Taka odwilż może być realizowana nawet od dziś.
Ale wszystko zależy od postawy Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Czy zachowają się tak, jak nakazują konstytucja i utarty przez dekady zwyczaj, czyli po prostu zaczną współdziałać, a nie próbować narzucać? MSZ w pierwszej kolejności powinien ustalić z prezydentem, czy dana kandydatura na ambasadora jest akceptowalna i czy jest sens ją procedować. Prezydent Karol Nawrocki nie będzie blokował tych kandydatur tylko dlatego, że ma takie widzimisię, ale niedopuszczalna jest sytuacja, że dane nazwisko jest wysyłane najpierw do stolicy, do której kandydat ma trafić, albo do komisji sejmowej, by zaopiniowała kandydaturę, a dopiero na koniec do podpisu pana prezydenta. Podobnie z podejściem do ciała opiniodawczego. Konwent powinien obradować w duchu jednomyślności, skoro wszystkie trzy urzędy – MSZ, premier i prezydent – muszą złożyć swój podpis. Minister Sikorski odszedł od dobrej praktyki wielu lat i stąd ten problem. Tak grać nie będziemy. Prezydent Rzeczypospolitej nie będzie notariuszem pana Sikorskiego. MSZ wnioskuje, ale finalną decyzję w tym zakresie podejmuje głowa państwa. Tak mówi konstytucja.
Wielu z nich jest do zaakceptowania, inni do negocjacji, są też tacy, na których zgodzić się nie możemy. Są to znane nazwiska, mówimy o tym od dawna. Podobnie jeśli chodzi o absolwentów moskiewskich szkół czy tych, którzy jawnie działali przeciw polskiej racji stanu. Tylko tyle i aż tyle. Nie mamy w pałacu żadnej satysfakcji z tych napięć. Proszę zauważyć: to prezydent wyciągnął po raz kolejny rękę do współpracy i zaprosił ministra Sikorskiego, licząc, że ten konflikt ustanie.
Trzeba by odpowiedzieć na pytanie, skąd w ogóle wziął się mróz, napięcie w tych relacjach. Jeszcze w czasach prezydenta Andrzeja Dudy minister Radosław Sikorski zawrócił do kraju 50 ambasadorów bez słowa wyjaśnienia, bez krzty uzasadnienia merytorycznego, bez względu na to, czy ambasador był profesjonalnym dyplomatą, czy politycznym wysłannikiem, dobrze czy kiepsko ocenianym. Chciał pokazać, jak źle traktuje się nominatów poprzedniej władzy. I pokazał, odsądzając zresztą prezydenta Dudę od czci i wiary. I teraz minister Sikorski przypomina sobie, że Andrzej Duda był wzorcem współpracy? Wolne żarty. Wielu wyborców Koalicji Obywatelskiej dozna szoku, bo byli przekonani, że wszystko jest winą prezydenta Dudy.
Tak, bo MSZ wróciło na ten krótki czas do współpracy: uzgadniano kandydatury poprzez wstępną rozmowę z prezydentem, głowa państwa nie była stawiana pod ścianą i traktowana jak zwykły notariusz. Ale później minister Sikorski wrócił do konfliktu, bo chce przez niego budować swoją pozycję polityczną. Wszyscy wiemy, że ambicje polityczne ma dużo większe niż dotychczasowe stanowisko. Niektórzy nawet mówią, że cierpi na przerost ambicji.
Opowiem coś panu. Trwała prezydencka kampania prezydencka, ostatnie miesiące Andrzeja Dudy w pałacu i przy jakiejś okazji zadałem Sikorskiemu pytanie, czy ma pomysł, strategię, jak rozstrzygnąć spór o ambasadorów. On z szelmowskim uśmiechem odparł: tak, ten pomysł nazywa się Rafał Trzaskowski. Jego strategia nie wypaliła. I dziś, podobnie jak za czasów prezydenta Dudy, nie oczekujemy Bóg wie czego, tylko normalnej, podmiotowej, zdrowej współpracy.
Jaskółki są, ale jak pan wie, nie czyni to od razu wiosny. Zweryfikuje to wszystko praktyka działania.
Donald Trump jest wybranym prezydentem Stanów Zjednoczonych i jest najpotężniejszym politykiem świata. I niezależnie od tego, czy jego styl, słowa i decyzje podobają się komuś, czy nie, to właśnie on decyduje o wielu kluczowych sprawach, w tym tych dotyczących polskiego bezpieczeństwa.
Nie wystąpię dziś w roli publicysty czy komentatora, który będzie się wymądrzał na temat jednej czy drugiej wypowiedzi prezydenta USA, bo moje, nasze zadanie w pałacu jest zupełnie inne – troszczyć się o polskie bezpieczeństwo.
I to się udaje: mimo ograniczeń liczebności wojskowej USA w Europie, które dotknęły Rumunię, nie dotyczy to Polski. To efekt dobrych, osobistych relacji prezydentów Polski i USA. Bądźmy szczerzy: jeśli Moskwa realnie się czegoś obawia w dzisiejszym świecie, to U.S. Army i naszego sprzętu wojskowego, który pomnożony przez obecność Amerykanów nad Wisłą, ich kapitał i inwestycje w naszym kraju, jest ważnym gwarantem naszego bezpieczeństwa. Cała reszta to bardzo ciekawa debata, ważna i warta uwagi, sam z ciekawością czytam różne analizy, ale first things first, priorytety są dziś inne niż publicystyczne bon moty, które będą podawane dalej w social mediach.
Po pierwsze, nie zgadzam się z porównaniem Merkel do Trumpa. Kanclerz Niemiec prowadziła politykę prorosyjską, budując Nord Stream, uzależniając niemiecką i europejską energetykę od rosyjskich surowców, pompując Moskwę pieniędzmi i wpływami. I wtedy brak krytyki należało potępiać. A dziś? Różnego rodzaju słowa dotyczące Grenlandii czy polityki amerykańskiej, choć mogą budzić czasem dezorientację, na tym etapie nie wymagają ponadprzeciętnie aktywnego działania dyplomacji prezydenckiej.
Polscy żołnierze są bohaterami i zasługują na szacunek. Jeszcze dzień wcześniej Donald Trump w rozmowie z Karolem Nawrockim mówił wprost o ich bohaterstwie, podkreślając, że Polska zawsze była świetnym sojusznikiem.
Mówił to w kontekście Afganistanu i Iraku, a przy tym wplótł sporo gorzkich słów o sojusznikach zachodnioeuropejskich. Mieliśmy też wypowiedź ambasadora Rose’a. Dlatego uważamy, że w swojej wypowiedzi publicznej krytykował ich, a nie nas. Gdyby było inaczej, to jeszcze twardsza reakcja z naszej strony byłaby oczywista i nie patrzylibyśmy, czy słowa padły z Waszyngtonu, Londynu czy Paryża.
Trzeba na spokojnie dekodować takie słowa. Każdy, kto ma trochę wiedzy na temat USA i Amerykanów, ich sposobu myślenia, wie dobrze, że kiedy Trump mówi o Europie, to w pierwszej kolejności myśli o Paryżu, Londynie, Berlinie, Rzymie. Jeśli mówi o Polsce, to – mnie akurat to się nie podoba, ale to fakty – pada określenie „Europa Środkowa” czy „Europa Wschodnia”. Codzienne złośliwości Trumpa też przecież wymierzane są w zachodnią Europę, nasza część kontynentu jest tam czytana i odbierana jako ta zdrowsza.
Nie. Podkreślę to jeszcze raz nieco inaczej: jeśli 24 godziny przed tą słynną wypowiedzią Trumpa o wojskach w Afganistanie ten sam Trump mówi naszemu prezydentowi wprost, a byłem przy tej rozmowie, że polscy żołnierze to bohaterowie, że jesteśmy modelowym sojusznikiem, że jesteśmy „great warriors”, a na Polskę można liczyć, także w kontekście Afganistanu i Iraku, to gdy chwilę później padają słowa krytyki pod adresem europejskich sojuszników, mamy prawo zakładać, że to nie dotyczy Polski i Polaków. Cała ta dyskusja nad Wisłą ma inny cel: środowiska prorządowe chcą cynicznie wykorzystać tę sytuację wcale nie po to, by bronić polskiego munduru ani nawet krytykować Trumpa. Jeszcze do niedawna pluli na polski mundur, wyśmiewali i bili na alarm w sprawie obrony wschodniej granicy, gdy mieliśmy sztuczny kryzys migracyjny. Chodzi im tylko o to, by uderzyć w prezydenta Nawrockiego.
Byłem wiceministrem spraw zagranicznych, gdy do MSZ, chyba pierwszy raz w historii III RP, został wezwany ambasador USA – i to była wspomniana Georgette Mosbacher, gdy dopuściła się wypowiedzi, że Polska stoi po złej stronie historii. Reakcja rządu premiera Mateusza Morawieckiego była natychmiastowa: jasny sygnał, że nie życzymy sobie, by ambasador innego kraju pozwalał sobie na tego typu komentarze w sferze publicznej o Polsce i Polakach. Z Markiem Brzezinskim było podobnie. Ale nie weźmiemy dziś udziału w histerii tylko dlatego, że premier Tusk chce ją wywołać, by kosztem interesu Polski zdobyć kilka punktów politycznych.
W wielu sprawach sprzeciwialiśmy się bardzo twardym oczekiwaniom amerykańskim: w zakresie prawnym, politycznym, gospodarczym. Ale trzeba mieć świadomość, że to się dzieje w zaciszu gabinetów, a nie w publicznych połajankach. W czym to pomogło i pomaga, że Sikorski i Tusk coś tam napiszą na X? Czy po czymś takim są w stanie do czegokolwiek Amerykanów przekonać, skoro ich wcześniej naobrażali?
Program SAFE, jak wszyscy wiemy, ma wzmocnić zdolności europejskie do zakupu i produkcji broni. Polska w dużej mierze oparła swoje zdolności na sprzęcie amerykańskim – co warte podkreślenia, robiły to różne rządy – i częściowo sprzęcie koreańskim, który jest kompatybilny z amerykańskim. I dlatego jest w naszym interesie, by i pieniądze z SAFE wykorzystywać na zakup sprzętu amerykańskiego. Nie chcemy chyba sytuacji, w której mamy sześć różnych rodzajów wyrzutni, helikopterów, bo co prawda wszystko się da zsynchronizować, Ukraińcy udowodnili wiele w ostatnich latach, ale musi być to koordynowane z głową i jest to kosztowne. Kolejne centra serwisowe, zakupy części zamiennych itp.
Nie, jest we mnie niepokój, gdy patrzę na to, co się dzieje. Oczywiście, każdy z przypadków będzie rozpatrywany osobno, ale każda śmierć jest tragedią i oczywiste jest, że lepiej, żeby do niej nie dochodziło. Z drugiej strony służby mają prawo i obowiązek działać. Jeśli ich zadaniem jest zwalczanie nielegalnej migracji, to wszyscy ci, którzy próbują przeszkadzać, muszą się liczyć z tym, że prawo zostanie wobec nich adekwatnie zastosowane.
Zgadzam się.
W oczywisty sposób nie mogę w szczegółach odpowiedzieć na to pytanie. Byłem świadkiem wszystkich bezpośrednich rozmów obu prezydentów i, niestety, nie mam takiego upoważnienia, by w każdym temacie zdradzać w detalach to, o czym rozmawiano. Mogę powiedzieć tyle, że obecność amerykańska wzmacnia nasze bezpieczeństwo, co jest chyba jasne. Stan permanentnej rotacji wojsk USA w Polsce mamy od 2016 r. i w zasadzie od tamtego czasu nasza dyplomacja zabiegała i zabiega, by przekształcić to w obecność stałą i rozbudować bazę. Udało się to w części – obecność dowództwa V Korpusu w Poznaniu jest stała – ale celem długofalowym jest przekonanie Amerykanów do rozlokowania na stałe żołnierzy, zbudowania stałych baz. I ten temat pojawia się w każdej dyskusji – i przez pryzmat tego celu wiele innych decyzji i działań było podejmowanych, zarówno w ostatnich miesiącach, tygodniach, jak i dniach.
Na uroczystości podpisania Karty Rady Pokoju w Davos nie widziałem ani Łukaszenki, ani Putina, więc uznaję, że ich tam zwyczajnie nie ma. Choć zaproszenie dla nich jest dla nas bardzo trudne do zaakceptowania. I zgoda, jest tam też wiele państw nieoczywistych, których ocena systemów politycznych pewnie musiałaby być bardziej skomplikowana. Natomiast sama Rada Pokoju to nie sojusz, ale właśnie rada, czyli forma doradcza, głównie w perspektywie Bliskiego Wschodu. W ONZ i G20 też są państwa, z którymi nam mocno nie po drodze. Polska dostała zaproszenie do wzięcia w niej udziału i na potencjalną decyzję o akcesie trzeba spojrzeć przez pryzmat rachunku zysków i strat. Życzyłbym sobie, by rząd też dał w końcu oficjalnie znać, czy chce, czy nie chce do niej dołączać.
I słyszę od urzędników MSZ, że kierownictwo celowo przeciąga sprawę. I ciągle się zastanawia.
Ale my uważamy, że trzeba bardzo mocno rozważyć udział w pracach Rady Pokoju, przy czym nie ma tutaj obowiązku zapłaty miliarda dolarów, co krąży w naszej debacie publicznej.
Ale Waszyngton tego nie oczekuje. Wystarczy się wczytać w dokument, który powołuje do życia Radę Pokoju. Zaproszone państwa biorą w niej udział przez okres trzech lat. Dla państwa, które wyasygnuje miliard dolarów na inwestycje w Strefie Gazy, USA przewidują formę złotej karty. Dla tych, którzy nie zapłacą – po trzech latach będzie odnawiana decyzja zapraszającego, czy pozostaną w projekcie. Można zatem wejść do rady, przez trzy lata funkcjonować, i w zależności od rozwoju tego projektu zdecydować, co dalej. Powtórzę: nikt nie oczekuje, że zapłacimy miliard dolarów.
Prezydent Karol Nawrocki pojawił się na spotkaniu inaugurującym w Davos, ale nie podpisywał dokumentów, bo zgodnie z polskim prawem do dużej ratyfikacji potrzebna jest zgoda parlamentu w postaci ustawy i uchwała Rady Ministrów inicjująca cały proces.
Tak, trzeba zainicjować te prace.
Zaproszenie ma otwarte. W zależności od decyzji Białego Domu będziemy współpracować nad konkretnymi datami. Dziś nie mogę powiedzieć, że to będzie na pewno ten rok albo przyszły – na pewno stanie się to w perspektywie jego kadencji, czyli jeszcze trzech lat. Donald Trump regularnie wraca w rozmowach do poprzedniej wizyty, do tego, co działo się na Placu Krasińskich, i wiem, że będzie chciał powtórzyć takie wydarzenie. A dla nas będzie to szansa do podbicia jeszcze mocniej naszych postulatów. ©Ⓟ