„Kto walczy z potworem, niech baczy, by sam się przy tym nie stał potworem. A gdy długo spoglądasz w otchłań, również otchłań spogląda ww ciebie” – napisał niegdyś Friedrich Nietzsche („Poza dobrem i złem. Z genealogii moralności”, przeł. Paweł Pieniążek, Officyna 2018), lecz istnieją także przypadki odwrotne, gdy z walki z potworem i wpatrywania się w otchłań daje się wyciągnąć pożyteczne nauki.
O takim przypadku opowiada osobliwa książka „Dlaczego ryby nie istnieją” autorstwa amerykańskiej dziennikarki naukowej Lulu Miller – hybrydowe połączenie reportażu historycznego, rewizjonistycznej (antybiografii), eseju filozoficznego oraz intymnego pamiętnika własnego kryzysu egzystencjalnego.
Naukowe nic
Miller potwora wstępnie definiuje od razu, na pierwszej stronie – to Chaos, zwany inaczej entropią. „Chaos sprowadzi zgniliznę na twe rośliny, śmierć na twojego psa i rdzę na twój rower. Zniszczy twoje najcenniejsze wspomnienia, obróci w ruinę twoje ulubione miasta, obróci w proch każdy azyl, jaki sobie zbudowałeś. Nie: czy, tylko: kiedy. Chaos to jedyna pewna rzecz na tym świecie. Pan i władca nas wszystkich. Mój ojciec naukowiec nauczył mnie bardzo wcześnie, że nie ma ucieczki przed drugim prawem termodynamiki: entropia jedynie wzrasta; nie da się jej zredukować w żaden sposób”.
Oczywiście można z tymi kategorycznymi stwierdzeniami polemizować na poziomie ideowym (bo nie fizykalnym) – istnieje droga ucieczki, jest nią wiara w przedustawny, boski porządek. Miller stawia jednak sprawę jasno: w naszej postchrześcijańskiej, zlaicyzowanej, scjentystycznej rzeczywistości nie ma już żadnego metafizycznego punktu oparcia. Trzeba skonfrontować się z entropią nago – bez zbroi i przyłbicy. W każdym razie przywołany we wcześniejszym cytacie ojciec, biochemik od badania jonów, na pytanie siedmioletniej Lulu, co jest sensem życia, z szerokim uśmiechem odpowiada: „Nic”. Jakie są wszelako konsekwencje przyjęcia takiego punktu widzenia? Czy trzeba się w związku z tym zabić? A może, jak u Nietzschego, należy ćwiczyć się wytrwale w sztuce życia i wytwarzać – wobec nieobecności narzucającej porządek siły wyższej – własny kodeks moralny?
Nie ma nic dziwnego w tym, że w sytuacji podobnej niepewności poznawczej rozglądamy się w poszukiwaniu autorytetów – ludzi, którzy stawili czoła entropii dzięki sile charakteru i obraniu odpowiedniej strategii postępowania. Wzrok dorosłej już Lulu Miller, pogrążonej w depresji po szeregu osobistych katastrof, pada na pomnikową postać Davida Starra Jordana (1851–1931), wybitnego ichtiologa i taksonoma, pierwszego rektora Uniwersytetu Stanforda. Losy Jordana – uwiecznionego w nazwach wielu instytucji publicznych w USA – sprawiają wrażenie wzorcowej biografii natchnionego naturalisty z epoki scjentystycznego entuzjazmu, badacza, który poświęcił wszystko dla nauki, z maniackim, oświeceniowym uporem realizując swoją misję. Wbrew Chaosowi – bo przecież systemy i klasyfikacje służą właśnie zapanowaniu nad entropią, a Jordan pod koniec życia oceniał, że zdołał ze swoim zespołem odkryć i oznaczyć nie mniej niż jedną piątą ówcześnie znanych gatunków ryb.
Naukowcy odwrócony akt stworzenia
Zapytacie, gdzie zatem obiecana otchłań? Spokojnie, znajdzie się i otchłań. Ale „Dlaczego ryby nie istnieją” to sprytnie skonstruowana książka. Zaczyna się od klasycznej, bardzo amerykańskiej opowieści o self-made manie, który wydźwignął się z prostej, purytańskiej rodziny ku elitarnym zaszczytom, a zaszczyty te zawdzięczał ciężkiej pracy. Kiedy zna się już cały tekst Miller, nie sposób nie dojść do wniosku, że ta pierwsza część o młodym Jordanie, który układa kwiaty w zielniku, oddaje się pasjom kolekcjonerskim, patrzy w gwiazdy, przeżywa śmierć brata w wojnie secesyjnej i rusza na pierwszą wyprawę badawczą na wody oceaniczne u wybrzeży Massachusetts, to zaciągnięty czarnym humorem pastisz klasycznych biografii.
Tak czy owak, w 1859 r. – w osiem lat po narodzinach Jordana – Charles Darwin wydaje dzieło, które wywraca świat przyrodoznawstwa na lewą stronę. Monografia „O powstawaniu gatunków”, wykładająca założenia teorii ewolucji, obraca w pył wszelkie mniemania o elementarnym ładzie boskiej kreacji, w zamian proponując mechanikę wiecznej zmiany, ślepego procesu doboru i dziedziczenia. Wiele rzeczy na tym świecie wydarzyło się po Darwinie, ale sporo z nich wydarzyło się w wyniku rozmaitych, często całkowicie mylnych, interpretacji darwinizmu. Jordan – w przeciwieństwie do swojego mistrza i nauczyciela, Louisa Agassiza (1807–1873) – zaakceptował ustalenia Darwina. A może nawet poszedł o krok za daleko w próbie ich zastosowania w praktyce.
Miller wychodzi jednak początkowo od innego zdarzenia z życia Jordana: w 1906 r. potężne trzęsienie ziemi dotknęło okolice San Francisco, w tym również budynki Uniwersytetu Stanforda. Rzecz w tym, że Jordan przechowywał w nich gigantyczną kolekcję okazów, często istniejących dla nauki ledwie w jednym egzemplarzu, z nazwą gatunkową wygrawerowaną na cynowej plakietce włożonej do słoja z formaliną. Słoje pospadały z półek i potłukły się, miotając rybami po magazynie. „Najbardziej jednak ucierpiały nazwy. (...) W przerażającym odwróconym akcie stworzenia tysiące skrupulatnie opisanych ryb na powrót przeobraziły się w wielki stos nienazwanego”. Jordan – z właściwym sobie zapamiętaniem – nie poddał się katastrofie. Igłą i nitką zaczął przyszywać plakietki do tych okazów, które był w stanie zidentyfikować. A potem, co trwało lata, odtworzył i poszerzył swoją kolekcję. To właśnie ten nieugięty upór zafascynował Miller.
Nauka tworzy potwora
Przyszywanie plakietek do okazów w taki sposób, by nie można ich było rozdzielić, jest zarazem znakomitą, obrazową metaforą ciemnej strony żywota Davida Starra Jordana. W drugiej połowie książka Miller staje się bowiem antybiografią, dekonstrukcją legendy – autorka, cały czas obecna w narracji, subiektywnie przepracowuje i demaskuje własną fascynację.
Jordan za swój upór kazał płacić wszystkim wokół – był przekonanym o swojej nieomylności sobkiem, toksycznym szefem, nielojalnym współpracownikiem wykorzystującym ludzi. Być może także mordercą: Miller barwnie opisuje kryminalną historię otrucia Jane Stanford, współfundatorki uczelni, której Jordan był rektorem – nie udowodniono mu udziału w tym przestępstwie, lecz archiwalne dokumenty wskazują, że organy wymiaru sprawiedliwości potraktowały wybitną osobistość nauki amerykańskiej nader łagodnie.
Z całą pewnością był za to Jordan rasistą i zwolennikiem radykalnej eugeniki. Ze swoich przyrodoznawczych przygód wywiódł – opierając się na idiotycznym i wysoce nietrafnym odczytaniu Darwina – koncepcję dobrych i złych gatunków. Te pierwsze miały wedle niego ewoluować ku pięknu i większej złożoności, te drugie – miały się degenerować, cofać, prymitywnieć. Ową rzekomą prawidłowość lekką ręką przeniósł na ludzi, stając się zwolennikiem, jeśli nie likwidacji osób upośledzonych, brzydkich, biednych, rasowo bądź seksualnie niewłaściwych, to ich skutecznej sterylizacji. W każdym razie chodziło mu o eliminację „ludzkiego szlamu” ze społeczeństwa.
Zaangażował się w ruch eugeniczny z takim samym maniackim uporem, z jakim kolekcjonował ryby. Również w tej nowej dziedzinie miał sukcesy – doprowadził do wielu zmian w prawie i do wprowadzenia przepisów, które jeszcze do niedawna zezwalały w USA na arbitralne stosowanie sterylizacji pod przymusem albo bez wiedzy i zgody kobiety.
W procesie spoglądania w otchłań biografii Jordana – a trwało to wiele lat – sama Miller dowiadywała się wielu nowych rzeczy o sobie samej, choćby tego, że jest biseksualna, a więc, potencjalnie, szkodzi zasobowi genetycznemu czystej i nieskazitelnej aryjskiej rasy. Gdy jednak zaczęła głębiej drążyć temat taksonomii, a ściślej: licznych przewrotów w tej dziedzinie, jakie przyniosły ostatnie dekady badań, zauważyła, że naukowy, racjonalnie rozplanowany dom wzniesiony przez Jordana to domek z kart. Pozostawiam czytelnikom lekturę tej pysznej puenty. Polecam natomiast książkę Miller, oryginalną historię o stracie i odnalezieniu siebie. A także o kulcie siły, władzy i rasowego suprematyzmu – to bardzo aktualny temat. ©Ⓟ