym cyrylica jest alfabetem urzędowym – Bułgaria. Dzięki temu zachodnie dzieła kultury rozchodziły się w społeczeństwie znacznie sprawniej, tym bardziej, że Polska szybko przestawiła się na naukę angielskiego. Uczniowie rozpoczynający edukację u progu lat 90. nie mieli już żadnej styczności z rosyjskim, dysponowali za to dwiema godzinami tygodniowo angielskiego – a wielu korzystało również z bardzo popularnych wtedy zajęć prywatnych. W rezultacie znajomość języka angielskiego jest w Polsce jedną z najwyższych wśród krajów nieposługujących się nim na co dzień. Według „English Proficiency Index 2025”, zajmująca 15. miejsce Polska znajduje się wśród krajów z bardzo wysokim (tj. najwyższym) poziomem biegłości. Zajmująca 45. miejsce Ukraina znalazła się wśród państw z przeciętnym poziomem znajomości języka Shakespeare’a.
Bezpośrednie inwestycje z Zachodu
Powszechna znajomość przynajmniej podstaw języka angielskiego umożliwiła błyskawiczną ekspansję bezpośrednich inwestycji zagranicznych (BIZ) rodem z Europy Zachodniej i – choć na mniejszą skalę – z USA. Według artykułu Thorvaldura Gylfasona, Eduarda Hochreitera i Tadeusza Kowalskiego „Ukraine’s future prosperity: What can be learned from Poland” opublikowanego na łamach CEPR w 2023 r. w połowie lat 90. państwa europejskiej piętnastki odpowiadały za niemal trzy czwarte inwestycji zagranicznych w Polsce. W Ukrainie – za jedynie 44 proc. BIZ. To umożliwiło szybkie przesterowanie gospodarki na relacje handlowe z Zachodem. Według danych z publikacji „Poland and Ukraine: A tale of two economies” Simona Tilforda już w 1992 r. Rosja odpowiadała tylko za 7 proc. handlu Polski, tymczasem państwa unijne za 60 proc. W tym czasie handel Ukrainy oparty był na relacjach z Rosją (40 proc.). UE odpowiadała tylko za 14 proc.
Ekspansja zachodnich firm przełożyła się na upowszechnienie wysokich standardów także poza gospodarką. Inwestorzy zagraniczni znacznie łaskawszym okiem patrzą na państwa, w których nie muszą się użerać z niewydolnymi instytucjami, politycznymi frakcjami czy lokalnymi bandytami. Dzięki temu korupcja w Polsce nie rozpleniła się tak bardzo jak w Ukrainie, a silna w latach 90. zorganizowana przestępczość została dosyć szybko rozbita.
Oligarchia w Ukrainie
Duże znaczenie miał również brak kolektywizacji. W PRL rolnicy zachowali możliwość pracy na własny rachunek. W Ukrainie przeprowadzono brutalną i skutkującą masowym głodem kolektywizację, w której wyniku powstały wielkie konglomeraty. W 2024 r. przeciętne gospodarstwo rolne w Polsce obejmowało niespełna 12 ha. W Ukrainie było to 649 ha. Obfitość wydajnej ziemi rolnej oraz jej kumulacja własnościowa sprawiły, że produkcja rolna szybko stała się wiodącym sektorem ukraińskiej gospodarki. W 2024 r. odpowiadała aż za 14 proc. ukraińskiego PKB, tymczasem w Polsce za niespełna 3 proc. W ten sposób Ukraina uzależniła się od przynoszącej niską marżę produkcji rolnej, zaniedbując wiodące pod względem technologicznym sektory, takie jak wytwórstwo przemysłowe. Kolektywizacja ziemi rolnej w ukraińskiej SSR ułatwiła też przejęcie konglomeratów przez pojedyncze osoby, bliskie elitom władzy lub dysponujące znaczącym kapitałem. Tak powstał między innymi holding OKKO Witalija Antonowa.
Struktura podziału ziemi rolnej nad Dnieprem była jednym z czynników oligarchizacji kraju. Przyczyny braku oligarchów w Polsce to bardzo szeroki temat, zasługujący na odrębną analizę. Niewątpliwie jedną z nich była mniejsza inwigilacja przez agentów bezpieki niż w NRD, Czechosłowacji, ZSRR czy Rumunii. Znacznie silniejsza była za to opozycja polityczna, która uczestniczyła w przemianach wspólnie z komunistami. W ten sposób władza musiała zostać mocno rozdzielona, a powstałe po przełomie bardzo liczne frakcje wzajemnie się szachowały. Uniemożliwiło to ciche przejęcie kontroli nad własnością państwową przez dobrze ustosunkowane osoby ze służb lub partii komunistycznej. W tym czasie w państwach byłego ZSRR przemiany były „moderowane” przez wąskie grono osób w zaciszu gabinetów, a władzę przejmowali nawet nie tyle politycy komunistyczni, lecz wręcz czynni lub byli agenci bezpieki.
Społeczeństwo obywatelskie
Silne społeczeństwo obywatelskie i rola opinii publicznej w PRL znacznie ułatwiły wejście Polski w okres przemian. Politykom miał kto patrzeć na ręce, a pracą dziennikarzy miał kto się interesować. W przeciwieństwie do Ukraińców, Polacy mają też znacznie dłuższą tradycję państwową i przywiązanie do własnych instytucji. Przejęcie majątku państwowego w prywatne ręce wiązało się więc z silnym oporem. O ile Polacy dosyć gładko znosili prywatyzację przedsiębiorstw przez koncerny zachodnie, które były traktowane jako źródło modernizacji i postępu, o tyle sprzedaż wiodących państwowych firm jakiemuś biznesmenowi z otoczenia władzy skończyłaby się skandalem. Nawet prywatyzacja niektórych podmiotów przez koncerny zachodnie (Pekao, PZU) była niezwykle kontrowersyjna i po latach odkręcana. W ten sposób polskie państwo zachowało szeroką własność państwową, a rząd kontroluje większość sektora finansowego, co daje mu ogromne możliwości prowadzenia polityki ekonomicznej. Nad Wisłą to ogromne spółki Skarbu Państwa, takie jak PKO, PZU czy Pekao, posiadają pozycję analogiczną do wschodnich oligarchów, ale dzięki kontrolowaniu ich przez rząd władza nad nimi zmienia się równolegle do zmian zachodzących przy wyborczych urnach.
Brak oligarchów, którzy mogliby szeroko korumpować klasę polityczną i zdobywać nieformalną władzę i wpływy, bardzo ułatwił działalność sektorowi prywatnemu – zarówno krajowemu, jak i inwestorom zagranicznym. Dzięki temu po krótkim kryzysie na początku lat 90. Polska szybko weszła na tory nieustannego wzrostu, który z przerwą pandemiczną trwa do dzisiaj. Ukraina wpadła natomiast w trwającą prawie dekadę stagnację. Dopiero w 2006 r. PKB na głowę według parytetu siły nabywczej w Ukrainie przekroczył poziom z roku 1990. W momencie wejścia Polski do UE w 2004 r. PKB per capita PSN nad Wisłą wynosił 13,4 tys. dol. i już wtedy był dwukrotnie większy od ukraińskiego (6,7 tys. dol.). Od tamtej pory różnica jeszcze się zwiększyła. W 2021 r., w przeddzień pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę, polski PKB na głowę wyniósł ponad 41 tys. dol. PSN, a ukraiński niespełna 18 tys. Ten błyskawiczny rozwój gospodarczy Polski byłby niemożliwy, gdybyśmy naprawdę startowali z takiej samej pozycji jak Ukraina. ©Ⓟ