Bez szans. (śmiech) Natomiast nie rozumiem, dlaczego ta młócka i wzajemne złośliwości na X muszą być zawsze ważniejsze. Głosowaliśmy dwa wnioski o to, by sprawdzić zgodność umowy z krajami Mercosuru z traktatami europejskimi. Powinno to wstrzymać jej wejście w życie. Jeden z wniosków, autorstwa prawicy, nie przeszedł, drugi, zgłoszony przez centrolewicę, który różnił się w detalach, przeszedł. Najważniejsze, że wygraliśmy, choć o włos – 10 głosami. Liczy się skutek.
Próbujemy to ustalić, jakkolwiek dziwnie to brzmi. Według służb prawnych Parlamentu Europejskiego umowa powinna zostać zamrożona do momentu wydania orzeczenia przez Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej, czyli na dobre kilka miesięcy, jeśli nie dłużej. A gdyby TSUE orzekł niezgodność z traktatami, to trzeba by zmienić albo umowę, albo traktaty.
No właśnie. Stan gry jest zatem taki, jak w wielu innych ważnych sprawach – mamy z jednej strony prawo, a z drugiej szukanie furtek i furteczek, żeby je obejść. Zdecyduje Komisja Europejska, która zapewne dostrzega dziś, jak dużym błędem było podpisywanie umowy z krajami Ameryki Południowej bez zgody Parlamentu Europejskiego. W efekcie mamy kolejny spór woli politycznej z prawem. Natomiast będąc realistą, trudno sobie wyobrazić, by Ameryka Południowa czekała teraz dwa lata na wyrok TSUE. Nie po to z przytupem podpisywano tę umowę w Paragwaju, żeby teraz uznać, że w zasadzie to nie będzie działać.
Przesłanki są poważne. Chodzi o to, że Komisja Europejska przesunęła swoje kompetencje, rozszerzając je niezgodnie z prawem i przyjmując zapisy, które są niezgodne z unijnymi celami: środowiskowymi, klimatycznymi, dotyczącymi deforestacji...
My też wykorzystujemy każdy możliwy argument (śmiech). Do tej wyliczanki trzeba dodać brak lojalnej współpracy między krajami członkowskimi przy przyjęciu tej umowy. Tryb ratyfikacji pozostawia wiele do życzenia. Umowa powinna zostać zaakceptowana przez parlamenty narodowe krajów UE. Nic takiego nie miało miejsca.
Polska ze wszystkich krajów unijnych jest najbardziej zagrożona tą umową. Nasze towary, które trafiają na rynek Europy Zachodniej, nie dadzą rady konkurować z produktami z Ameryki Południowej.
Musimy wgryźć się w szczegóły. To będzie np. 180 tys. ton, jeśli chodzi o drób. A my już teraz importujemy 900 tys. ton, więc trzeba do tych liczb dołożyć kolejne 180 tys. ton, a już czytamy analizy, z których wynika, że może to być ilość specyficznych części, jak piersi z kurczaka. Byłabym w stanie przyznać, że Mercosur nie byłby aż tak dużym zagrożeniem, gdyby nie wpisywał się w inne umowy handlowe, które zawiera Unia Europejska – np. z Ukrainą i z USA, a w perspektywie z Indiami. Taka kumulacja otwartych bram nie może pozostać bez przełożenia na polską gospodarkę. Zwłaszcza że konstrukcja tych umów bywa taka jak ta z Kijowem, który do 2028 r. ma się dostosować do standardów unijnych. Ale dziś? Hulaj dusza, piekła nie ma. A powinno być odwrotnie – chcecie wejść na rynek europejski, to najpierw dostosujcie się do standardów, jeśli chodzi o substancje czynne w środkach ochrony roślin, jeśli chodzi o hormony wzrostu...
Na poziomie dokumentów widać, że propozycja klauzul ochronnych została położona na stół, by uspokoić rolników i sektor rolno-spożywczy w poszczególnych państwach. A jeśli się w nie wczytamy, to nawet po poprawkach, które przeszły, Komisja Europejska będzie mogła wszcząć dochodzenie, jeśli import wzrośnie o 5 proc. i cena spadnie o 5 proc. Ale względem czego? I jak udowodnić, że na te spadki i wzrosty ma wpływ Mercosur? Wracamy do dobrej woli urzędników KE, bo nie ma tu żadnego automatyzmu. Jeśli uznają, że problem jest, to zareagują. Ale przecież Komisja Europejska nie po to chce otworzyć się na Amerykę Południową, żeby ograniczać skalę tego otwarcia. To zresztą szerszy problem w działaniu Komisji Europejskiej.
Uznaniowość. Polska uczestniczy w pakcie migracyjnym, z którego została zwolniona na pół roku, ale później interpretacja presji związanej z uchodźcami i migrantami na nasz kraj będzie zależeć od urzędników. Bez problemu jestem sobie w stanie wyobrazić, że pieniądze z programu SAFE są zawieszane, jeśli w Polsce będzie prawicowy rząd. Przerabialiśmy to z Krajowym Planem Odbudowy. Takie szantaże mamy w sprawie niemal każdego istotnego rozporządzenia. Z klauzulami dotyczącymi Mercosuru może być podobnie.
Rolnicy już teraz mają bardzo niskie ceny skupu, odczuwają liberalizację handlu przez UE oraz wojnę celno-handlową z USA. Potwierdzi to każdy producent kukurydzy. Wysyłaliśmy jej dużo do Zjednoczonego Królestwa, ale Brytyjczycy zobowiązali się, że będą ją brać ze Stanów Zjednoczonych, żeby uniknąć wyższych ceł. Polityka. Skutki takich decyzji jak tej w sprawie Mercosuru są rozłożone w czasie, tu nic nie zmienia się z dnia na dzień. Może dlatego trudniej to zauważyć.
Wie pan, oczywiście w niektórych sprawach podział w Parlamencie Europejskim idzie po liniach narodowych – jak z Mercosurem – ale w dużej mierze to jest tak naprawdę inne pytanie: czy Europejska Partia Ludowa będzie współpracowała bardziej z lewicowo-liberalną, czy prawicową częścią europarlamentu? Są takie głosowania, gdy KE chce się wymiksować z niektórych zagadnień klimatycznych, a wiedzą, że zieloni, lewica, socjaliści nie zgodzą się na ustępstwa. Przychodzą więc po głosy do prawicy, do Europejskich Konserwatystów i Reformatorów czy Patriotów dla Europy.
Cieszę się, ale nie mam złudzeń, że w tej kadencji to będzie tylko pudrowanie rzeczywistości. Nie ma co liczyć na więcej. Pamięta pan słynny komunikat, w którym czytaliśmy, że Komisja Europejska wycofuje się z zakazu rejestracji nowych samochodów spalinowych od 2035 r.? Generalnie to prawda, ale jeśli wczytamy się dokładniej w dokumenty, zauważymy, że po prostu redukcja spadła ze 100 proc. do 90 proc. Umówmy się, to żadna zmiana, tym bardziej że nowy cel klimatyczny na rok 2040 został przyjęty.
Z pozoru tak to może wyglądać, ale diabeł tkwi w szczegółach i dokumentach. Moja sytuacja jest inna niż koleżanek i kolegów w dużo większych delegacjach. Nasza dwuosobowa delegacja – wraz z Tomaszem Buczkiem z Podkarpacia – do grupy Patriotów dla Europy wymusza większą pracę, żeby trzymać rękę na pulsie. Czytamy rozporządzenia, dyrektywy, klauzule, tysiące stron dokumentów, by sprawdzać, jak proponowane pomysły mają się do interesu narodowego. Tak sobie zresztą od początku wymyśliłam swoją obecność w europarlamencie: jako system wczesnego ostrzegania. Żeby nasi wyborcy i szerzej: Polki i Polacy wiedzieli, co się szykuje w unijnych instytucjach. Gdyby nasi posłowie w PE więcej czytali dokumentów w latach 2019–2021, to wiele rzeczy – jak ETS2 czy dyrektywy budynkowe – mogłoby nie wejść w życie. No, ale nie czytali albo czytali i nie zwracali uwagi.
Zobaczymy, jaka będzie sytuacja polityczna. Jeśli będzie decyzja w Konfederacji, że wszystkie ręce na pokład, że przydam się tutaj w kampanii i wyborach, to oczywiście jestem do dyspozycji.
Stoimy na stanowisku, że Polki i Polacy w 2004 r. podjęli decyzję, żeby wejść do UE, i nie widać na horyzoncie zmiany tego stanowiska.
Mam bardzo krytyczny stosunek do UE, uważam, że można ułożyć tę współpracę z krajami europejskimi na innych zasadach niż teraz. Musimy rozpatrywać różne nieoczekiwane scenariusze, nie sprowadzając ich tylko do prostego pytania o polexit. W dzisiejszym świecie i intensywnie zmieniającej się rzeczywistości to duża naiwność sądzić, że UE będzie trwała wiecznie. Musimy być gotowi na wszystko.
Powtórzę: na ten moment Polki i Polacy chcą zostać w Unii, nie ma w ogóle tego tematu. Musimy zatem walczyć o każdy centymetr dla siebie
, tak jak każdy inny naród szarpie o swoje. Część szkodliwych dla państwa polskiego polityk trzeba odrzucić. Ale największym strachem dla dzisiejszej układanki unijnej jest rok 2027. Zwłaszcza jeśli chodzi o wybory we Francji. To druga największa gospodarka w UE i tandem niemiecko-francuski, który i tak zgrzyta. Gdyby wybory wygrał Jordan Bardella, po prostu przestałby jechać na dotychczasowych warunkach. Byłby to koniec Unii Europejskiej, jaką znamy. Bo cokolwiek by powiedzieć, Giorgia Meloni stara się dziś szukać wspólnych mianowników z mainstreamem. Ale gdyby konserwatywne, prawicowe rządy były nie tylko we Włoszech, lecz także we Francji i w Polsce? Najważniejsze, żeby Warszawa była przy stole, gdy przyjdzie moment na nową układankę.
Na pewno powinniśmy robić wszystko, by deeskalować napięcia między Europą a USA. Jesteśmy nieco z boku tego wszystkiego; nie możemy demonizować Trumpa, ale musimy też pamiętać, że nie zawsze nasze interesy są zbieżne z interesami Stanów Zjednoczonych. Amerykańska administracja próbuje tworzyć jakiś rodzaj nowego porządku. Nie możemy się na to obrażać albo uznać, że zaczekamy, aż za trzy lata wszystko wróci na stare tory. Rzeczywistość, w której kolejny republikanin zagości w Białym Domu, nie jest wykluczona. Musimy myśleć do przodu i rozważać wiele scenariuszy, żeby wydarzenia nas nie zaskakiwały tak mocno jak dziś. ©Ⓟ