Prawie rok temu weszła w życie nowa definicja zgwałcenia. Wcześniej karalne było zmuszenie drugiej osoby do seksu przemocą, groźbą lub podstępem. Obecnie przestępstwem jest również doprowadzenie do stosunku mimo braku zgody. Czy w podejściu do takich spraw coś się zmieniło?
Dominika Czerniak, prawniczka, adiunktka w Katedrze Postępowania Karnego WPAiE Uniwersytetu Wrocławskiego. W pracy naukowej zajmuje się m.in. przemocą seksualną, prawem dowodowym i ochroną praw człowieka w procesie karnym
ikona lupy />
Dominika Czerniak, prawniczka, adiunktka w Katedrze Postępowania Karnego WPAiE Uniwersytetu Wrocławskiego. W pracy naukowej zajmuje się m.in. przemocą seksualną, prawem dowodowym i ochroną praw człowieka w procesie karnym / Materiały prasowe / Fot. Paweł Piotrowski/Materiały prasowe

W praktyce sądowej tego jeszcze nie widać. Samo postępowanie przygotowawcze w sprawach o zgwałcenie trwa mniej więcej 9–14 miesięcy – w zależności od stopnia skomplikowania sprawy oraz czasu oczekiwania na opinię sądowo-psychiatryczną oskarżonego lub opinię biegłego psychologa dotyczącą pokrzywdzonej. Są już natomiast pierwsze decyzje o umorzeniu postępowania wydane na podstawie nowych przepisów. Ale biorąc pod uwagę, jak funkcjonuje nasz wymiar sprawiedliwości, rok to za krótko, by je ocenić. Można natomiast zweryfikować to, czy jest on do reformy przygotowany.

Jest?

Dotychczas było jedno szkolenie dla radców prawnych.

A szkolenia dla sędziów, prokuratorów?

Z informacji uzyskanych w zeszłym roku m.in. przez fundację Feminoteka wynika, że nie było takich szkoleń. Natomiast program szkolenia Krajowej Szkoły Sądownictwa i Prokuratury uwzględnia tematykę przemocy seksualnej, w tym przestępstw, w których osobą pokrzywdzoną jest dziecko, a także przemocy domowej. Jest też parlamentarny zespół ds. wdrożenia definicji zgwałcenia, ale do tej pory spotkał się on trzy razy, z czego jedno posiedzenie miało charakter merytoryczny. To, że zmiany przepisów nie widać w statystykach, to jedno. Gorsze jest to, że wymiar sprawiedliwości nie jest przygotowany do zmiany.

Nowe przepisy od początku budziły wiele wątpliwości.

Nowa definicja zgwałcenia jest trudna. Można mieć do niej wiele zastrzeżeń, ale da się ją uratować, jeśli sądy, prokuratura i policja będą chciały stosować przepisy zgodnie z konwencją stambulską i uwzględniać orzecznictwo Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Można je interpretować tak, aby zwiększyć ochronę pokrzywdzonych. Potrzeba tylko chęci i umiejętności. Co do tego drugiego: mamy uporządkowane i łatwo dostępne orzecznictwo. W literaturze prawniczej dużo się też pisze o tym, jak rozumieć zgodę na obcowanie płciowe. Czy są chęci? Nie wiem. Nowa definicja zgwałcenia wymaga zmiany myślenia. Przy sprawach przestępstw seksualnych trzeba walczyć ze stereotypami i naleciałościami kulturowymi. Na przykład, jeśli dwie osoby były parą przez kilka lat, to na tej podstawie nie można z góry wnioskować, że każdorazowo zgadzały się na seks. W orzeczeniu X przeciwko Grecji z 2024 r. ETPC zwrócił uwagę na konieczność kontekstowej oceny dowodów uwzględniającej stan emocjonalny i psychiczny osoby pokrzywdzonej, jej sytuację osobistą, charakter przestępstwa. Nie można oczekiwać, że ofiara zgwałcenia będzie zeznawać tak jak np. ofiara kradzieży.

Powiedziała pani, że nowa definicja jest trudna. W czym konkretnie tkwi problem?

To nie tylko moja opinia. Zmiana jest pozorna. Nowe przepisy są wynikiem kompromisu, który nikogo nie zadowala. Ale doświadczenie życiowe uczy, że prowizorka trzyma się najdłużej. Zresztą brak przełożenia na praktykę policyjno-prokuratorską można już dostrzec w pierwszych decyzjach o umorzeniu śledztwa. Organy ścigania nadal zwracają uwagę na to, czy pokrzywdzona stawiała opór i czy podejrzany stosował przemoc.

Założenie było takie, by kobieta nie musiała już udowadniać, że usiłowała się bronić przed zgwałceniem. Kluczowe miało być to, że po prostu nie wyraziła zgody na seks. W tym celu zmieniono art. 197 par. 1 kodeksu karnego, który stanowi teraz, że doprowadzenie innej osoby „do obcowania płciowego przemocą, groźbą bezprawną, podstępem lub w inny sposób mimo braku jej zgody podlega karze pozbawienia wolności od lat 2 do 15”.

Problem w tym, że nie do końca wiadomo, czym jest ten „inny sposób”. Nie jest też jasne, do czego odnosi się „brak zgody” – tylko do tego „innego sposobu” czy również do przemocy, groźby i podstępu? Zresztą wątpliwości jest więcej. Do art. 197 k.k. dodano par. 1a, który miał penalizować doprowadzenie do obcowania płciowego w sytuacji, w której ofiara zamarła – tj. nie wyraziła ani zgody, ani braku zgody. Przepis mówi: „kto doprowadza inną osobę do obcowania płciowego, wykorzystując brak możliwości rozpoznania przez nią znaczenia czynu lub pokierowania swoim postępowaniem (…)”. Nie jest to najszczęśliwsze rozwiązanie, bo obok art. 197 par. 1a mamy też art. 198 dotyczący wykorzystania bezradności. W orzecznictwie rozumiano to do tej pory jako stan zamrożenia. Oprócz tego do art. 198 dodano nowe znamię: „wykorzystanie stanu ograniczenia możliwości rozpoznania znaczenia czynu lub pokierowania swoim postępowaniem”.

Czym się różni „wyłączenie zdolności do rozpoznania znaczenia czynu” od „ograniczenia zdolności do rozpoznania znaczenia czynu”?

To właśnie jedna z wątpliwości. Czy to znaczy, że będziemy teraz musieli powoływać biegłego, żeby zbadał, w jakim stanie była pokrzywdzona? Celem zmiany miało być zdjęcie z ofiary ciężaru dowodowego. Chodziło o to, by koncentrowano się nie na jej zachowaniu, lecz na zachowaniu sprawcy. A istnieje ryzyko, że postępowanie będzie jeszcze bardziej się skupiać na reakcjach pokrzywdzonej. Jeśli nie będzie możliwe ustalenie stanu bezradności, to zastosowanie znajdzie zasada in dubio pro reo, czyli rozstrzygania wątpliwości na korzyść oskarżonego. To otwarcie drogi do łagodniejszych sankcji i rozszerzenie możliwości orzekania kar w zawieszeniu. Kolejny problem to kolizja przepisów dotyczących obcowania płciowego z dzieckiem poniżej 15. roku życia. Chodzi o art. 197 par. 4 i art. 200 par. 1. Po zmianach seks z osobą, która nie ukończyła 15 lat, jest zagrożony karą od pięciu lat do dożywotniego pozbawienia wolności. Dziecko nie może wyrazić zgody na seks. Nie można też badać, czy taka zgoda została wyrażona. Efektem jest drastyczne zaostrzenie sankcji za przemoc seksualną wobec małoletnich.

To źle?

Jak powiemy, że źle, to od razu padnie zarzut, że bronimy pedofilów. Jednak kara od pięciu lat do dożywotniego pozbawienia wolności np. dla 17-latka, który uprawia seks z 14-latką, jest bardzo surowa. Do tego dochodzi wpis do rejestru przestępców seksualnych. Wydaje mi się to nadmierną stygmatyzacją. Ministerstwo Sprawiedliwości pracuje obecnie nad projektem zmian, które ograniczą możliwość wpisu nastolatków do rejestru. Niestety, nie było u nas żadnej dyskusji o wprowadzeniu tzw. prawa Romea i Julii, o którym na etapie prac legislacyjnych wspominała prof. Monika Płatek. Prawo to zakłada, że jeśli między nastolatkami będącymi w związku są trzy, cztery lata różnicy, to ich relacje seksualne nie są karane.

Pierwotna propozycja definiowała zgwałcenie jako doprowadzenie do obcowania płciowego „bez świadomej i dobrowolnej zgody” drugiej osoby. Opierała się ona na art. 36 konwencji stambulskiej, która wymaga, by każdy niedobrowolny stosunek seksualny mógł być ścigany. Po zmianie brak zgody na seks nadal nie jest wystarczającą podstawą do ścigania sprawcy?

W mojej ocenie nie. Nowe przepisy – tak jak stare – koncentrują się na tym, co spowodowało, że dana osoba nie wyraziła zgody na seks. Sam fakt, że zgody nie było, jest niewystarczający. Trzeba wykazać, że sprawca stosował przemoc, groźby lub podstęp, wykorzystał to, że ofiara była nieprzytomna lub sparaliżowana strachem. Wyjściowe założenie nadal jest takie, że zgoda na seks była. A konwencja stambulska wymaga przyjęcia, że nawet w stałych relacjach nie ma z automatu zgody na seks, i nakazuje badanie, czy stosunek był konsensualny.

Pojęcie braku zgody wywołało zażarte dyskusje. Padały zarzuty, że domniemanie niewinności stanie się fikcją. Przekonywano, że nie da się udowodnić braku zgody, czyli czegoś, czego nie ma. Niektórzy kpili, że trzeba będzie używać specjalnej aplikacji do potwierdzania zgody na seks.

Domniemanie niewinności jest zasadą postępowania karnego. Ciężar dowodu – poza przestępstwem zniesławienia – zawsze spoczywa na oskarżycielu. To prokurator musi wykazać wszystkie znamiona czynu zabronionego, czyli na podstawie okoliczności, sytuacji, zeznań itd. odtworzyć przebieg zdarzenia. Poza tym oskarżony jest chroniony zasadą in dubio pro reo. Zawsze zastanawia mnie to, że argument „z domniemania niewinności” pojawia się przy zgwałceniu, a nie wspominamy już o nim przy groźbach karalnych czy obrazie uczuć religijnych.

Krytycy ostrzegali też, że nowa definicja zgwałcenia doprowadzi do lawiny fałszywych oskarżeń. Sławomir Mentzen powiedział, że to „prosta droga do złamania życia tysiącom mężczyzn”.

Nie powinniśmy przykładać do tej kwestii nadmiernej wagi. Z badań zagranicznych wynika, że fałszywe zawiadomienia o zgwałceniu to ok. 10–15 proc. przypadków. Ale nie wolno tego zagadnienia ignorować. Mogę sobie wyobrazić kobietę, która myśli: „Zawiadomię policję, bo niefajnie mnie potraktował, zdradził, zaczął się spotykać z moją przyjaciółką”. Albo: „Po przemyśleniu sprawy stwierdziłam, że nie wyraziłam zgody na seks w takiej formie”. Mogę sobie wyobrazić nastolatkę, która mówi mamie czy tacie, że chłopak ją zgwałcił, żeby przykryć to, że jest aktywna seksualnie. To realne ryzyko. W praktyce jedno fałszywe zawiadomienie będzie się przekładało na każdą kolejną sprawę. Wszyscy kolejni pokrzywdzeni staną się dla policjanta czy prokuratora mniej wiarygodni. Bo skoro jedna czy dwie osoby skłamały, to przy następnych lampka podejrzliwości będzie się świeciła znacznie jaśniej. Jedno fałszywe oskarżenie o zgwałcenie powoduje, że również my – jako społeczeństwo – bardziej sceptycznie oceniamy informacje o przemocy seksualnej. Sytuacje, w których zgoda na seks była, ale z jakichś powodów – np. zranienia lub wstydu – dana osoba po fakcie stwierdziła, że została zgwałcona, należy odróżnić od przypadków, w których ktoś nie zgodził się na aktywność seksualną, ale w żaden sposób nie zasugerował tego swoim zachowaniem. Ma to nawet swoją nazwę: friendly reaction to rape (przyjacielska reakcja na zgwałcenie). Czyli: nie chcę seksu, ale tego nie komunikuję. Takie przypadki nigdy nie będą karane. Nie możemy wymagać od podejrzanego, by siedział w głowie pokrzywdzonej. Można sobie wyobrazić sytuację, w której sprawca był przekonany, że miał zgodę na seks – jak część oskarżonych w sprawie Gisèle Pelicot, którzy zeznali, że tak twierdził jej mąż. Ale nie jest to racjonalne założenie.

Doświadczenia innych krajów nie potwierdzają, że definicja gwałtu oparta na zgodzie pociąga za sobą wysyp fałszywych oskarżeń.

Nie dziwi mnie to. Pod pewnymi względami nic się nie zmieniło – wiele kobiet nadal nie jest w stanie opowiedzieć nikomu o tak trudnym doświadczeniu, jakim jest przemoc seksualna. Po wprowadzeniu ścigania zgwałcenia z urzędu liczba zawiadomień pozostała na zbliżonym poziomie – nadal wpływa ich ok. 2,5 tys. rocznie. Fakt, że w Polsce jest mało takich spraw, nie znaczy, że jest u nas bezpiecznie, że prawie nie ma zgwałceń, a jeśli się zdarzają, to incydentalnie, gdy jakiś obcy mężczyzna atakuje nieznaną kobietę. W rzeczywistości najwięcej przypadków przemocy seksualnej jest w bliskich relacjach, w kręgu rodziny lub znajomych. Pokrzywdzone wciąż odczuwają ogromny wstyd i nie zawsze mogą liczyć na wsparcie bliskich. Często słyszą: „To twoja wina, dlaczego piłaś, dlaczego późno wracałaś?”.

Jak wykazać brak zgody w sytuacji, gdy mamy słowo przeciwko słowu?

Pytanie, na ile w dobie cyfrowej można mówić o takich sytuacjach.

Zawsze są jakieś ślady?

Z pewnością zdarzają się postępowania, w których jest słowo przeciwko słowu, ale myślę, że z czasem będzie ich coraz mniej. W aktach spraw o zgwałcenie, które badałam, moją uwagę zwróciło to, że po zdarzeniu wiele osób robiło zdjęcia. Często towarzyszyła temu obszerna korespondencja: e-maile, SMS-y, wiadomości na komunikatorach. Byli nawet sprawcy, którzy nagrywali cały akt. Z jednej strony wydało mi się to nierozsądnym zachowaniem. Przecież to „idealne dowody”. Z drugiej strony – nagranie było dla tych osób formą ponownego przeżywania zdarzenia i rodzajem trofeum. Pozwalało im też uzyskać dodatkową kontrolę nad pokrzywdzoną: „Jeśli nie zrobisz tego ze mną jeszcze raz, to wrzucę wideo do internetu albo na stronę z pornografią”, „Pokażę twoim rodzicom” itp.

Po zdarzeniu niemal zawsze jest zapisana lokalizacja – przez nadajniki BTS, lokalizację w telefonie, jeśli ktoś ma konto Google. Można też uzyskać dane z billingów, sprawdzać, czy podejrzany i ofiara się kontaktowali, gdzie się przemieszczali. Z dowodów cyfrowych możemy pośrednio wyciągnąć wnioski o zachowaniu podejrzanego i pokrzywdzonego. Jeśli więc widzimy w ciągu dnia trudną do wyjaśnienia lukę w korzystaniu z telefonu, będzie to niepokojący sygnał.

Czy trudno uzyskać dostęp do telefonu?

Nie. Najprostszym i najczęściej wykorzystywanym sposobem jest zatrzymanie telefonu w celu przeprowadzenia oględzin wewnętrznych. Jeśli korespondencja została wyczyszczona, to można sprawdzić, czy dane są zapisane w chmurze. Wtedy wchodzimy już w sferę czynności, które wymagają zgody sądu. Jest wiele możliwości uzyskania dostępu do dowodów cyfrowych, choć są one czasochłonne, trudne i wymagają dużego zaangażowania. A nie da się abstrahować od tego, że w prokuraturze brakuje specjalizacji, szkoleń i wytycznych dotyczących ścigania zgwałcenia. Metodyka takich postępowań jest inna niż w przypadku oszustw czy kryptowalut. Wymaga też od organów ścigania wrażliwości, większej empatii i cierpliwości.

Postępowania w sprawach przemocy seksualnej wiążą się często z wtórną wiktymizacją i głęboką ingerencją w prywatność.

Tak, dlatego takie postępowanie zawsze będzie traumatyczne. Możemy jedynie minimalizować jego dolegliwość, m.in. ograniczając liczbę przesłuchań. Pytania o to, czy pokrzywdzona prowokowała podejrzanego, dlaczego wyraziła sprzeciw tylko raz, jak była ubrana i ile alkoholu wypiła, gdy nie ma to znaczenia dla sprawy, tylko pogłębiają traumę.

Czy takie pytania to standard?

Z moich badań wynika, że nie jest to standard, choć zdarzają się częściej, niż powinny. Dlatego tak ważna jest rola psychologów na przesłuchaniach. Powinni porozmawiać z pokrzywdzoną, rozluźnić ją, reagować, jeśli przesłuchanie schodzi na temat jej ubioru i prowokowania oraz sugestii, że „może pani tego jednak chciała”. Przecież sprawa dotyczy wkroczenia w najintymniejszą sferę życia. Nie wystarczy odnotować, że pokrzywdzona płacze, i czekać, aż przestanie, a potem udawać, że nic się nie wydarzyło.

Co decyduje o tym, że zdecydowana większość spraw o zgwałcenie jest umarzana?

Brak perspektyw na skazanie. Jeżeli prokurator nie ma pewności, jak sąd oceni sprawę, to nie wniesie aktu oskarżenia, czasami wbrew własnym przekonaniom. Oczywiście niektórzy będą walczyć do końca, pisać apelacje i kasacje. Ale to nie jest reguła – z dwóch powodów. Po pierwsze, niewniesienie aktu oskarżenia może być formą ochrony pokrzywdzonej przed dalszą traumą. Po drugie, śledczy są rozliczani z efektów swojej pracy. Uniewinnienie w prokuratorskim żargonie to „gol”, czyli porażka. W 86 proc. spraw o zgwałcenia, które analizowałam, zapadły wyroki skazujące. W 14 proc. doszło do uniewinnień. Dla porównania – według danych Prokuratury Krajowej we wszystkich sprawach karnych jest ich 2 proc. Co ciekawe, są spore różnice między okręgami. W niektórych łatwiej uzyskać wyrok skazujący, w innych trudniej. Na przykład w Warszawie 19 proc. śledztw kończy się skierowaniem sprawy do sądu, a 81 proc. jest umarzanych. Najgorzej jest w Krakowie – do sądu trafia 17 proc. spraw. W skali kraju to ok. 25–30 proc.

Jakie dowody są kluczowe dla skazania?

Opinia sądowo-psychiatryczna oskarżonego. Trzeba zbadać, czy nie ma on zaburzeń preferencji seksualnych lub zaburzeń psychicznych prowadzących do sadyzmu. Kolejny element to opinia psychologiczna pokrzywdzonej po przesłuchaniu. Jeżeli zawiadomienie złożono krótko po zdarzeniu, to potrzebna jest opinia biegłego lekarza sądowego, by ocenić ślady na ciele, zasinienia i wybroczyny. Do tego zabezpieczenie śladów biologicznych i genetycznych oraz opinie toksykologiczne, żeby ocenić, czy ktoś znajdował się pod wpływem alkoholu lub środków odurzających. Kolejne dowody to zeznania pokrzywdzonej i wyjaśnienia podejrzanego. Czasem pokazują one, jak odmiennie można interpretować różne fakty. Mamy też ślady cyfrowe: billingi, dane o lokalizacji, screeny wiadomości, wydruki zdjęć, historię wyszukiwania, dane z komunikatorów itp. Ważne są też zeznania bliskich dotyczące zmiany zachowania pokrzywdzonej i oskarżonego. W przypadku ofiary mogą one np. potwierdzać zespół stresu pourazowego. W przypadku oskarżonego – rzucić światło na jego osobowość. Jeżeli zdarzenie miało miejsce na imprezie, to trzeba przesłuchać jej uczestników. Czasem są też dokumenty z innych postępowań. Przemoc seksualna rzadko jest jednorazowym aktem. Jeśli sprawca nie został ukarany za pierwszym razem, to przemoc eskaluje. Sprawa o zgwałcenie to nie tylko sąd nad zdarzeniem, lecz także nad tym, komu uwierzyć. Kto jest bardziej wiarygodny? Czy podejrzany zdradzał żonę? Jakim jest mężem, pracodawcą, pracownikiem? Czy ofiara miała konta na portalach randkowych? Czy miała wcześniejsze kontakty seksualne? Z iloma osobami współżyła?

Czy zmiany prawne nadążają za zmianami kulturowymi?

We Francji przyjęto nową definicję zgwałcenia dopiero po sprawie Gisèle Pelicot. We Włoszech taka zmiana jeszcze nie nastąpiła. Przepisy są zawsze osadzone w określonym kontekście kulturowym. Nasze podejście do przemocy wyrasta także z relacji społecznych i rodzinnych oraz wyniesionych z domu przekonań. Czy to, że od czasu do czasu ojciec uderzył matkę, było u nas czymś normalnym? Czy nas bito? Jak reagowali rodzice, gdy skarżyliśmy się, że wujek czy znajomy dotyka nas w krępujący sposób? Starsze osoby wychowywały się w innych warunkach społecznych niż dzisiejsi 30- czy 40-latkowie. Nie można też zapominać o traumie wojennej – własnej lub pokoleniowej. Dla wielu 60- czy 70-latków dopóki nie ma krwi lub śladów bicia, to „nic wielkiego” się nie stało. Nasze skupienie się na zgodzie, nacisk na to, co druga osoba myśli i czuje, nie jest dla nich oczywistością. ©Ⓟ