Potrzebujemy Grenlandii dla bezpieczeństwa narodowego – twierdzi Donald Trump. I coraz mocniej dociska Danię oraz inne kraje UE, żądając przekazania USA największej wyspy globu. Nawet gdyby miało to przynieść rozpad NATO.

Ostatni raz okolice bieguna północnego tak przyciągały uwagę Białego Domu podczas zimnej wojny. Ale wówczas walkę o pełną dominację na obszarze między Grenlandią a Alaską toczono z ZSRR, a nie z europejskimi sojusznikami.

Północne Morze Śródziemne

„Arktyka jest dla nas tym, czym Morze Śródziemne było dla Greków i Rzymian – centrum świata. Musimy się tam wepchnąć, by go bronić” – taki wniosek przekazano prezydentowi Dwightowi Eisenhowerowi w sporządzonej w lutym 1958 r. analizie Departamentu Obrony USA. Dokument zatytułowany „The Arctic: A Hot Spot of Free World Defense” dosadnie określał, jakie powinny być cele amerykańskiej polityki w okolicach bieguna północnego: należało go kontrolować i w żadnym wypadku nie dopuścić, by Sowieci okazali się zdolni do zagrożenia dominacji USA.

Region świata, niewiele wcześniej postrzegany jako peryferyjny, stawał się wówczas jednym z kluczowych dla bezpieczeństwa Ameryki. A to dlatego, że Związek Radziecki okazywał się nie taki znów zacofany, jak powszechnie sądzono. „Stany Zjednoczone wierzyły w swój monopol na broń atomową oraz w to, iż mogą wykorzystać swoją przewagę technologiczną do przekształcenia świata. Amerykańscy oficjele sądzili, że Związek Radziecki się im podporządkuje. Zamiast tego Sowieci zdetonowali własną bombę atomową w 1949 r., co wstrząsnęło Stanami Zjednoczonymi i Zachodem, niszcząc amerykańską wiarę w technologiczną przewagę” – pisze w monografii „How the United States Developed the Arctic at the Cold War’s Beginning, 1945–1965” Daniel Morris.

A najkrótsza droga pomiędzy ZSRR a Stanami Zjednoczonymi wiodła nad biegunem północnym. Ów powietrzny korytarz stał się najbardziej prawdopodobną trasą, jaką przemieszczałyby się bombowce strategiczne oraz rakiety obu supermocarstw zaraz po rozpoczęciu działań zbrojnych. Gdyby więc jedna strona zdołała wykonać szybki atak atomowy, druga nie miałaby już nic do powiedzenia. Zatem analiza Departamentu Obrony jedynie potwierdzała to, co dostrzegano już wcześniej. USA musiały zrobić wszystko, by zachowywać kontrolę nad nowym Morzem Śródziemnym.

Twierdza Alaska

Na początku lutego 1955 r. reporter „The New York Times” przeprowadził wywiady z byłym oraz nowym dowódcą Sił Powietrznych USA na Alasce. Generałowie zgodnie mówili, że amerykańska armia w razie próby inwazji ze strony Związku Radzieckiego bez problemu sobie z nią poradzi. Poza tym graniczenie przez Cieśninę Beringa z ZSRR nie traktowali jako zagrożenia. A to z racji uwarunkowań geograficznych. Alaska domykała bowiem od strony Oceanu Spokojnego obszar Arktyki. „Konsensus (generałów – red.) był jednak taki, że Alaska byłaby bardziej niebezpieczną bronią w ataku na Związek Radziecki niż słabym ogniwem w systemie obronnym naszego kraju” – opisywał Levtero.

Jej strategiczne atuty rząd USA starał się wyzyskać od początku lat 50. Powstały więc tam wielkie bazy lotnicze, w których stacjonowały bombowce strategiczne. Gdy zaś weszły do służby B-52 Stratofortress, amerykańskie lotnictwo zyskało zdolność zniszczenia wszystkich dużych miast na terenie ZSRR. Jednocześnie myśliwce przechwytujące, startujące z alaskańskich lotnisk, dominowały w powietrzu nad całą Arktyką.

Dla ugruntowania tego stanu rzeczy rozpoczęto spektakularny projekt budowy Dalekiej Linii Wczesnego Ostrzegania (DEW). Rządy Stanów Zjednoczonych i Kanady w połowie lutego 1954 r. podpisały porozumienie o wspólnym przedsięwzięciu, którego głównym elementem były trzy linie stacji radarowych. Rozciągały się one na długości ponad 3 tys. km – od Alaski przez północną Kanadę aż po Grenlandię. Za sprawą DEW żaden radziecki bombowiec nie miał szans prz•drzeć się niezauważony przez Arktykę, by następnie wykonać atak nuklearny na USA.

Ponad 25 tys. specjalistów i robotników wykonało rządową inwestycję w rekordowo krótkim czasie. Radary DEW zaczęły śledzić cele nad biegunem północnym już w kwietniu 1957 r. Nie oznaczało to jednak pełnego panowania nad północnym Morzem Śródziemnym, czego bardzo chciał Departament Obrony USA. Waszyngtonowi do pełni szczęścia brakowało jednego elementu układanki. Była nim Grenlandia.

Namiastka Księżyca

Stany Zjednoczone i Dania podpisały traktat o wzajemnej obronie Grenlandii 27 kwietnia 1951 r. „Oba państwa zgodziły się, że Grenlandia jest niezbędna do ochrony innych państw członkowskich NATO” – podkreśla Morris. Dokument otworzył przed USA możliwość lokalizowania obiektów wojskowych na największej wyspie świata.

Zaraz po ratyfikacji rozpoczęto budowę bazy lotniczej dla bombowców strategicznych – Thule. Dzięki niej zyskiwano możność uderzenia na ZSRR przez Arktykę z dwóch kierunków. Ale wkrótce Departament Obrony zabrał się do jeszcze bardziej ambitnego projektu. „W maju 1959 r. Korpus Inżynieryjny Armii Stanów Zjednoczonych przeprowadził badania terenu pokrywy lodowej Grenlandii, ok. 160 km w głąb lądu od Thule” – pisze Morris. Uznano, że wypadły pomyślnie i natychmiast przystąpiono do drążenia sieci tuneli w głębi lodowca, by stworzyć ukryty przed światem obóz wojskowy.

„Materiały budowlane, stalowe łuki, ubrania, gwoździe, stalowe belki, prefabrykowane domy, drewno i żywność… Nawet pojazdy, których używaliśmy na budowie, musiały być transportowane po lodzie na dużych saniach” – relacjonował kpt. Tom Evans w filmie, który Departament Obrony udostępnił w 1960 r. „Te sanie o ładowności od dziesięciu do dwudziestu ton nazywamy ciężkimi huśtawkami. Wspinając się po pokrywie lodowej z prędkością około dwóch mil na godzinę, ciężkie huśtawki docierały do obozu w ok. 70 godzin, (…) Ciągniki z bardzo szerokimi gąsienicami ciągnęły huśtawki. Każdy ciągnik mógł uciągnąć od pięćdziesięciu do stu ton” – opowiadał Evans.

Po dotarciu karawany na miejsce, w odległości ok. 240 km od bazy Thule, ponad 7,5 tys. żołnierzy Korpusu Inżynieryjnego Armii USA błyskawicznie wydrążyło pod lodem Camp Century. Energetycznym sercem obozu stał się mały reaktor jądrowy o mocy 2 MW, zapewniający energię elektryczną i ciepło dla ok. 600 osób przebywających na terenie bazy. Stała się ona pierwszym elementem projektu Iceworm. Zakładał on rozmieszczenie w tunelach pod grenlandzkim lądolodem międzykontynentalnych rakiet balistycznych z głowicami jądrowymi. Przy okazji chciano przetestować ludzką wytrzymałość na długotrwałą izolację w ekstremalnie trudnych warunkach. Czyniono to z myślą o ewentualnej wojnie nuklearnej oraz przyszłej budowie bazy na Księżycu.

Podwodny game changer

Projektujący Camp Century zakładali, że w lodowcu zostaną wydrążone tunele o długości nawet tysiąca kilometrów. Aby można było swobodnie przemieszczać w nich rakiety balistyczne, zmieniając miejsce ich lokalizacji. Wówczas Sowieci nie mogliby ustalić, skąd mogą zostać odpalone. Jednak zupełnie zbagatelizowano to, że lodowiec się porusza. Wydrążone w nim tunele stopniowo się przesuwały, a napór ton lodu wyginał nawet najtrwalsze elementy konstrukcyjne bazy. Po czterech latach futurystyczny obóz wojskowy zaczął robić się niebezpieczny dla jego mieszkańców, a także reaktora. Wreszcie w 1964 r. Pentagon zdecydował, że Iceworm jest chybionym pomysłem. Zatem odstąpiono od jego realizacji, a znajdujący się w Camp Century personel wraz z reaktorem ewakuowano.

Jednak kluczowym czynnikiem, który ostatecznie zdecydował o porzuceniu całego przedsięwzięcia, był nie lodowiec, lecz atomowe okręty podwodne. Latem 1952 r. Amerykanie rozpoczęli budowę pierwszego okrętu podwodnego napędzanego reaktorem atomowym. Dwa lata później USS Nautilus przeszedł pierwsze testy, zadziwiając osiągnięciami. Konwencjonalne okręty mogły przebywać w zanurzeniu maksymalnie dwa dni, nowa jednostka całymi tygodniami. Jeśli załoga wykazywała dość odporności psychicznej, wówczas Nautilus mógł przepłynąć 10 tys. mil morskich bez wynurzania się.

Jego narodziny przyszły w najodpowiedniejszym z możliwych momentów. „W listopadzie 1955 r. Związek Radziecki przetestował pierwszą zrzucaną z powietrza bombę termojądrową, dysponował już wtedy również bombowcami dalekiego zasięgu, umożliwiającymi zaatakowanie amerykańskich celów. W sierpniu 1957 r. nastąpił udany start sowieckiego międzykontynentalnego pocisku balistycznego, pierwszego na świecie, a 4 października podobny pocisk wykorzystano, żeby wysłać na orbitę Sputnika” – opisuje w książce „Zimna wojna. Historia podzielonego świata” John Lewis Gaddis. „Przewidywanie następnego kroku nie wymagało geniuszu: pociski takie mogły zostać wyposażone w głowice nuklearne, które byłyby w stanie osiągnąć dowolny cel w Stanach Zjednoczonych w ciągu zaledwie pół godziny” – dodaje.

Znaczenie dominacji w Arktyce i powiązana z nim przewaga USA poczęły gwałtownie topnieć. Prezydent Eisenhower zdawał sobie sprawę, iż musi szybko odpowiedzieć demonstracją siły. Jedynym asem, którego miał w rękawie, był Nautilus. Znakomitym pretekstem do jego użycia okazał się trwający od lipca 1957 r. Międzynarodowy Rok Geofizyczny. Waszyngton ogłosił więc, że amerykański okręt podwodny popłynie z misją naukową do Arktyki. Jednocześnie w morderczym tempie realizowano projekt Nobska, konstruując rakietę balistyczną przystosowaną do odpalenia z pokładu okrętu podwodnego oraz przenoszenia głowic jądrowych. Dlatego też stało się niezwykle ważne, aby podczas rejsu przez Ocean Arktyczny Nautilus wynurzył się na powierzchnię. Tak dając do zrozumienia Moskwie, iż Amerykanie w razie wojny będą mogli rozpocząć atak atomowy niemal przy sowieckim wybrzeżu.

Wykonanie tego założenia nie okazało się takie proste. Pierwsza próba podjęta w czerwcu 1958 r. na Morzu Czukockim zakończyła się niepowodzeniem. Nautilus znakomicie przemieszał się pod lodem, ale nie zdołał przebić jego tafli grubej na ponad 6 m. Biały Dom postanowił się nie poddawać i w lipcu okręt znów wyruszył z Pearl Harbor na północ. „3 sierpnia 1958 r. USS Nautilus przepłynął pod biegunem północnym, co komandor William Robert Anderson odnotował listem przesłanym do prezydenta Eisenhowera” – pisze Morris. Ale wynurzyć się nadal mu się nie udawało. Dopiero 7 sierpnia niedaleko Grenlandii komandor Anderson zameldował o wykonaniu zadania. Związek Radziecki miał Sputnika, a Stany Zjednoczone Nautilusa.

Biegun zimnej wojny

„Możliwe, że Sowieci budują nawet dziesięć atomowych okrętów podwodnych. Niezależnie od wiarygodności obecnych radzieckich twierdzeń w tej kwestii, jest oczywiste, że Arktyka będzie kiedyś wykorzystywana przez cały rok do tranzytu statków i wystrzeliwania pocisków (balistycznych – red.) przez radzieckie atomowe okręty podwodne” – twierdził na łamach magazynu Instytutu Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych w marcu 1962 r. były oficer operacyjny pływający na atomowych okrętach podwodnych, a wówczas już analityk, Gordon V. Browna. „W Arktyce nie będzie sezonowych ograniczeń dla atomowych okrętów podwodnych. Zmiany w rozmieszczeniu takich jednostek radzieckiej Floty Północnej i Pacyfiku będą możliwe w dowolnym momencie. Dla tych okrętów Północna Droga Morska nigdy nie zostanie zamknięta” – ostrzegał.

Dwa lata później do służby w US Navy zaczęły wchodzić łodzie podwodne uzbrojone w pociski balistyczne Polaris. Mogły one operować pod arktyczną pokrywą lodową, co czyniło je bronią bardzo trudną do wykrycia. Gotowe do odpalenia rakiet w każdej chwili. Zatem zapobieżenie takiemu atomowemu atakowi stawało się dla ZSRR niemożliwe. Kłopot Amerykanów polegał na tym, że Sowieci zdawali sobie z tego sprawę i intensywnie rozbudowywali własne siły podwodne, bez oglądania się na koszty. Dzięki temu już w połowie lipca 1962 r. mogli się pochwalić, że ich pierwszy atomowy okręt podwodny K-3 Leninskij Komsomoł dopłynął pod lodem do bieguna północnego i wynurzy się na powierzchnię w odległości 366 mil morskich od niego.

Pasmo sukcesów K-3 zakłóciły trzy lata później błędy konstrukcyjne. Z ich powodu 8 września 1967 r. wybuchł pożar w przedziale torpedowym, gdy okręt znajdował się w głębokim zanurzeniu na Morzu Norweskim. Płomienie oraz tlenek węgla zabiły 39 marynarzy. K-3 z wielkim trudem zdołał wrócić do bazy. Podobnym „sukcesem” mógł się pochwalić K-27, który wszedł do służby w 1963 r. Zaprojektowano go jako „okręt myśliwski”, wyspecjalizowany w polowaniu na amerykańskie łodzie podwodne. Znakomite osiągi – prędkość ponad 30 węzłów pod wodą i zdolność zanurzenia się do głębokości ok. 300 m – gwarantował eksperymentalny reaktor jądrowy, chłodzony ciekłym metanem. Jednak niedopracowana konstrukcja zawiodła podczas rejsu w maju 1968 r. Z instalacji chłodzącej zaczął się wydostawać radioaktywny gaz. Wkrótce 144 członków załogi doznało objawów choroby popromiennej. Dowódca wynurzył okręt na powierzchnię, przewietrzył luki i K-27 wrócił do bazy. Dziewięciu marynarzy zmarło, reszta wylądowała w szpitalu. Potem przez lata próbowano jednostkę odkazić i wyremontować. Aż wreszcie we wrześniu 1981 r. zatopiono K-27 niedaleko archipelagu Nowej Ziemi.

Nie on jedyny tak skończył. Badacz oceanów Jon Bowermaster w opublikowanym w 1993 r. opracowaniu „Ostatni front zimnej wojny” zapisał: „Sowieci przyznali się do zrzucenia do wód arktycznych od 1965 r. osiemnastu reaktorów jądrowych, w tym sześciu naładowanych paliwem radioaktywnym, pochodzących z okrętów podwodnych i lodołamacza. Większość reaktorów została zrzucona u wybrzeży Nowej Ziemi, zamieniając miejsce w pobliżu północnych łowisk w największe znane na świecie składowisko odpadów jądrowych”.

Było to skutkiem ubocznym zaciekłej rywalizacji z USA o Arktykę. Przewagę zdobytą przez Amerykanów władze ZSRR starały się zniwelować zdolnością do ponoszenia każdego rodzaju ofiar. Jednocześnie kluczowym elementem ich strategii stała się koncepcja bastionów. Okręty podwodne uzbrojone w pociski balistyczne operowały jedynie w tych rejonach, gdzie Związek Radziecki mógł im zapewnić osłonę przeciwlotniczych systemów rakietowych, myśliwców oraz floty nawodnej. Były to przede wszystkim morza Barentsa i Karskie. Z kolei flota i lotnictwo USA cały czas starały się osaczać bastiony i znajdować w nich luki. Tak aby w razie wybuchu wojny móc je szybko zniszczyć. Grę tę toczono aż do początku lat 90., gdy upadek Związku Radzieckiego sprawił, że znikła siła zdolna podważać militarną dominację Stanów Zjednoczonych w Arktyce. I ta trwa de facto aż do dziś. ©Ⓟ